31 sie 2007

Koniec

Jak się powie 'a' to trzeba i powiedzieć 'b' jak przypomniała mi Paulina przed wyjazdem. Prawie 7 miesięcy temu wyjechałem. W lutym się zaczęło, teraz się kończy. Jeszcze dwa tygodnie podróży po Stanach i wylot z NYC do Krakowa. :)

A jak się zaczynało to było:
- 6 miesięcy i 3 tygodnie temu,
- 11 kilogramów temu :D,
- 23 tysiące mil temu (nie licząc przelotów do Polski),
- 2373 zdjęcia opublikowane na sieci temu,
- hektolitry piwa temu.

The Googletrip has ended...

28 sie 2007

Swatanie... ;-)

Dla niewtajemniczonych Maniek to kobieta... ;-)

[14:55:06] Maniek: dalej z ta marta?
[14:55:09] VeD: no
[14:55:14] Maniek: o znudzilaby mu sie no naprawde

27 sie 2007

Great Basin National Park

No i udało się. Przejechaliśmy trochę, pozwiedzaliśmy, było miło i sympatycznie. Na razie wrzucam zdjęcia, jak wrócę z pracy to postaram się podać więcej szczegółów.

I tak to się trochę poprzeciągało, ale to już czas ostatnich zakupów i ostatecznego pakowania...

Tak więc wyruszyliśmy wieczorem w piątek po mojej pracy. Jak zwykle wpakowaliśmy się w korki na 680 (w końcu piątek) i w okolicach Tracy. Na szczęście później nie było tak źle. Przeznaczenie: Great Basin National Park.




Jak się okazało gdzieś za Fallon zaczęło brakować nam benzyny... Do najbliższej stacji 60 mil... Środek Nevady, czyli stanu, którego towarem eksportowym są pustynie i bezludzia... ;-) Na szczęście udało nam się dojechać jakoś do Austin. Po drodze minęliśmy jedną stację bezynową, która była zamknięta, a jak wiadomo nie bardzo chciało nam się budzić jakiegoś amerykańskiego rednecka. ;-) Druga stacja była spalona, więc też niewiele nam pomogła... ;-)

Przekimaliśmy na parkingu w Ely. Rano skoczyliśmy do jakiegoś sklepu, gdzie Piotrek ku naszemu rozbawieniu znalazł książeczkę mówiącą o tym, że droga która przejechaliśmy jest najbardziej zadupiastą drogą w USA. :) Do samego parku nie było już żadnych problemów. Udało nam się załapać na wycieczkę po Lehman Caves. Potem rozbiliśmy się na polu campingowym pod samym Wheeler Peak. Oczywiście nie potrafiłem się oprzeć pokusie i wyszedłem sobie na tą górę. Piotrek w międzyczasie sobie odsypiał. Górka bardzo sympatyczna, 4000 m bez 20. ;-)

Wróciłem sobie na wieczór, rozpaliliśmy ognisko, coś tam zjedliśmy i położyliśmy się spać.

Następny dzień to przede wszystkim wracanie, jakkolwiek krajobraz Nevady jest na swój sposób fascynujący. Podróż powrotna obejmowała jeszcze wizytę w największym ghost townie w CA - Bodie. Zdjęcia są, ciężko tutaj powiedzieć coś więcej. Fajnie się to zwiedzało, tylko strasznie dużo turystów. :)





No a potem już do domu... kolejne 1400 mil przejechanych... :)

23 sie 2007

Paintball

W tą sobotę wybrałem sie po raz pierwszy w życiu na paintball. Było bardzo sympatycznie, dodaktowo udało się załapać ma partię w lesie, więc doszły jakieś (teoretycznie) elementy stategii. ;-) Z mniej wesołych rzeczy nabawiłem sie trochę siniaków oraz częściowo rozwaliłem sobie prawą rękę. Na szczęście niezbyt poważnie, więc chwilę pokrwawiło i tyle. :) Polecam każdemu.

Tutaj troszeczkę zdjęć. Z oczywistych powodów (świstające kule i takie tam) nie dało się robić zdjęć podczas strzelania. A korespondentów wojennych nie było. ;-)

17 sie 2007

Stany w jednym zdaniu :-D

Natrafiłem na taki to piękny opis próbując się dowiedzieć jak wyjść sobie na Mount Tyndall:
"No permits are required for one-day hiking. Check with Inyo National Forest (1-760-873-2408). Needless to say, if you do want/need a permit, it is an absolute nightmare. Make sure you have an unlimited amount of patience and you are willing to deal with a level of stupidity that defies Darwinian evolution."

16 sie 2007

Boat Cruise

Wczoraj mieliśmy wycieczkę statkiem po zatoce dla prawie wszystkich stażystów, więc znów nie udało się uzupełnić, mam nadzieję, że jakoś uda się przed weekendem. :-) No a wycieczka była bardzo sympatyczna i można było zobaczyć parę miłych widoków. :-)

14 sie 2007

Cancel cancel? ;-)

Bardzo mnie to rozśmieszyło...

13 sie 2007

Seki -> Red Rock -> DV -> Yose

Długa wycieczka. :) Na razie wrzucam zdjęcia, później będzie opis.

Zdjęcia

Zdjęcia trochę później, jako że zapomniałem wczoraj wziąć zasilacza od laptopa do domu...

Czas najwyższy! :-) Zeszło trochę, ale teź trochę rzeczy się ostatnio działo. Po kolei więc...

Wycieczka miała skład 3-osobowy: Benjamin, Paweł i ja. Wyruszyliśmy z samiuteńkiego rana, odebrałem chłopaków o 5:30. Benjamin mieszka w SF, ale na szczęście okazało się, że może przenocować u Pawła, więc zaoszczędziło to trochę czasu. Po drodze nic ciekawego się nie wydarzyło i udaliśmy się zgodnie z planem do Kings Canyon National Park. Kanion jest bardzo podobny do Yosemite Valley w niektórych miejscach. Porobliliśmy trochę zdjęć, oglądnęliśmy troszkę gigantycznych sekwoi (tamtejsze wyglądają zdecydowanie inaczej niż te z Redwoods) i pojechaliśmy dalej, tym razem na południe, przez Sequoia National Park. Tutaj jak sama nazwa wskazuje też były duże drzewa... ;-) Wyjazd z parku od strony południowej jest naprawdę miły, ma się wrażenie jakby jechało się przez jakiś archaiczny las z czasów dinozaurów, tylko patrzeć aż coś wyskoczy zza jakiegoś krzaka. :-)

Po wyjechaniu z parku dalej na południe w stronę Red Rock Canyon. Po drodze udało nam się jeszcze zobaczyć pasące się lamy. Czego to nie ma w tej Kalifornii... ;-) O zachodzie byliśmy więc na miejscu. Tu znowu tradycyjna sesja zdjęciowa i szybka podróż do pobliskiego Ridgecrest, czyli największej wsi... znaczy się miasteczka w okolicy. Dość śmieszny był moment, gdy główna ulica skręca, a my pojechaliśmy na wprost, znajdując się nagle przed wejściem do bazy wojskowej. Trochę skonfundowaniu zawróciliśmy i skręciliśmy nie w tą stronę w którą trzeba było. Skąd wiedzieliśmy, że nie w tą?? Ano po napisie przy drodze: 'Explosives deliveries only'... :-P

W końcu udało nam sie znaleźć motel i jakiś bar, gdzie grzecznie zakończyliśmy dzień...

A dnia następnego okazało się dlaczego tamtejsze piwo nazywa się 'Lobotomy Bock'. ;-) Wstaliśmy znowu z samego rana i pojechaliśmy do Doliny Śmierci. Zrobiliśmy sobie krótki spacer po piaszczystych diunach, potem podjechaliśmy do Visitor Center, pooglądaliśmy parę rzeczy. Byliśmy tam w okolicach godziny 10, a już było ponad 42 stopnie... :-) Po tej krótkiej przerwie pojechaliśmy na północ, przez Nevadę do Tonopah. Jak się okazuje towarem eksportowym Nevady chyba są właśnie pustynie. :) Za to po drodze widzieliśmy kilka miniaturowych trąb powietrznych. Niektóre miały nawet całkiem przyzwoite rozmiary (około 30 metrów wysokości), bardzo fajnie się je obserwowało, przede wszystkim kiedy jedna z nich 'przekraczała' drogę.

Za Tonopah zawróciliśmy już na zachód w kierunku Yosemite. Po drodze jeszcze zahaczyliśmy o Mono Lake i Mono Mills, przy czym bardzo spodobała mi się ta tabliczka. Potem jeszcze parę przystanków w Yosemite, przejazd przez całą dolinę, wyjechaliśmy południową drogą, trafił się nam bardzo ładny zachód i już prościutko do San Francisco i do domu. W całości przejechaliśmy jakieś 1300 mil, a wycieczka bardzo udana i sympatyczna!

7 sie 2007

Kraków - moja duma :-D

Dobrze wiedzieć, że mieszka się w mieście z kompetetnymi lekarzami:
news

Crater Lake, Lava Beds, Burney Falls

Na razie same zdjęcia:
Crater Lake
Lava Beds i Burney Falls

Wstałem w okolicach godziny 4 nad ranem (sic!), pojechałem po Yashę, a następnie wspólnie udaliśmy się do San Martin po Pawła. Tak więc spokojnie o godzinie 6 wyruszyliśmy zgodnie z planem w drogę. Na szczęście w soboty z rana ruch nie jest za duży, więc droga przebiegała szybko. Już na I-5 "pościgaliśmy" się z miłą panienką w czerwonej Maździe. Ściganie nie jest może tutaj najlepszym słowem, ale przez dobry czas jechaliśmy równo (że równo powyżej ograniczenia prędkości to sprawa oczywista ;>), wyprzedzając się co jakiś czas. Niestety zabawę zepsuł Paweł, który zażyczył sobie przerwy na toaletę... ;-) Ech... szybkie kobiety i piękne samchody... :-P

Na miejsce przeznaczenia dotarliśmy więc zgodnie z planem między godziną 13 a 14. No i widok poraża... Krystalicznie czyste jezioro w kraterze o średnicy około 5 kilometrów. :-)

Porobiliśmy trochę zdjęć, przespacerowaliśmy się, następnie wyszliśmy na jedną z górek, które otaczają krater. Stąd widok był jeszcze lepszy... :-) Potem jeszcze objechaliśmy całe jezioro i udaliśmy się do Klamath Falls na nocleg. Udało się znaleźć coś nawet szybko, więc udaliśmy się zjeść kolację i na krótkie piwo. :-)

Rano wstałem pierwszy, udałem się na "complimentary breakfast", czyli muffina oraz kawkę. Po jakimś czasie reszta ekipy się również podniosła z łóżek i o 8 wyruszyliśmy w drogę.

