Udało się, wyszliśmy. Diamond Peak zdobyty. :-)
Na razie wrzucam zdjęcia, opis pewnie jakoś po pracy:
Diamond Peak - zdjęcia
Więc trochę się opóźniło, ale miałem parę rzeczy na głowie. Tak więc nasza weekendowa wycieczka rozpoczęła się w piątek w okolicach godziny 16-17. Wyjechaliśmy z pracy, pojechaliśmy do AVIS w celu wypożyczenia samochodu, potem podrzuciliśmy Jurkowi kluczyki i jeszcze zaglądnęliśmy do REI. Udało mi się zakupić bardzo fajne spodnie North Face'a z odpinanymi nogawkami. No i najważniejsze, że zaprasowane w kantkę, bo przecież wszyscy wiedzą, że w górach trzeba przede wszystkim porządnie wyglądać. :-D
Po szybkich zakupach w REI wyruszyliśmy w drogę. Niestety utknęliśmy chwilowo w korkach najpierw w okolicach Los Altos, a potem w okolicach Tracy.

Przez to wszystko przez Yosemite już przejeżdżaliśmy po ciemku. Dodatkowo zatrzymał nas patrol Rangerów... zgadnijcie za co - dla ułatwienia dodam, że prowadziłem... :-D Ranger pouczył nas, że jechanie 57 mph przy ograniczeniu 25 nie jest najlepszym pomysłem, ale na szczęście nas puścił. Znowu się udało. :-)
Po przejechaniu gór wskoczyliśmy na 395 i już udaliśmy się na południe. W końcu ze względu na zmęczenie zatrzymaliśmy się na parkingu i przekimaliśmy chwilkę w samochodzie. Konkretnie to ja przekimałem w samochodzie, a Ilona poszła do pobliskiego lasku z karimatą i śpiworami. Wolny kraj. ;-) Tak więc w okolicach północy przykimaliśmy, a wstaliśmy o 3. Pojechaliśmy do Bishop, gdzie zjedliśmy dość wczesne śniadanie i potem już na parking koło Independence, gdzie zaczynał się szlak na Baxter's Pass. Tym sposobem tuż przed 6 rano udało nam się już wyruszyć w drogę - spakowani, zwarci i gotowi. Droga szła nam naprawdę dość dobrze, szliśmy całkiem sympatyczną dolinką, po bokach góry, słońce dopiero co wzeszło, błękitne niebo. Wszystko bardzo fajnie poza tym, że trzeba było iść w górę. Udało nam się raz zgubić szlak, ale na szczęście nie bardzo był wybór którędy iść, więc zaraz natrafiliśmy na niego z powrotem. :-)
Ostatecznie przed najgorszym podejściem zatrzymaliśmy się na Tallus Field (a przynajmniej wydaje mi się, że tak to się nazywa). Stąd trzeba już było dość ostro podchodzić żlebem na górę. Z początku przeszliśmy piarżyskiem pod sam żleb, a potem Ilona udała się środkiem przez śnieg, a ja po skałkach wzdłuż brzegu i ścian. Wszystko przez to, że się strasznie ślizgałem, ale w sumie było całkiem przyjemnie. No i w ten sposób doszliśmy na samą górę, na małą przełęcz tuż pod szczytem. I jak trzymałem się naprawdę nieźle jak na tą wysokość, to w tym momencie rozbolała mnie głowa. Zrobiliśmy sobie chwilę przerwy, zostawiliśmy plecaki i podeszliśmy na sam szczyt. Tutaj parę zdjęć, chwila odpoczynku, żeby nie zwymiotować, itepe itede. ;-)
No i mogę powiedzieć - wyszedłem na czterotysięcznik! :-D
Tyle dobrego, bo już było bardzo późno, więc wyruszyliśmy z powrotem na dół. Ja głównie zjechałem sobie po śniegu na spodniach, Ilona trochę spokojniej zeszła. Znowu chwila przerwy w dolinie i wyruszyliśmy z powrotem do samochodu. Niestety trochę przeliczyliśmy się z dystansem, skutkiem czego byliśmy przy samochodzie już po zmroku. Na szczęście przynajmniej jedno z nas myśli i Ilona wzięła czołówkę. Szybko wskoczyliśmy do samochodu i udaliśmy się na miejsce kampingowe jakieś 2-3 mile niżej. Rozłożyliśmy namiot, wyjęliśmy śpiwory, a potem pamiętam już tylko chrapiącą Ilonę i że zasnąłem jakieś 2 minuty później.
Podsumowanie:
- jakieś 17-18 mil zrobionych na nogach,
- 17-godzinna wycieczka,
- 2300 metrów różnicy wysokości,
- zdobyty szczyt o wysokości 4001 metrów,
- potworny ból głowy,
- skrajne wyczerpanie, włącznie z pomniejszymi halucynacjami. ;-)