No i udało się. Przejechaliśmy trochę, pozwiedzaliśmy, było miło i sympatycznie. Na razie wrzucam zdjęcia, jak wrócę z pracy to postaram się podać więcej szczegółów.
I tak to się trochę poprzeciągało, ale to już czas ostatnich zakupów i ostatecznego pakowania...
Tak więc wyruszyliśmy wieczorem w piątek po mojej pracy. Jak zwykle wpakowaliśmy się w korki na 680 (w końcu piątek) i w okolicach Tracy. Na szczęście później nie było tak źle. Przeznaczenie: Great Basin National Park.

Jak się okazało gdzieś za Fallon zaczęło brakować nam benzyny... Do najbliższej stacji 60 mil... Środek Nevady, czyli stanu, którego towarem eksportowym są pustynie i bezludzia... ;-) Na szczęście udało nam się dojechać jakoś do Austin. Po drodze minęliśmy jedną stację bezynową, która była zamknięta, a jak wiadomo nie bardzo chciało nam się budzić jakiegoś amerykańskiego rednecka. ;-) Druga stacja była spalona, więc też niewiele nam pomogła... ;-)
Przekimaliśmy na parkingu w Ely. Rano skoczyliśmy do jakiegoś sklepu, gdzie Piotrek ku naszemu rozbawieniu znalazł książeczkę mówiącą o tym, że droga która przejechaliśmy jest najbardziej zadupiastą drogą w USA. :) Do samego parku nie było już żadnych problemów. Udało nam się załapać na wycieczkę po Lehman Caves. Potem rozbiliśmy się na polu campingowym pod samym Wheeler Peak. Oczywiście nie potrafiłem się oprzeć pokusie i wyszedłem sobie na tą górę. Piotrek w międzyczasie sobie odsypiał. Górka bardzo sympatyczna, 4000 m bez 20. ;-)
Wróciłem sobie na wieczór, rozpaliliśmy ognisko, coś tam zjedliśmy i położyliśmy się spać.
Następny dzień to przede wszystkim wracanie, jakkolwiek krajobraz Nevady jest na swój sposób fascynujący. Podróż powrotna obejmowała jeszcze wizytę w największym ghost townie w CA - Bodie. Zdjęcia są, ciężko tutaj powiedzieć coś więcej. Fajnie się to zwiedzało, tylko strasznie dużo turystów. :)

No a potem już do domu... kolejne 1400 mil przejechanych... :)