Do Lava Beds daleko nie jest, więc byliśmy na miejscu dość szybko. Pooglądaliśmy kilka z naprawdę niesamowitych jaskiń, które się tam znajdują. Yasha trochę panikował pod ziemią, ale przez to było jeszcze ciekawiej. :-D Po dobrych kilku godzinach pojechaliśmy więc dalej, czyli do McArthur-Burney Falls Memorial State Park. Jak nietrudno się domyślić, pooglądaliśmy sobie tam wodospad mniej więcej o wysokości 40 metrów. I trzeba przyznać, że jest ładny. :-)

A z parku już nie tak daleko było nam do Lassen, przez które postanowiliśmy przejechać. I które wygląda zupełnie inaczej niż wtedy kiedy byłem tam ostatnio. Praktycznie zero śniegu, za to wszędzie i wszystko zielone lub porośnięte jakimś fioletowym kwieciem. I naprawdę ładne jeziorka. Naprawdę ładne. :-)

Z Lassen już pojechaliśmy prosto do domu, umilając sobie czas podróży rozmową z Pawłem.

Miło tak wrócić "po własnych śladach" do miejsca, w którym się już było...

2 sie 2007

Scavenger Hunt

Mieliśmy sobie w Firmie coś takiego. Przeznaczone tylko dla stażystów, ale za to wszystkich, czyli w tym momencie jakieś około 300 osób, z tego zjawiło się niecałe 250. Najpierw zapakowali nas w busy i pojechaliśmy do SF. Tam wysadzili nas pod budynkiem Ghirardhelli i wytłumaczyli o co chodzi w całej zabawie. Tak więc na początku jest się dzielonym na kilka teamów, z których każdy ma rozwiązać jak najwięcej zagadek (czytaj: zdobyć jak najwięcej punktów). Nasza grupa liczyła 8 osób: Lindsay, Alice, Tina, Behrooz, Dennis, Andrew, Jeszcze-Jedno-Trudne-Orientalne-Imię-Którego-Nie-Zapamiętałem i ja. :) Cała imprezka trwała niecałe 2 godziny, w pewnym momencie byliśmy nawet na pierwszym miejscu... w pewnym momencie. ;-) W zasadzie polegało to na tym, że lataliśmy w okolicach Pier 39, Fisherman's Wharf, etc. z GoGame, na którym wyświetlały się wskazówki i zadania do wykonania. Przy okazji można było zobaczyć parę ciekawych miejsc, dużo się pośmiać, porobić z siebie idiotów w miejscu publicznym, itp. :-) Na sam koniec pojechaliśmy z powrotem do Firmy, gdzie zaserwowano nam późny lunch i wyświetlono filmy, które trzeba było ponagrywać w niektórych zadaniach. Przy tym było zdecydowanie jeszcze więcej śmiechu. Bardzo fajna zabawa. :-) Tutaj parę zdjęć.

29 lip 2007

Dream Theater

Na zwieńczenie emocjonującego dnia pojechałem do Berkeley na koncert wieczorem. Koncert Dream Theater z okazji 20-lecia kapeli. Na początek zagrały 2 zespoły supportu - Static X i Redemption. Ci drudzy nawet nie byli tacy źli, a pierwsi byli Kanadyjczykami, więc za dużo od nich wymagać nie można. :)

Co do głównych bohaterów to zaczęli właściwie równo o 9 i grali jakieś 2 godziny i 15 minut. Ale za to grali bez przerwy, a na koniec dali jeszcze półgodzinnego bisa. Do tego grali naprawdę całkiem nieźle, show był odstrzelony. Podczas grania "Dark Eternal Night" wyświetlali animowany filmik z własnymi postaciami. Bardzo fajny ;-)

Koncert ogólnie bardzo udany.

Skydiving

Jeśli zastanawialiście się kiedyś nad skydivingiem... nie zastanawiajcie. Przeżycie nie do opisania! :-) Na razie wrzucam krótki filmik, jak mi się uda go trochę przerobić to wrzucę trochę większy format.

22 lip 2007

Mount Dana

Oj porobiło się strasznie dużo zaległości. :-( No ale jakoś postaram się to na bieżąco uzupełniać w miarę czasu. Wczoraj wreszcie udało mi się wyciągnąć dwójkę moich współlokatorów w góry. No i na początku trochę psioczyli, ale po wyjściu na samą górę wszyscy przyznaliśmy, że naprawdę było warto. :-) No ale po kolei...

Zebraliśmy się troszkę później, bo okazało sie, że Joseph musi jeszcze zrobić coś do pracy. Wyjechaliśmy więc około 7, zahaczyliśmy jeszcze o Cisco (Joseph miał coś do wysłania, a nasze łącze nie należy do najszybszych) i ruszyliśmy do Yosemite. Na miejscu byliśmy mniej więcej w południe. Szlak zaczyna się tuż za budką wejściową na Tioga Pass. Na początek przeszliśmy Tuolomne Meadows z paroma ładnymi jeziorkami. Następnie zaczyna się ostre podejście przez bardzo ładny i zielony region prawie aż do połowy drogi. Tutaj zrobiliśmy sobie spokojną przerwę na przełęczy, troszkę odpoczęliśmy i postanowiliśmy, że teraz każdy idzie własnym tempem. Zostało nam do zrobienia jakieś 1400 stóp w górę i 1.1 mili szlaku. Co oznaczało mniej więcej, że szlak był stromy. Zresztą bardzo łatwo było go zgubić, bo cała góra to jedno wielkie piarżysko. :-) Jon poszedł ze mną, a Joseph nas wyprzedził i poszedł do góry bardziej od strony północnej. Po jakimś czasie udało nam się wreszcie wejść na samą górę. No i bardzo cieszę się, że do grani podeszliśmy dopiero na samym końcu, bo widok, który się pokazał naprawdę zapierał dech w piersiach. Niesamowity widok na Mono Lake. :)
Na samym szczycie posiedzieliśmy sobie trochę, pogadaliśmy, przykimało się nawet, no i oczywiście pooglądaliśmy sobie dużo krajobrazów. Bardzo fajna górka! :-)

Ze schodzeniem jak to ze schodzeniem - jest zawsze gorzej. Zwłaszcza, że góra jest dość stroma, przez co bardzo szybko można sobie poodbijać stopy. No ale nie było tak źle, poza tym, że Jon dostał porządnej choroby wysokościowej. Ale jakoś udało nam się dotrzeć na sam dół, przy jeziorkach zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę i porobiłem trochę zdjęć. No a potem wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy. W domu z powrotem troszkę przed 1 w nocy, a wycieczka bardzo udana, no i przy okazji można było porozmawiać ze współlokatorami i ich troszkę poznać. :-)

20 lip 2007

Humor w pracy

Fragment maila :-D

> Try it out, let me know if it works.
It doesn't. Thanks for the idea though.

5 lip 2007

4 lipca

Takie sobie ognie sztuczne z okazji Święta Niepodległości:
4 lipca

2 lip 2007

Zamówienia

[09:51:49] VeD: potrzebujesz cos ze stanow/
[09:51:50] VeD: ?
[09:52:22] Spooky: Angeline Jolie
[09:52:29] Spooky: bez brada :P

White Mountain Peak

Zdjęcia:
White Mountain Peak

Tym razem samotna wycieczka. Wybrałem się po pracy w piątek. Droga znajoma, więc już nawet mapy nie potrzeba. Przejechałem więc przez Yosemite i w Bishop byłem w okolicach północy, pierwszej. Z Bishop do Big Pine, skąd krętą, górską drogą dojechałem to White Mountain Road. No i tutaj jakieś prawie 20 mil po drodze szutrowej w fatalnym stanie. Na szczęście jakoś udało się nie uszkodzić samochodu i pod bramą przy której zaczyna się szlak byłem koło 3 w nocy. Chwilka snu i o 5:30 już wyruszyłem na szlak. Po drodze wschód słońca, dużo świstaków i trochę owiec górskich. Oni nazywają je tutaj 'bighorn sheep'. Góra nie należy do najniższych, więc troszkę się zmęczyłem zanim udało mi się dotrzeć na sam szczyt. No ale w końcu się udało, a widok jest tego naprawdę wart. :)

Tak więc na górze troszkę dłuższa przerwa, trochę opalania się, robienie zdjęć, itepe. Drogę w dół pokonałem w towarzystwie jakiegoś starszego gościa z LA. Pogadaliśmy, zejście minęło szybciej. W rezultacie na dole przy aucie byłem o 12:30. Potem już tylko wskoczyłem do samochodu i pojechałem z powrotem. Jeszcze zrobiłem sobie małą przerwę w okolicach Mammoth Lakes, a potem już do samego Sunnyvale i do spania. :)

29 cze 2007

I tak dalej...

Piątek. Czas w drogę...

24 cze 2007

Monterey - Big Sur

Tak sobie dzisiaj wsiadłem w samochód i udałem się samotnie porobić troszeczkę zdjęć nad wybrzeże...

Okolice Big Sur

Half Dome

No i Half Dome zdobyty. Póki co również wrzucam zdjęcia, na razie opisu mi się nie chce. :-)

Half Dome

Strasznie mało czasu ostatnio niestety mam, czasem nawet nie mam czasu na własnego bloga zaglądnąć. Bardzo dużo do zrobienia w pracy, ale dzisiaj wreszcie jakiś mały sukces. Jest szansa, że mój duży projekt ruszy wreszcie z kopyta. :-)

Co do Half Dome to tym razem z Iloną wyjechaliśmy jednak w sobotę rano koło 4. W rezultacie na 8 byliśmy już na miejscu (Yosemite) i rozpoczęliśmy wychodzenie na górę. O szlaku nie można powiedzieć za dużo ciekawych rzeczy. Jednak na pewno trzeba przyznać, że widoki po drodze są naprawdę ładne. :) No i trzeba przyznać, że narzuciliśmy naprawdę niezłe tempo, co chwila mijając jakichś ludzi. W rezultacie w niecałe 5 godzin byliśmy na miejscu. Po drodze minęliśmy 2 wodospady, za drugim zrobiliśmy sobie troszeczkę dłuższą przerwę. Druga dłuższa przerwa była dopiero pod samym szczytem, gdzie zaczynają się kable. Ten szlak jest bardzo popularny, więc normalnie żeby dostać się do kabli musielibyśmy czekać jakąś godzinę lub więcej. Dlatego poszliśmy na zewnątrz kabli, co zajęło nam jakieś 10 minut, żeby dostać się na górę. Ludzie nie protestowali, ale co najmniej dziwnie spoglądali. ;-)

Na górze chwila odpoczynku, robienie zdjęć, po czym zebraliśmy się z powrotem. Oczywiście też na zewnątrz kabli, bo ludzie w środku schodzili naprawdę powoli. :-D
Szczęśliwie bez żadnych problemów doszliśmy na dół i poszliśmy dalej. No i tutaj niestety po drodze podwichnąłem sobie kostkę. Dość nieprzyjemnie schodzi się szlakiem w takim stanie, ale jakoś się udało. Jeszcze zatrzymaliśmy się przy małym jeziorku, trochę wychłodziłem sobie nogę w wodzie (a niedaleko nas jakaś parka kąpała się na waleta ;-)). Potem ostatni przystanek jeszcze w okolicach drugiego wodospadu i prosto do samochodu. Na samym dole jeszcze spotkaliśmy dwie sympatyczne Rosjanki, więc rozmowa trochę umiliła schodzenie. No a potem już tylko droga powrotna do domu i koło północy byliśmy na miejscu. :-)

19 cze 2007

Roger Waters

Byłem na koncercie Rogera Watersa. Tak. Tego Rogera Watersa. Atmosfera taka sobie, ale i tak wyobraźcie sobie, że słyszałem "prawie" Pink Floyd na żywo. :-) To był koncert z cyklu "Dark Side of the Moon Tour". Pierwsza część to różne przeboje zespołu, druga część to cała ta płyta. Dalej ciężko mi uwierzyć, że tam byłem.

Wish You were here...

18 cze 2007

Kup pan cegłę

[14:47:45] Dominie: chwast!
[14:47:51] Dominie: nei hccesz kotka:>?
[14:47:55] Dominie: mam 5 kociakw
[14:47:59] Dominie: do wydania :)
[14:48:02] VeD: chcialbym
[14:48:03] VeD: ale nie moge
[14:48:14] Dominie: ale koty sa prawie bezobsługowe ;)
[14:48:17] VeD: nie mam miejsca dla takiego zwierzaka
[14:48:24] Dominie: poza tym mzna je wozik w samlocie w kabinie normlanie :)
[14:48:29] VeD: a poza tym moj brat jest alergikiem potwornym na koty
[14:48:33] Dominie: aaaa
[14:48:35] Dominie: no tak ;)
[14:48:41] Dominie: ale zobacz jaki to bylby pretekst
[14:48:45] Dominie: zbey go nie zapraszać :D

Mount Shasta

Podróż zaczęła się już w piątek. Na początek wypożyczyliśmy drugi samochód (jako, że Jurek się z nami nie wybierał). Podjechaliśmy więc do AVIS, następnie z powrotem odwieźć kluczyki, po czym stwierdziliśmy, że jednak ani raki, ani czekany ani kaski nie są nam niezbędne i pojechaliśmy w kierunku Mount Shasta.



Ponieważ zdecydowaliśmy się podchodzić od wschodniej strony, więc troszkę nam zajęło znalezienie odpowiedniego miejsca. Ale w końcu się udało i o północy położyliśmy się spać - Ilona na karimacie w lesie, ja w samochodzie (trzeba się szanować i dbać o to, żeby lokalne niedźwiedzie się Tobą nie zatruły ;>).
Pobudka niestety znowu bardzo wcześnie, bo jakieś 4 godziny później. W rezultacie przed 5 rano byliśmy już na szlaku. Powoli świtało i wschód zastał nas tuż przed samym Clear Creek. No i tutaj zaczęło się prawdziwe chodzenie po górach...
No i tutaj o tej górze można wiele powiedzieć. W skrócie jeśli nie ma śniegu to jest to jedno wielkie piarżysko. :-) Jak to ładnie określił Bielan w rozmowie: "czy było w przewodniku napisane, komu sie chciało tyle kamyczków na ta gore wnosić?". ;-)
Pokrótce opowiadając - wyjście z początku nie było dla mnie złe. Szło mi się naprawdę nieźle i właściwie to nie bardzo miałem ochotę się zatrzymywać. Po pierwszej przerwie jakoś rozdzieliliśmy nasze drogi z Ilona i ja bardziej przeszedłem przez pole śniegu i skały, za którymi się spotkaliśmy i zrobiliśmy sobie drugą przerwę. Gdzieś po naszej prawej stronie ukazał się pierwszy lodowiec (Mount Shasta utrzymuje własne lodowce ;-)), z daleka po lewej było widać inną morenę, więc widoki naprawdę ciekawe. Jak tylko człowiekowi brakowało tchu w piersi to zawsze mógł się odwrócić i popatrzyć jak w tle widnieje Lassen Peak na horyzoncie. I wszystko byłoby bardzo fajnie gdyby nie wysokość, piarg i wiatr. Gdzieś po godzinie drogi po drugiej przerwie dopadł mnie jakiś kryzys. :/ Który trwał do samego szczytu. :-) No i niestety to nie jest na żarty, jakoś mnie coś takiego dopadło. :-( No ale na szczęście jakoś udało się dotrzeć do samego końca. Właściwie to nie weszliśmy na sam szczyt tylko na Summit Plateau, ale nie zaopatrzyliśmy się w linę, a wyjście na sam szczyt bez niej przy wietrze rzędu 6-7 tam na górze nie było zbyt mądrym pomysłem. No ale powiedzmy, że to tylko kwestia formalności, bo to tylko jakieś 20-30 metrów prostej wspinaczki po skałach. :-)
Zejście było już dużo przyjemniejsze, trochę pobiegaliśmy sobie po polach śnieżnych, trochę po piargu, trochę się poślizgaliśmy. Generalnie była całkiem niezła zabawa. Jak tak się zejdzie dość szybko z wysokości ponad 4000 metrów na jakieś 3000 to aż czuć, że jest więcej tlenu w powietrzu. Niedużo, ale jest. ;-)
W drodze powrotnej spotkaliśmy jeszcze innych "hajkerów", którzy rozbijali obozy po drodze (dużo osób robi to podejście w dwa dni), chwilę pogadaliśmy i dostaliśmy się do samochodu. Postanowiliśmy, że jednak wrócimy do MV. W rezultacie w domu byliśmy koło 5 nad ranem (z przerwami po drodze - jednak trzeba było przekimać jakieś 2 godzinki po zejściu z góry ;-)).
I tak szczęśliwie mogę powiedzieć, że wyszedłem na Mount Shasta (4322m). Pobiłem swój życiowy rekord wysokości po raz kolejny. :-)))

15 cze 2007

Coś podnoszącego na duchu

Natknąłem się na to przypadkiem. Super.

12 cze 2007

Niespodziewane spotkanie

W poniedziałek (albo wtorek) zawitali do mojego biura goście. Zupełnie niespodziewani. Nagle usłyszałem wymawiane moje nazwisko (i to poprawnie) i do pokoju wparowała trójką Polaków - Paweł, Tomek oraz Radek. Z Radkiem znamy się jeszcze z liceum, a Paweł dawał u nas tech talka (z tego co wiem ;-)). Umówiliśmy sie na piwo.

Piwo w SF, więc trzeba było dojechać. No ale na szczęście można było wziąć firmowego busa, więc na miejsce dotarłem bez problemów. Znaleźliśmy pub niedaleko Civic Center (jeszcze raz stwierdzam, że włóczenie się po południowym SF jest przerażające ze względu na ludzi na ulicy). Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, pośmialiśmy się chwilę, wypiliśmy parę piw i było bardzo sympatycznie. Potem mniej sympatyczną sprawą było wracanie do MV Caltrainem, ale cóż poradzić. Nie ma co narzekać, przynajmniej była okazja porozmawiać trochę po polsku i spotkać miłych ludzi.

Nigdy nie wiadomo kogo się spotka i na którym końcu świata. :-)

11 cze 2007

Męska niedojrzałość

Chyba rzeczywiście każdy facet ma w sobie coś z dziecka. Oto bardzo ładny cytat, na który natrafiłem przy przeglądaniu stronki SummitPost:

"What I look forward to is continued immaturity followed by death." 
-- Dave Barry

10 cze 2007

Devils Postpile

Pobudka znowu z samego rana, wstałem nie wiem o której, ale zdecydowałem, że jeszcze się prześpię. ;-) W końcu jakoś obudziłem się po raz drugi, zaczęliśmy się jakoś zbierać i przed 8 byliśmy w drodze. Muszę przyznać, że czułem się zadziwiająco dobrze jak na wycieczkę poprzedniego dnia... pomijając straszną ilość siniaków (które zresztą mam do tej pory ;->).

Podjechaliśmy więc do Bishop, gdzie zatrzymaliśmy się w bardzo przyjemnej restauracji na śniadanie. Potem podeszliśmy jeszcze do piekarni na przeciwko, kupiliśmy jakieś pączki i ciastka i pojechaliśmy do Mammoth Lakes. Tam zatrzymaliśmy się w visitor center, dowiedzieliśmy się co należy zwiedzić w okolicy i pojechaliśmy na parking. Tutaj przesiedliśmy się na autobus, który zawiózł nas do doliny. W dolinie jest parę ciekawych rzeczy do zwiedzenia (oraz prawdopodobnie można sobie ciekawie pochodzić). W rezultacie poszliśmy tylko oglądnąć Devils Postpile - formację bazaltowych kolumn. Najpierw pooglądaliśmy sobie to z dołu, potem poszliśmy na górę, gdzie zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę (a Ilonie się przykimało z dobry kwadrans :-D). Zeszliśmy więc z powrotem do doliny i na busa. Ten wywiózł nas na górę, przesiedliśmy się z powrotem do samochodu, przejechaliśmy scenic route, która okazała się zupełnie nie scenic i pojechaliśmy oglądać tufy nad Mono Lake. No i trzeba przyznać, że są naprawdę sympatyczne (oprócz much nad jeziorem, które jak się dowiedziałem ze stojącego obok znaku są jadalne po obraniu ich ze skorupek... no dobra już nie opowiadam ;-P).
Przesiedliśmy się więc, ja troszkę przekimałem i obudziłem się jakoś w środku Yosemite. Zatrzymaliśmy się w miasteczku tuż za Yosemite w mcdonaldzie i przesiedliśmy się z powrotem. Reszta drogi przebiegła zupełnie spokojnie. Po drodze jeszcze udało nam się zobaczyć mały pożar wzgórza - prawdopodobnie runął jeden z wiatraków stojących na wzgórzu i zapalił trawy. :-) Ale na nic poważnego to nie wyglądało. W rezultacie w MV byliśmy trochę po ósmej i jeszcze udało nam załapać się na tradycyjne niedzielne piwo powycieczkowe. :-)

9 cze 2007

Diamond Peak oraz okolice

Udało się, wyszliśmy. Diamond Peak zdobyty. :-)

Na razie wrzucam zdjęcia, opis pewnie jakoś po pracy:
Diamond Peak - zdjęcia

Więc trochę się opóźniło, ale miałem parę rzeczy na głowie. Tak więc nasza weekendowa wycieczka rozpoczęła się w piątek w okolicach godziny 16-17. Wyjechaliśmy z pracy, pojechaliśmy do AVIS w celu wypożyczenia samochodu, potem podrzuciliśmy Jurkowi kluczyki i jeszcze zaglądnęliśmy do REI. Udało mi się zakupić bardzo fajne spodnie North Face'a z odpinanymi nogawkami. No i najważniejsze, że zaprasowane w kantkę, bo przecież wszyscy wiedzą, że w górach trzeba przede wszystkim porządnie wyglądać. :-D
Po szybkich zakupach w REI wyruszyliśmy w drogę. Niestety utknęliśmy chwilowo w korkach najpierw w okolicach Los Altos, a potem w okolicach Tracy.



Przez to wszystko przez Yosemite już przejeżdżaliśmy po ciemku. Dodatkowo zatrzymał nas patrol Rangerów... zgadnijcie za co - dla ułatwienia dodam, że prowadziłem... :-D Ranger pouczył nas, że jechanie 57 mph przy ograniczeniu 25 nie jest najlepszym pomysłem, ale na szczęście nas puścił. Znowu się udało. :-)
Po przejechaniu gór wskoczyliśmy na 395 i już udaliśmy się na południe. W końcu ze względu na zmęczenie zatrzymaliśmy się na parkingu i przekimaliśmy chwilkę w samochodzie. Konkretnie to ja przekimałem w samochodzie, a Ilona poszła do pobliskiego lasku z karimatą i śpiworami. Wolny kraj. ;-) Tak więc w okolicach północy przykimaliśmy, a wstaliśmy o 3. Pojechaliśmy do Bishop, gdzie zjedliśmy dość wczesne śniadanie i potem już na parking koło Independence, gdzie zaczynał się szlak na Baxter's Pass. Tym sposobem tuż przed 6 rano udało nam się już wyruszyć w drogę - spakowani, zwarci i gotowi. Droga szła nam naprawdę dość dobrze, szliśmy całkiem sympatyczną dolinką, po bokach góry, słońce dopiero co wzeszło, błękitne niebo. Wszystko bardzo fajnie poza tym, że trzeba było iść w górę. Udało nam się raz zgubić szlak, ale na szczęście nie bardzo był wybór którędy iść, więc zaraz natrafiliśmy na niego z powrotem. :-)
Ostatecznie przed najgorszym podejściem zatrzymaliśmy się na Tallus Field (a przynajmniej wydaje mi się, że tak to się nazywa). Stąd trzeba już było dość ostro podchodzić żlebem na górę. Z początku przeszliśmy piarżyskiem pod sam żleb, a potem Ilona udała się środkiem przez śnieg, a ja po skałkach wzdłuż brzegu i ścian. Wszystko przez to, że się strasznie ślizgałem, ale w sumie było całkiem przyjemnie. No i w ten sposób doszliśmy na samą górę, na małą przełęcz tuż pod szczytem. I jak trzymałem się naprawdę nieźle jak na tą wysokość, to w tym momencie rozbolała mnie głowa. Zrobiliśmy sobie chwilę przerwy, zostawiliśmy plecaki i podeszliśmy na sam szczyt. Tutaj parę zdjęć, chwila odpoczynku, żeby nie zwymiotować, itepe itede. ;-)
No i mogę powiedzieć - wyszedłem na czterotysięcznik! :-D
Tyle dobrego, bo już było bardzo późno, więc wyruszyliśmy z powrotem na dół. Ja głównie zjechałem sobie po śniegu na spodniach, Ilona trochę spokojniej zeszła. Znowu chwila przerwy w dolinie i wyruszyliśmy z powrotem do samochodu. Niestety trochę przeliczyliśmy się z dystansem, skutkiem czego byliśmy przy samochodzie już po zmroku. Na szczęście przynajmniej jedno z nas myśli i Ilona wzięła czołówkę. Szybko wskoczyliśmy do samochodu i udaliśmy się na miejsce kampingowe jakieś 2-3 mile niżej. Rozłożyliśmy namiot, wyjęliśmy śpiwory, a potem pamiętam już tylko chrapiącą Ilonę i że zasnąłem jakieś 2 minuty później.
Podsumowanie:
- jakieś 17-18 mil zrobionych na nogach,
- 17-godzinna wycieczka,
- 2300 metrów różnicy wysokości,
- zdobyty szczyt o wysokości 4001 metrów,
- potworny ból głowy,
- skrajne wyczerpanie, włącznie z pomniejszymi halucynacjami. ;-)

8 cze 2007

I oto kolejny week-end

Na razie plan zapowiada się ciekawie, póki co pozostawię go dla siebie, jak się nam uda to się pochwalimy. Jak się nie uda to i tak się pochwalimy i powiemy, że akurat to chcieliśmy zrobić. :-D

6 cze 2007

Fern Canyon

Pobudka na szczęście nie była taka trudna na jaką by się mogła zapowiadać. Ustaliliśmy więc, że najpierw jedziemy zwiedzić kanion, a potem wracamy na "brunch" do Eureki. Pojechaliśmy więc na północ, gdzie przy Elk Meadow skręca się nad wybrzeże. Jak sama nazwa wskazuje, udało nam się pooglądać troszkę łosi. Przejechaliśmy więc drogą przez las do parku, gdzie udało nam się zobaczyć jeszcze więcej łosi. Najfajniejszym widokiem były wystające tylko poroża z trawy. :-) Niedużo dalej zatrzymaliśmy się na parkingu i na nogach już poszliśmy zwiedzić Fern Canyon.
Sam kanion nie jest duży (na pewno w porównaniu z Wielkim Kanionem ;>), ale jest miejscem dość sympatycznym. Przede wszystkim mnóstwo zieleni, ściany porośnięte mchami, pnączami. Na dnie leży trochę zwalonych drzew, płynie sobie rzeczka, jednym słowem atmosfera sielankowa. Oprócz rzecz jasna momentów, kiedy trzeba było się wspinać na te drzewa, żeby przejść dalej, ale nie było tak źle. Popstrykaliśmy sobie trochę zdjęći zrobiliśmy pełne okrążenie pętli, bo szlak wracał górą kanionu.
Spakowaliśmy się więc z powrotem do samochodu i pojechaliśmy do Eureki na obiad. Tam wyjątkowo przesiadłem się na siedzenie pasażera i zakimałem. ;-)
Obudziłem się już na Avenue of the Giants, bo Ilonie i Jurkowi udało się przegapić wyjazd na Scenic Byway. ;-) No ale dzięki temu poszło trochę szybciej. Trochę przeszliśmy się między drzewami na Founders Grove. Po krótkim spacerze znowu zachciało mi sie spać. ;-) Obudziłem się więc przy właściwie prawie samym końcu Ave, czyli przy "One-log house". Oglądnęliśmy, zakupiliśmy sobie lody i pojechaliśmy z powrotem. W rezultacie zatrzymaliśmy się jeszcze pod sam koniec przy Golden Gate, ale cała okolica mostu była w chmurach, więc dużo nie zobaczyliśmy. Stąd już zebraliśmy się do domu - na tradycyjne piwko do St. Stephen'si spać. :-)

4 cze 2007

Lassen Peak

Na razie powolutku wrzucam zdjęcia, bo jeszcze nie wszystkie przefiltrowałem. A było super, jak się uda to wieczorem wszystko opiszę. :-)

Lassen Peak
Fern Canyon i Avenue of the Giants

Dzień jak zwykle zaczyna się od wstawania, tym razem niestety bardzo wcześnie, bo o 5:30 już wyjechaliśmy. Droga aż do samego Redding przebiegła zupełnie bez żadnych problemów. Pogoda trochę nie dopisywała - było niestety pochmurnie i niezbyt duża widoczność. Oczywiście jak na warunki amerykańskie. ;-) W Redding zatankowaliśmy tym razem przezornie, żeby nie utknąć później na jakimś pustkowiu i pojechaliśmy do Lassen. Park zaczyna się sympatycznie od czegoś w rodzaju błotnego wulkanu. Jest na zdjęciach, a ciężko jest to wytłumaczyć. :-P
Następnie zatrzymaliśmy się przy małym zamarzniętym jeziorku, które znajduje się prawie przy samym początku szlaku na Lassen Peak. Przebraliśmy się więc, spakowaliśmy rzeczy i wyruszyliśmy. Wycieczka jest dość prosta i szlak nie jest taki wymagający, więc po jakiejś półtorej godziny byliśmy na szczycie. Tutaj wspięliśmy się na same szczytowe skałki, porobiliśmy trochę zdjęć, bo i widoki niesamowite i zeszliśmy troszkę niżej, gdzie znajduje się krater. Rozłożyliśmy się, coś zjedliśmy, każdy porobił jakieś swoje rzeczy, ja jeszcze zebrałem się z Iloną i obeszliśmy krater naokoło. Niestety nie było widać żadnych dziur w ziemi ze względu na zalegający śnieg. Ale wszędzie są ślady siarki na skałach. Ja jako, że uwielbiam klimaty wulkaniczne, więc bawiłem się niesamowicie.
Potem zebraliśmy się na dół. I tutaj też świetnie bawiliśmy się, bo zamiast wracać szlakiem, zeszliśmy z niego i zbiegliśmy sobie po śniegu. Super zabawa, troszkę męcząca, ale bardzo relaksująca. :-)
Potem szybciutko do samochodu i pojechaliśmy zobaczyć resztę parku. Niestety nie było za dużo czasu, więc głównie pooglądaliśmy go z samochodu, ale tak czy siak widok samej góry Lassen jest niesamowity. Niestety żadna erupcja się nie wydarzyła, ale może kiedyś się uda. :-D
Wyjechaliśmy więc z Parku, na północy ładniej było widać Mount Shasta, zatrzymaliśmy się na obiad w Redding i pojechaliśmy do Eureki (na zachodnie wybrzeże). I tutaj przez tą drogę udało nam się dwa razy zostać zatrzymanym za przekroczenie prędkości, ale oba razy policjanci nas puścili bez niczego. Chyba naprawdę mam dużo szczęścia w życiu. :-D
Dotarliśmy w końcu do Eureki, niestety nie udało nam się na zachód (ale trzeci raz już nie chciałem ryzykować zostania zatrzymanym ;-)). Tutaj zadekowaliśmy się w motelu, udało się nawet wynegocjować całkiem przyjemną cenę i poszliśmy do lokalnego mikrobrowaru. Po paru pitcherach wróciliśmy sobie spokojnie spać, bo też mieliśmy plan zwiedzić parę rzeczy następnego dnia.

P.S.: No a reszta jutro. :-)

31 maj 2007

Kanion Kolorado i Las Vegas

Z Williams do kanionu jest jakieś 50 mil, więc mniej więcej godzina drogi. W Tusayan zatrzymaliśmy się jeszcze na śniadanie, ale to w sumie najmniej interesująca część dnia. ;-)
Więc: tak, Kanion robi wrażenie. Na początek jedzie się naprawdę, naprawdę płaskim kawałkiem ziemi aż dojedzie się do samego Kanionu. Wtedy wysiada się z samochodu, podchodzi do barierki i mówi: "Wow!". Ewentualnie nic się nie mówi. Ewentualnie Amerykanie mówią "Holy fu**** shit!". Ewentualnie Polacy mówią "O kur**!". I tak dalej. :-) Kanion mierzy pomiędzy południową i północną krawędzią jakieś 10 mil. Między najwyższym punktem a najniższym jest jakieś 1.5 mili różnicy wysokości. Naprawdę jest to jedna z rzeczy, które chce się zobaczyć.

Tak więc zaparkowaliśmy samochód prawie na całkiem zachodnim brzegu parku i rozpoczęliśmy zejście do Kanionu. Zakładaliśmy, że może uda nam się zejść aż do Kolorado, ale troszkę przeliczyliśmy się z czasem. ;-) W rezultacie zeszliśmy na Plateau Point - wysunięty kawałek równiny jakieś 6 mil wgłąb kanionu i jakieś 800 metrów w dół. Zajęło nam to jakieś 4 godziny w naprawdę solidnym upale powyżej 40 stopni. Dla uwagi dodam tylko, że Kanion Kolorado znajduje się na pustyni (jak i cały południowy-zachód Stanów...), więc nie ma za dużo drzew (żeby nie powiedzieć, że nie ma żadnych żadnych). Miłym urozmaiceniem po drodze było Indian Springs, czyli swoistego rodzaju "oaza". Właściwie wyglądało to bardziej na coś w rodzaju ogrodu z kaktusami. ;-)

Na Plateau Point doszliśmy w największym upale około 14. Posiedzieliśmy tam chwilkę, każdy z nas porobił jakieś swoje rzeczy i udaliśmy się z powrotem. Co śmieszne droga z powrotem zajęła nam tyle samo czasu ile zejście, przez co troszkę się zmęczyliśmy. Steve wręcz poprosił mnie o zdjęcie: "Could you make me a picture so I can know how bad I felt?". :-D

Spiekło nas wszystkich bardzo strasznie, co zresztą troszkę widać na zdjęciach. Wsiedliśmy do samochodu i zgodnie z planem udaliśmy się do Las Vegas. Steve zasnął już po pierwszym zakrętem. ;-) Ilona potowarzyszyła mi jeszcze rozmową przez jakiś czas i również zasnęła. Żeby nie okazało się, że przegapiliśmy którąś z tradycyjnych części naszych podróży okazało się na Hoover Dam, że zapomnieliśmy zatankować. Na szczęście udało nam się jakoś wtoczyć na tamę i zjechać na drugą stronę, gdzie znaleźliśmy jakąś stację. :-D

Po Hoover Dam wyjeżdża się już na równinę na której znajduje się Las Vegas. I tutaj drugi raz tego samego dnia można było powiedzieć "Wow!". W sumie dość szczęśliwie, że przyjechaliśmy w nocy, bo zobaczyliśmy całą równinę rozświetloną. Jutro może uda mi się uzyskać jakieś zdjęcia od Steve'a. :-)
Znaleźliśmy więc motel i udaliśmy się na The Strip. Nevada jest pięknym stanem, w którym dodatkowo można sobie chodzić z piwem po ulicy, więc zakupiliśmy sobie po piwku i udaliśmy się w drogę po kasynach. Najlepszy był Steve, który podszedł do pierwszej lepszej maszyny, wrzucił 5 dolarów, zagrał za całe 5 i wygrał 110. :-) Mnie w rezultacie udało się jakoś wyjść na plus, ale dużo nie grałem, a Ilona straciła z jakieś 20 dolarów. Jak stwierdziła: "Ja to chyba będę mieć jakiegoś zajebistego kochanka!". ;-) Chodzenie po kasynach zakończyliśmy na Bellagio i udaliśmy się z powrotem do motelu spać. Dzień i wieczór jak najbardziej udany. :-)

Podróż do kanionu

Dramatis personæ:



Wyruszyliśmy z samego rana. Okazało się, że Ilona ma wypożyczony samochód służbowy, dzięki czemu nie musieliśmy przynajmniej na to wykładać kasy. :-) Ilona podjechała pode mnie, później odebraliśmy Steve'a z SJSU i wyruszyliśmy w drogę. Która na szczęście okazała się dość prosta, zresztą jechałem już tamtędy po raz kolejny, więc była mniejsza szansa na zgubienie się. ;-) Większą przerwę zrobiliśmy sobie dopiero w Barstow (chyba ;)) około południa. W sumie nic rewelacyjnego, ale po kilku godzinach jazdy każdy z przyjemnością na chwilę rozprostował kości. Zajęło to wszystko naprawdę tylko chwilkę i udaliśmy się dalej do Baker, gdzie zjechaliśmy z autostrady, żeby przejechać przez Mojave National Preserve z północy na południe. Już w Barstow było "dość" ciepło, a w Baker wręcz gorąco - 104 stopnie Fahrenheita. Jak się można domyślić, po wjechaniu do Mojave wcale nie zrobiło się chłodniej. ;)

W samym rezerwacie zatrzymaliśmy się na chwilkę dłużej przy diunach, które miały dość imponujące rozmiary. Niestety ze względu na brak czasu nie udało nam się na nie wyjść, ale przynajmniej poczuliśmy troszkę klimat prawdziwej pustyni piaszczystej. ;-)

Z Mojave na spokojnie wyjechaliśmy już na autostradę na południu i udaliśmy się w stronę Williams, gdzie zdecydowaliśmy się nocować. Co okazało się bardzo fajnym pomysłem, bo Williams znajduje się na Route 66 i jest miasteczkiem naprawdę w starym westernowym stylu. Większość facetów chodziła w kapeluszach, "flanelowych" koszulach w spodniach i w mokasynach. Do tego miasteczko posiada właściwie jedną, główną ulicę, czyli wygląda zupełnie jak z filmu. Udaliśmy się więc na spokojną kolację i wróciliśmy do motelu spać.
Przebieg dnia: 800 mil mniej więcej. :-)

30 maj 2007

Zdjęcia

Wrzuciłem na razie zdjęcia, opisy później :)

Przejazd pierwszego dnia przez Mojave
Zejście na Plateau Point w Grand Canyon
Przejazd przez Death Valley i Yosemite

UPDATE:
Niestety opisy się troszkę opóźnią, ponieważ mieliśmy małe problemy z połączeniem sieci... No ale o tym też później. ;-) Wrzuciłem jeszcze parę zdjęć z nowego domu.

25 maj 2007

Długi week-end = wycieczkowanie

Jako, że w poniedziałek jest tutaj Memorial Day, czyli generalnie wolne, więc jedziemy sobie spokojnie spożytkować te trzy dni na jakąś długa wycieczkę. W składzie: Ilona, Stephen oraz ja. Chyba, że ewentualnie uda się kogoś jeszcze dołapać, ale to już wątpliwe o tej porze. W sumie to się dziwię co ci ludzie robią, że nie chcą podróżować. :-)

Update więc prawdopodobnie we wtorek, może w poniedziałek uda mi się wrzucić jakieś zdjęcia z miejsc gdzie będziemy!

Fotografia hobbistycznie ;-)

[13:54:38] Dominie: może powinnam sobie zrobic zdjecie wlasnych piersi :D
[13:54:56] Dominie: przetestuje zoom w aparacie :D
[13:55:10] VeD: mowilas, ze nie masz obiektywu makro
[13:55:12] VeD: :P
[13:55:16] VeD: :D
[13:55:16] Dominie: buahhahahaha
[13:55:18] Dominie: buhahahahahaha
[13:55:20] Dominie: świnia :D

Nowe warunki

Nowe mieszkanie, w całkiem nowym miejscu. Na szczęście bus z pracy pozostaje ten sam. Trochę było załatwiania z tym wszystkim, więc i za bardzo czasu nie było, żeby coś napisać. No a za chwilę Ilona tak samo przyjeżdża podwieźć mnie do roboty, więc też czasu nie ma. Dzisiaj odzyskam aparat, więc jeśli tylko mi się uda to w przerwie między pracą a piwem porobię jakieś zdjęcia mieszkania i coś zaktualizuję to wszystko.

22 maj 2007

Stany część II

No i znowu jestem tutaj. W Polsce było cudownie, szkoda, że to tak wszystko szybko zleciało. No ale będzie dobrze, czas do następnego spotkania zleci szybciej niż by się to wydawało. Dziękuję wszystkim za ten wspaniały tydzień. :-) A Niektórym bardzo szczególnie, było niezapomnianie.

12 maj 2007

A tak w ogóle...

A tak w ogóle to jestem w Krakowie. Dostępu do sieci nie mam za bardzo, więc może być troszkę zaległości. Kontakt - najlepiej telefoniczny. :-)

PS: Chociaż w sumie może najprościej to w Awarii... :-P

10 maj 2007

Zaległości

Ech i znowu porobiły się zaległości, ale ten tydzień wyjątkowo zajęty. Teraz sobie przypomniałem, że zapomniałem napisać, że w zeszłym tygodniu bylismy z Laurent na koncercie Arctic Monkeys w San Francisco. Laurent to bardzo zachwalał, ale szczerze mówiąc mnie się koncert za bardzo nie podobał. :) No ale przynajmniej miałem co robić wieczorem.

Przedwczoraj widziałem się z Jackiem Krzywińskim, jest tutaj konsultantem w SLAC i przyjeżdża raz na miesiąc. Jesteśmy umówieni na piwo następnym razem. ;-) Śmieszne to, bo to znajomy mojego ojca, czyli parę dekad starszy. ;-) Bardzo sympatycznie było się spotkać, w sumie nie widzielismy się kupę lat i kto by pomyślał ostatnim razem, że następne nasze spotkanie nastąpi w Kalifornii? :)

A poza tym różne inne rzeczy, ale mało ważne. W tym tygodniu pokłóciłem się trochę z Felipe, ale w sumie to tylko takie męskie przepychanki i już jest w porządku.

No i na tym chyba póki co koniec, jak sobie coś przypomnę to dopiszę. :-)

8 maj 2007

North Chalone Peak

Obudziłem się naprawdę wypoczęty - nie ma to jak porządnie się zmęczyć przed snem. Wstałem więc i pojechałem do pracy sprawdzić czy nie odezwali się Greg z Edwinem w sprawie wycieczki. Nie odezwali się, ale dziećmi już nie są, nie będę wszystkiego za nich organizować. :)

Wydrukowałem więc parę map, porozmawiałem chwilę na sieci i wróciłem do NASA, żeby się ogolić. ;-) W końcu nigdy nie wiadomo kogo się spotka na szlaku. ;-) Z NASA prosto do Pinnacles National Monument. Oczywiście map, które wydrukowałem zapomniałem, ale na szczęście droga jest naprawdę prosta. Dotarłem więc dość szybko, pogoda piękna, praktycznie brak jakichkolwiek chmur. Niestety oznaczało to straszny upał, ale nie ma co narzekać. Z parkingu busikiem podjechałem sobie do Visitor Center, skąd zaczynał się szlak. Po sobocie przewidziałem coś prostszego, więc i wysokości i dystans dużo mniejszy niż w przypadku Alta Peak.

Na samym początku szlak przechodzi przez jaskinie i wchodzi do całkiem przyjemnej, schowanej dolinki. Zresztą widać to na zdjęciach. Dodatkowo w dolince znajduje się także małe jeziorko, które dodaje trochę uroku temu miejscu. Z Bear Gulch Reservoir (tak nazywa się jeziorko) szlak prowadził już na sam North Chalone Peak. Trasa nie była zbytnio wymagająca, ale z pewnością panujący upał dawał się we znaki, brak jakichkolwiek chmur, czasami tylko troche wiatru, a i tak gorący. Bez żadnych przygód udało mi się dotrzeć na szczyt. Tutaj tradycyjnie sesja fotograficzna, coś przekąsić i z powrotem.

Drogę powrotną przebyłem w towarzystwie sympatycznej Rosjanki, więc trochę pogadaliśmy, okazało się, że pracuje w Yahoo. Na rozmowie czas szybko mija, więc zaraz byliśmy z powrotem przy jeziorku, ja wróciłem przez jaskinie, ona udała się w jakąś inną trasę. W sumie śmieszne, ale nawet nie wiem jak miała na imię. :-)

Dotarłem więc spokojnie na parking, skąd z powrotem busem do samochodu i spokojnie do domu. :-) Dotarłem z powrotem w miarę wcześnie, więc udało mi się jeszcze porobić trochę własnych rzeczy.

No a na sam koniec weekendu na spokojne, zasłużone piwko do St. Stephen's. :)

7 maj 2007

Alta Peak

Zaczęło się w piątek. Spakowałem się. Z kolei w sobotę również zaczęło się wcześnie, wyruszyłem mniej więcej o 4 nad ranem. Wschód słońca zastał mnie tuż za Pacheco Pass na wysokości San Luis. Grzecznie kupiłem sobie kawkę w McDonaldzie i pojechałem dalej. Generalnie droga bez żadnych większych przeżyc. Po drodze tylko zaczęło mi tradycyjnie brakować benzyny, ale na szczęście na rezerwie jakoś udało mi się dojechać do stacji. Około 8 byłem juz w Visitor Center gdzie zakupiłem mapę, a potem udałem się do Wolverton, skąd zaczynała się moja trasa. Pogoda na początku zapowiadała się naprawdę pięknie. Wyruszyłem więc spokojnie zaopatrzony w mapę. Mapa miała mieć naniesione znaki topograficzne, o czym przekonywała mnie przy kupnie pani ranger, ale niestety okazało się, że "nigdy nie wierz kobiecie". ;-)

Z początku trasa nie była trudna i szła mi bardzo dobrze, pierwsze 1.8 mili pokonałem szybciutko i dotarłem do połączenia z następnym szlakiem. Zaczęło się niestety chmurzyć i być zimniej, ale również trasa zaczęła być bardziej wymagająca. Chwilę dalej zrobiłem sobie pierwszą przerwę na skonsumowanie jakichś słodyczy. Porobiłem jeszcze trochę zdjęć przeciwległej części doliny na całe szczęście, bo później przyszły już chmury i właściwie to końca wycieczki chodziłem we mgle. No i od tego momentu zaczęło się już bardzo konkretne wychodzenie, bardzo stromo, momentami przedzieranie się przez krzaki czy też skały. Oczywiście to wszystko w śniegu. Naprawdę nie było łatwo, momentami miałem ochotę rzucić to wszystko i wrócić do samochodu. Na szczęście jakoś się udało dotrzeć. :-)

Na górze dłuższa przerwa na jakiś posiłek i zacząłem wracać po własnych śladach na dół. Troszkę śmiesznie było kiedy w środku lasu, na takim totalnym zadupiu, usłyszałem w oddali wycie wilka. ;-) Właściwie to było to dla mnie mało śmieszne, ale szczęśliwie i wilki i niedźwiedzie udało mi się jakoś ominąć i wróciłem do samochodu.

Zmęczony, ale bardzo zadowolony. Alta Peak - 3415 metrów, różnica wysokości z Wolverton na szczyt - 1300 metrów, dystans całkowity - około 22 kilometrów. :-)

Polecam takie przeżycie - fajnie jest sobie udowodnić, że potrafi się zrobić coś czego się nie potrafi zrobić. :-)

3 maj 2007

Greckie przekręty

Mamy busa z klimatyzacją. Ostatnio było naprawdę gorąco, a klimatyzacja się popsuła. Ale mamy nowego busa na kursy powrotne. Co się stało? Dino powiedział w swoim biurze, że miał na pokładzie ciężarną kobietę i musiała wysiąść z powodu upału. :-D

W każdym razie wszyscy się cieszą. ;-)

2 maj 2007

Anthony Chabot Regional Park - hiking

Pobudka z lekkim opóźnieniem. Wszyscy po imprezie dnia wczorajszego odsypiali. Dodatkowo warunki niezbyt komfortowe, jakkolwiek jestem bardzo zadowolony ze śpiworów, które pożyczyliśmy z REI. Mnie było ciepło i dość przyjemnie. Co prawda camping, więc trochę rzeczy mi się przypomniało, ale nie ma co rozpaczać, wspomnienia miłe, a jeszcze milsze pewnie będą. :-)

Oczywiście wszyscy wstali z opóźnieniem oprócz mnie. Może to zboczenie z tym nie spaniem, może to przyzwyczajenie, może jakaś głupia żądza przygody. Stawiałbym na to pierwsze. ;-) Poszedłem więc porobić troszeczkę zdjęć nad jezioro. Niestety zejść na sam brzeg mi się nie udało (jak widać na zdjęciach), a poza tym za chwilkę wyczerpały mi się baterie od aparatu, więc musiałem wracać. Przywitałem się grzecznie z sąsiadami i powoli towarzystwo zaczęło się budzić. Szybkie prysznice i pojechaliśmy do Oakland na spóźnione śniadanie. Lokal całkiem w porządku, chociaż zanim doczekałem się na dolewkę kawy minęło trochę. ;-)
Wróciliśmy więc do parku, tym razem w inną okolicę i udaliśmy się na pieszą wędrówkę. Na początku zapowiadało się bardzo sympatycznie, bo z górki. Dodatkowo drzewa tutaj tworzą dość niesamowitą atmosferę, bo są Duże (tm). Nie tak duże jak w Redwood, ale jednak o niebo większe niż w Polsce.
Na szczęście okazało się, że droga powrotna, mimo że musieliśmy nadrobić na małym odcinku dość sporą odległość, jest dość krętą ścieżką, więc nie jest tak stroma. Po udanym podejściu wywaliliśmy się na polanie i poopalaliśmy się troszkę. Reszta drogi przebiegła już bardzo szybko i przyjemnie. Rozochoceni kąpielą słoneczną moi towarzysze stwierdzili, że udadzą się na okoliczny basen (nie ma to jak brak kąpielówek). Na szczęście nie nudziłem się w międzyczasie, bo udało mi się zaobserwować wiewiórkę, która komuś z kąpielowiczów próbowała zwędzić kapelusz. :-)

Po przyjemnej kąpieli pojechaliśmy do Berkeley, do już raz odwiedzonego baru na kolację. Tutaj też troszkę śmiesznych sytuacji, ale generalnie nie zostaliśmy długo i pojechaliśmy do domu. Tutaj wylewnie pożegnałem się ze Stephanie i Mathieu, mniej wylewnie z Denis (facet Stephanie) i udałem się spokojnie spać. :-)

A dzisiaj/wczoraj pełnia, więc z braku snu mogę spokojnie siedzieć na polu na patio (gdzie jest zasięg) i uzupełniać wpisy. :-)

30 kwi 2007

Dawidowi...

Dawidowi gratulujemy ostatniej suwerennej decyzji w życiu...

Pogrążeni w żalu koledzy z piwa

A tak na serio. :-)

Dawid Ostrowki, lat 24 (prawie) oświadczył się. Cytując mojego kuzyna:
"
no staryyyyyyyy!!!
gosc sie oswiadczyl pod Wielkim Łukiem w Paryzu.
ania nie skorzystala z przyslugujacego jej prawa "veta"
poniewaz zostala oslepiona i zaskoczona polaczeniem zlota i brylantu."

Cieszę się bardzo! Będą małe Dawidki! :-D

PS: Dalsze informacje w toku, ze względu na bardzo dupne połączenie zostaną dostarczone później. :)

Anthony Chabot Regional Park - camping

Już wieczorem... a w nim piękne kobiety, straszne historie, groźne zwierzęta, przygoda, akcja oraz wszystko czego potrzebujecie. ;-)

A tak na serio to wypadałoby trochę popracować.

Zdjęcia już wrzucone:
Alcatraz
Anthony Chabot Regional Park

No i się przedłużyło, ale niestety poradzić się na to za dużo nie da. Czasami łącze w NASA jest tak tragiczne, że naprawdę niczego nie da się zrobić. No ale nie ma co narzekać... ;-)

Rano zaczęło się od tego, że pojechaliśmy z Laurent po samochód, który dzień wcześniej zostawiliśmy w okolicach polskiej restauracji. Wróciliśmy czym prędzej po resztę i zebraliśmy się na Pier 33, skąd mieliśmy statek na Alcatraz. Cudem zdążyliśmy dokładnie co do minuty na moment kiedy statek już miał odpływać.

Alcatraz jest wbrew swojej opinii wyspą bardzo ładną i nie składa się tylko z więzienia. Wysłuchaliśmy bardzo fajnie zorganizowanego audio tour i w sumie spędziliśmy na wyspie jakieś 4 godziny. Bardzo fajnie spędzone 4 godziny, rozciąga się niesamowity widok na całe SF, jedynym minusem jest, że strasznie wieje. ;-)

Po zejście z powrotem na ląd udaliśmy się w okolice Pier 39, gdzie spożyliśmy na spokojnie obiad. Po obiedzie przeszliśmy jeszcze kawałek pooglądać sobie lwy morskie i udaliśmy się na camping. Na całe szczęście okazało się, że jest dla nas miejsce. Zostawiliśmy dzieci, żeby zajęły się rozbijaniem namiotów, a my pojechaliśmy po zakupy na grilla. :)

Przy okazji udało się nam zobaczyć całkiem ładną panoramę na zatokę ze wzgórz nad Oakland.


Po jakiejś godzinie powróciliśmy na camping i grillem suto zakrapianym piwem zakończyliśmy dzień. ;-)

Polish restaurant, Irish bar

Wyruszyliśmy z Firmy zgodnie z planem. Właściwie to ja wybyłem do NASA zostawić trochę rzeczy i w okolicach godziny 7 Mathieu z Laurent przyjechali po mnie i udaliśmy się w stronę SF. Podróż przebiegła w atmosferze zaciekłej dyskusji. Na szczęście udało się jakoś w końcu dotrzeć - najpierw do hotelu, a później do restauracji. Pogubiliśmy się trochę i przyznam się, że to moja wina... ;-)

Lokal ciekawie urządzony, do tego polska obsługa. Bardzo przyjemne jedzenie (miło sobie przypomnieć na co się narzeka w Polsce co dnia :->). Reszcie towarzystwa bardzo się wszystko spodobało, z czego się bardzo cieszę, bo restauracja nie należy do najtańszych. :/ No ale jednorazowo można sobie pozwolić na trochę większe wydatki.
Wielkie emocje, zwłaszcza w Mathieu :-D, wzbudziła grupka dziewczyn siedząca parę stolików dalej. Od razu zostałem przez kompanów zasypany pytaniami czy w Polsce wszystkie kobiety są takie ładne (a trzeba przyznać, że co najmniej jedna z tych dziewczyn była urody nieprzeciętnej.. :-)). Mathieu nawet stwierdził, że wydłuży sobie swój pobyt w Europie, żeby móc zahaczyć o Polskę. Co prawda nie wiemy zupełnie czy były to dziewczyny z Polski (na pewno nie wszystkie), ale sądząc po urodzie jest to co najmniej prawdopodobne. :-)

Po zjedzeniu kolacji udaliśmy się do Irish pubu parędziesiąt metrów dalej. Jako, że w restauracji już uraczyliśmy się polskim piwem (wreszcie w normalnych porcjach :-)), więc po chwili w pubie nastroje zrobiły się co najmniej sprzyjające. Było bardzo sympatycznie i o godzinie 2 nad ranem zostaliśmy "wyrzuceni" i udaliśmy się taksówką na spoczynek do hotelu.

27 kwi 2007

Friday Night in San Francisco

Tym razem nie chodzi o album muzyczny. Plan z polską restauracją został przesunięty na dzisiaj. Tak więc wybieramy się do Old Krakow na obiadokolację z całym towarzystwem. Potem pewnie gdzieś na miasto. Się będzie działo. ;-)

26 kwi 2007

Dino



Dino to kierowca autobusu o którym już pewnie nie raz wspominałem. Ma 74 lata a wygląda na góra 60. Dalej szuka dziewczyny. ;-) Po 4 żonach.
Sam mówi o sobie, że jest postrzelony (w sensie umysłowym, bo tak naprawdę został postrzelony podczas wojny, ale to później). I jest w tym trochę racji. Jest Grekiem. Właściwie to jest Amerykaninem, bo urodził się tutaj, ale cytując: "I was started in Greece, I was finished here". Jego rodzina pochodzi z okolic Sparty.
Dzisiaj mieliśmy w busie trochę dłuższą rozmowę i opowiedział mi trochę o wojnie w Korei, w której brał udział. Zapisał się na ochotnika, miał wtedy 17 lat, skłamał w zeznaniu, więc go wzięli. Jego jednostka była jednostką rezerwy - stacjonowali w Teksasie, kiedy ogłoszono mobilizację. Z całego oddziału (czy jak to się tam zwie) liczącego 200 chłopa na front wzięto tylko 2. Zgadnijcie kogo?
Był 2 razy ranny, dostał 2 purpurowe serca. Za pierwszym razem było to oficjalne - został postrzelony. Za drugim razem... hmmm... Zacytuję: "I am probably the only man in US who got a Purple Heart for frost-bite!". I mówi to z uśmiechem. Wróciwszy spędził 3 miesiące w szpitalu psychiatrycznym. Po wojnie był przez 3,5 roku policjantem. Dużo więcej o nim nie wiem, zdjęcie umieszczę jak tylko zrobię.

Mówi na mnie w żartach "the damn Polak". :-) Zawsze cieszy mnie wracanie z nim busem.

Niesamowity człowiek.

25 kwi 2007

Intern Field Day

Trochę się tych zaległości porobiło niestety. Trochę mi się w moje notatki lenistwa wkradło, ale w sumie jakoś specjalnie dużo ciekawych rzeczy się nie działo o których można by wszystkim poopowiadać. Tak to jest, że akurat jak się ma jakiś pomysł na napisanie czegoś to nie ma się albo czasu albo komputera pod ręką, a jak się ma to akurat się nie ma co mądrego powiedzieć. :-)

Dzisiaj mieliśmy Intern Field Day. Oznaczało to, że stażyści z MV zebrali się wszyscy w parku pod Firmą i robili różne głupoty na polu (w odróżnieniu od głupot, które na codzień robią w biurze ;)). Całkiem sympatycznie pograliśmy sobie w nogę, gra zakończyła się remisem. Było dość zabawnie, bo większość ludzi nie bardzo miała pojęcie w ogóle o zasadach gry, już nie mówiąc o wykazywanych zdolnościach. ;-)
Sposobem tym popołudnie zleciało całkiem szybko. Wczoraj z kolei przyjechała siostra Laurent z chłopakiem, więc wieczorem wyskoczyliśmy do St. Stephen's na szybkie piwko. Co zaowocowało tym, że dnia dzisiejszego jednak pojechałem późniejszym busem, czyli za dużo w pracy nie porobiłem, trzeba będzie nadrobić przez resztę tygodnia. Jutro mamy plan wybrać się do polskiej restauracji w SF - Old Kraków. Miejmy nadzieję, że będzie sympatycznie. :-)

Venice Beach, Getty Museum

Pobudka z rana koło godziny 9. Jak zwykle wstałem pierwszy i nie bardzo miałem co robić. Wyszedłem sobie więc na patio i pozrzucałem zdjęcia z aparatu na komputer. Chwilę później obudził się Michał i posiedzieliśmy chwilę i pogadaliśmy. Przy okazji wykonałem parę telefonów i jakoś powoli wszyscy zaczęli się budzić.
Zebraliśmy się więc do centrum Laguna Beach i znaleźliśmy jakiś lokal na śniadanie. Które nota bene było całkiem niezłe mimo tego, że Khalid zapieprzył mi mój Veggie Omelette przez przypadek... ;-) No ale nie można gościa pobić o coś takiego, jeszcze wybuchłyby zamieszki na tle religijnym. ;-) Po śniadaniu skoczyliśmy na chwilę na plażę, porzucaliśmy sobie frisbee i było sympatycznie. Plan na dalszą część dnia obejmował w dalszej kolejności oglądnięcie Venice Beach, co też uczyniliśmy. Rozdzieliliśmy się na parę grupek, część udała się bulwarem wzdłuż plaży, ja skoczyłem sobie na samą plażę popstrykać trochę zdjęć.
Spotkaliśmy się z powrotem za mniej więcej godzinę przy samochodach i udaliśmy się w dalszą drogę, czyli do Getty Museum. Do samego muzeum, które usytuowane jest na górze, dojeżdża się kolejką. No i znajdują się w owym muzeum przenajróżniejsze obrazy, rzeźby, etc. Mnie jakoś specjalnie to nie zaciekawiło, ot muzeum. ;-) Fajniejszy i ładniejszy był ogród oraz widok, który się z niego rozciągał (jak na standardy miastowe). Około godziny 18 wyrzucili nas wszystkich i pojechaliśmy do Pasadeny na kolację oraz odwieźć Michała. Znaleźliśmy sympatyczną restaurację, trochę problemu mieli ze skombinowaniem dla mnie kawy, ale jakoś im się udało. Następnie podrzuciliśmy Michała pod sam dom, a my udaliśmy się w drogę powrotną. Na początku strasznie lało, zwłaszcza przy wyjeździe z LA. Potem pogoda się troszkę uspokoiła i w całkiem niezłym tempie dojechaliśmy na miejsce. :-)

24 kwi 2007

Santa Monica, Laguna Beach

Rano pobudka i z Laurentem zebrałem się i pojechałem po Michała, znajomego który ma staż w Caltechu w Pasadenie. Zajęło to nam chwilkę, ale wszystko odbyło się w miarę sprawnie. Zgodnie z planem wyruszyliśmy więc do Malibu, gdzie znaleźliśmy sobie miejsce na śniadanie (dość płynny termin w tym kontekście ze względu na godzinę 11 ;>). Po posiłku zakupiliśmy jeszcze frisbee i pojechaliśmy w stronę Santa Monica, gdzie spotkaliśmy się z Peterem, znajomym Laurenta, w lokalnej siedzibie Firmy.
Poszliśmy więc na molo, które okazało się średnio ciekawe. Za to centrum Santa Monica wydaje się dość ciekawe. Niestety nie zatrzymaliśmy się dłużej ze względu na brak czasu. Z Santa Monica udaliśmy się na przejażdżkę Mulholland Drive aż do samego Hollywood wraz z jego słynnym znakiem. Trzeba przyznać, że LA jest ogromne, porobiliśmy trochę zdjęć i wysiedliśmy w Hollywood oglądnąć Kodak Theatre. Sam Hollywood jest trochę śmieszny i zdecydowanie bardziej żywy niż większość miast w Stanach. Bardzo dużo artystów ulicznych, mnóstwo turystów rzecz jasna i trochę wszystko sztuczne, ale chyba bardziej podoba mi się takie życie na ulicy niż jego brak. Poza tym, że LA mi się nie podoba. ;-)
Rozdzieliliśmy się więc i każdy trochę pobuszował w okolicach kina. Nasza mniejsza grupka (Peter, Mathieu, Laurent oraz mła) udaliśmy się zjeść naleśniki w małej obskurnej knajpce na którymś piętrze kina. ;-)

Z Hollywood pojechaliśmy oglądnąć Beverly Hills (ale to tak tylko przejazdem) oraz River Road. Czyli jak się dowiedziałem ulicę na której Julia Roberts robiła zakupy w "Pretty Woman". No cóż...

Po krótkiej debacie postanowiliśmy, że wszyscy łącznie z Peterem jedziemy do Laguna Beach, gdzie znajdziemy sobie motel oraz jakiś bar na noc (albo na odwrót, kto co lubi ;)). Tak więc udało się znaleźć dość sympatyczną restaurację, przed którą niestety musieliśmy czekać prawie godzinę, żeby się do niej dostać. Zjedliśmy więc kolację, w zamian za czekanie zostaliśmy przez managera knajpy nagrodzeni darmowym deserem, czyli ciastem czekoladowym z lodami. ;-P
No i tutaj wyszedł przy okazji pierwszy kwas, bo okazało się, że Peter nagle wymyślił, że musi wrócić tego samego dnia do Santa Monica... W rezultacie popsuło mi to trochę humor i stwierdziłem, że go odwiozę (żeby nie musieć się bawić w organizację szukania motelu i knajpy :-P). Skończyło się na tym, że wracając do Laguna Beach utknęliśmy w korku o godzinie 1:30 w nocy... No ale jakoś w końcu udało się dotrzeć i spokojnie pójść spać.




PS: Dostawa następnego posta opóźniona ze względu na dostawę piwa. ;-)

23 kwi 2007

Organizacja i takie tam

I po raz kolejny okazuje się, że wszyscy niby psioczą na ten nasz naród, ale z jak przychodzi problem to zawsze jesteśmy najlepsi w załatwianiu wszelakich spraw. W piątek trzeba było załatwić drugi samochód, więc musiałem się tym zająć (bo oczywiście nikt nie ma czasu). Tak więc oczywiście zajęło to dużo czasu, bo oprócz tego nikt nie chciał wziąć samochodu na siebie... Na szczęście na sam koniec znalazł się kolega Edwina - Stephen, który zaofiarował się, że weźmie samochód, a i tak ze względu na problemy z kartą musiałem za to zapłacić. ;-) No ale było minęło.

Zgodnie z umówionym czasem o godzinie 18 zebraliśmy się na parkingu z betami w celu wyruszenia. Wszyscy. A właściwie prawie, bo na Edwina musieliśmy czekać prawie pół godziny. Potem utknęliśmy na chwilę w korku w okolicach Gilroy, ale reszta drogi przebiegła bez większych problemów. Oprócz inercji wszelkich działań wywołanej obecnością 7 chłopa (7 wspaniałych? ;-P). Tak więc na godzinę pierwszą w nocy z krótkimi przerwami znaleźliśmy się w San Fernando już w motelu. Prędkość średnia całkiem całkiem jak na taki dystans, na szczęście udało nam się nie złapać żadnego mandatu. :-)

LA

Nie podoba się. :)

No ale jakieś zdjęcia na razie umieszczę, wieczorem wrzucę opisy.
Santa Monica, Mulholland Drive, Hollywood, Laguna Beach
Venice Beach, Getty Museum

20 kwi 2007

I tak k... do zaj...

Jakby to rzekł Dawid. ;-)

Kolejny piątek. Dzisiaj w Firmie były jakieś ćwiczenia SWATu i policji. Śmiesznie jest obserwować takich ludzi, których się w sumie zna tylko z filmów. No a już za 3 godzinki zbieramy się wszyscy do Los Angeles na weekend. Zapowiada się sympatycznie, pogoda może też nie będzie tragiczna, więc mam nadzieję, że będą to dwa dni udane. :-)

Sunset Boulevard - here I come! :-)

19 kwi 2007

AdSense update

Google stwierdziło, że nie nadaję się na zarabianie pieniędzy za pomocą AdSense. :-) Blog zawiera prawdopodobnie jakieś zakazane treści (pornografia dziecięca, zwierzęca, etc.). :-P

18 kwi 2007

Ofsajt

Korzystając z chwili przerwy wywołanej kompilowaniem sie dwóch klientów mogę spokojnie opisać wczorajszy dzień. ;-)

Dzień zaczął się średnio przyjemnie, bo od niemożności znalezienia paszportu. Na szczęście okazało się, że zostawiłem go w samochodzie Mathieu... :-)

Raz na kwartał w Firmie przysługuje pewna kwota, która może zostać wykorzystana na tzw. offsite. Polega to mniej więcej na tym, że rzucany jest pomysł, który mieści się w granicach tej kwoty i cały team wyrusza na jakąś "wycieczkę". Tym sposobem wczoraj udaliśmy się na gokarty, pomysł się generalnie chyba spodobał wszystkim. Koło godziny 10 zebraliśmy się z biura z Saurabhem, Lee oraz Grześkiem (nasz menedżer), który zaoferował się nas podwieźć. :-)

Na miejscu podzieleni zostaliśmy na dwie grupy, kazano nam się przebrać w kombinezony wyścigowe (takie prawie full-proffessional ;>), założylismy kaski i zaczęliśmy jeździć. Na początek trochę rozgrzewki, następnie zeszliśmy z toru, potem sesja kwalifikacyjna i prawdziwy wyścig. Jeździ się generalnie bardzo fajnie, poza pewnymi szczegółami. Po pierwsze nie ma wspomagania kierownicy, więc czasami naprawdę ciężko jest takim samochodzikiem sterować. Po drugie nie dostaliśmy rękawiczek. :/ Po trzecie człowiek jednak dość szybko się męczy po takiej jeździe. Śmiesznie się później wysiada z pojazdu, bo okazuje się, że człowiek jest dużo bardziej zmęczony niż myślał. ;-)

Oprócz tego udało mi się dokończyć oglądanie filmu "Loose Change", w ramach wgłębiania się w teorie spiskowe. Nakręcone to jak nakręcone. Tak akurat mi wpadło do rąk, a chwilę zajmuje dojazd z pracy do domu (mimo, że teoretycznie jest bardzo blisko, to jednak Moffett Field jest ostatnim przystankiem w tą stronę), więc zwykle coś w tym czasie oglądam na komputerze. Albo rozmawiamy z kierowcą. Którymi to rozmowami regularnie poprawia mi humor. :-D

Przykładowo ostatnia rozmowa:
- Do you have a girl there in Poland?
- Not at the moment... ;-)
- Ohh... I'm looking for one too... Believe me, it is much easier at your age! :-)

A ma jakieś 50-55 lat. Gość jest momentami nieziemski. ;-)

AdSense

Zobaczymy jak to działa... ;-) Może uda mi się pozbierać na jakieś piwo do czasu powrotu. :-)

Gygy

Cytuję:
[10:25:01] Marta Wawszczyk: no jakies pospolite koszenie chyba w tym roku
[10:25:09] Marta Wawszczyk: nawe ksiaze williamjuz jest wolny :)

Robb's Hut

Rano ze wstawaniem było dość ciężko... ale nie fatalnie. Wstałem, zrzuciłem zdjęcia na laptopa i poszedłem do sklepu po jakieś jedzenie i coś do picia. Przy okazji udało mi się też zaopatrzyć w mapę okolicy. Do tego taki poranny spacer bardzo otrzeź... znaczy się budzi. ;-)

Wróciłem i reszta ekipy powoli stwierdziła, że możemy się zacząć zbierać. Seria szybkich pryszniców, zebraliśmy wszystkie bety i wpakowaliśmy się do samochodu. Zatrzymaliśmy się w lokalnym barze na śniadanie, następnie jeszcze w pobliskim sklepie, gdzie zakupiliśmy busolę, nauczeni doświadczeniami poprzedniego dnia.





Dotarcie na miejsce nie sprawiło nam żadnych trudności i po chwili byliśmy na miejscu. Droga do Robb's Hut została polecona Laurent przez panią ranger. Przed wyruszeniem zaopatrzyliśmy się przezornie w cały osprzęt, który posiadaliśmy i wyruszyliśmy. Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie, bo mimo, że było bardzo blisko do miejsca, w którym byliśmy dnia poprzedniego, to jednak tutaj śniegu było jak na lekarstwo. No i okazało się, żę trasa bardziej przeznaczona jest dla mam z wózkami niż dla tak doświadczonych i ekstremalnych ruchaczy jak my. ;-)

W okolicach szczytu znaleźliśmy trochę śniegu i udało nam się wypróbować rakiety śnieżne. Poza tym rozciągał się całkiem sympatyczny widok. No ale niestety jako, że trasa mało wymagająca, więc w samochodzie znaleźliśmy się dość szybko, tym razem Laurent trochę poprowadził i udaliśmy się na obiad do Sacramento. Znaleźliśmy całkiem sympatyczną pizzerię, w której prawie cała obsługa dodatkowo składała się z kobiet (i to całkiem zacnych w większości :-D).

Tym razem ja zasiadłem za kółkiem i udaliśmy się do MV. Tutaj odwiedziliśmy (już prawie tradycyjnie) znajomą barmankę w St. Stephen's Green, spożyliśmy parę piwek, chłopaki odwieźli mnie do domu i sami udali się spać.

Bardzo sympatycznie spędzony weekend. :-)



16 kwi 2007

Eagle Lake

Dla kolejności wydarzeń zacznę od piątku. Skoczyliśmy z Mathieu do REI, gdzie zakupiłem sobie plecak i wypożyczyliśmy rakiety (takie do chodzenia po śniegu dla jasności ;-)). Następnie udaliśmy się jeszcze zjeść jakiś obiad - odwiedziliśmy lokalny "zakład", gdzie robią burrito. Wbrew pierwszemu wrażeniu okazało się, że robią naprawdę świetne żarcie. :-)

Po zjedzeniu wróciliśmy do Firmy i pojechałem do domu ostatnim busem. No i tutaj tradycyjne wieczorne zajęcia, trochę posprzątałem, spakowałem się, zrobiłem sobie krótką przebieżkę i oglądnąłem film, który pożyczył mi kierowca busa. Nic naprawdę konkretnego, tak ot można sobie rzucić okiem. :-)
W rezultacie na skutek tych przedłużonych różnych aktywności położyłem się spać około 1.

Na szczęście udało mi się wstać bez większych problemów i przygotować się na umówioną godzinę 7, kiedy to Laurent z Mathieu mieli po mnie przyjechać. Rzecz jasna reszta ludzkiej populacji jest normalna i nie wstaje o tej porze, więc okazało się, że jeszcze śpią. Z lekkim, 45-minutowym poślizgiem zebraliśmy się i pojechaliśmy. Droga na szczęście naprawdę była prosta. Chłopaki poszli spać, ja prowadziłem. No i prowadziło się naprawdę dobrze w sumie dopóki Mathieu się nie obudził i nie zaczął mnie pilotować (wiem, że to nieładnie zwalać na nieobecnych, ale na kogoś trzeba :-P).

Prawidłowo nasza droga powinna była wyglądać następująco:




A wyglądała tak...




No ale na szczęście po lekkich korektach udało się nam jakoś dotrzeć na miejsce i wziąć się powoli za wspinaczkę (rozpoczęliśmy w miejscu dużej czarnej kropki na mapie):




Pogoda była dość średnia, ale skoro już byliśmy na miejscu, to trochę bez sensu byłoby siedzieć w motelu. ;-) Nie wydawało nam się, żeby było na tyle śniegu, więc rakiety zostawiliśmy w bagażniku. Jak się okazało mylnie. ;-) Na samym początku doszliśmy do Eagle Lake. Odległość nie była duża, ale ze względu na wysokość człowiek bardzo szybko się męczy (że o braku kondycji nie wspomnę). Ponieważ szło nam całkiem nieźle postanowiliśmy udać się dalej w stronę Lower Velma Lake. I tutaj zaczęły się schody, bo nagle okazało się, że śniegu jest po kolana momentami, a szlak nie jest za dobrze oznaczony. Do tego padający śnieg, nasza amatorszczyzna, dzikie pumy i niedźwiedzie... Jednym słowem, dobrze, że dalej żyjemy. No i to by była wersja dla pań, panowie i tak pewnie wiedzą, że to oznacza, że nie zaszliśmy za daleko. ;-)

Jak widać na zdjęciach - momentami było naprawdę stromo, ale za to i widoki bardzo ładne, do tego trochę śmiechu, więc i humory lepsze. Doszliśmy do małej dolinki, gdzie zatrzymaliśmy się na jedzenie i postanowiliśmy powoli wracać ze względu na porę (oraz zmęczenie mimo naszej żelaznej kondycji... ;-)).

Przy schodzeniu oczywiście dużo większy ubaw i jakoś bezpiecznie dotarliśmy do samochodu. Wróciliśmy do South Lake Tahoe i znaleźliśmy sobie motel. Szybki prysznic i poszliśmy do lokalnego irlandzkiego pubu, w którym zjedliśmy kolację. Po kolacji przesiedliśmy się do sekcji bardziej knajpianej, gdzie odbywał się koncert lokalnej kapeli funk-jazz. Nie grali nawet tak źle. ;-)

Oprócz tego, jak życie dowodzi, najciekawszych ludzi poznaje się na papierosie. A ponieważ w Stanach na papierosa wychodzić trzeba na pole, więc jest to dobre miejsce do integracji i mówienia o sobie. Tak więc trochę poznałem się z barmanem i dziewczyną perkusisty (która jak się okazało pracowała w Montrealu, więc Mathieu znalazł z nią wspólny temat), parę razy wszyscy wspólnie wyszliśmy na papierosa i wymieniliśmy uwagi na temat okolicy. ;-)

Po spożyciu kilku piw skończył się koncert i zostaliśmy chyba jedynymi klientami knajpy, więc również zebraliśmy się do motelu. No i okazuje się, że podobnie jak śnieg w dużej ilości, po piwie też było śmiechu co niemiara (zwłaszcza w momencie kiedy Laurent usiłował wyłączyć wiatrak, który przypadkiem włączył :-P)...

Na dobranoc jeszcze włączyliśmy sobie TV i tak jakoś zasnęliśmy po udanym dniu...

Ciąg dalszy nastąpi... :-)

PS: Dodałem jeszcze do obu albumów parę zdjęć.

Lake Tahoe

Całkiem ciekawy weekend, oczywiście wróciliśmy wczoraj w nocym, więc nie bardzo miałem już siłę produkować opisy i wrzucać zdjęcia.

Oto zdjęcia:
Eagle Lake
Robb's Hut

Opis(y) wieczorem jak wrócę z pracy.

Ha! Praca! Trzeba pracować... ;-)

14 kwi 2007

Spokojny dzień

Dzień spokojny jak mało kiedy. Jak mało który piątek, więc mało do napisania. Na pewno będzie więcej po weekendzie, a jak się uda to może i w weekend uda się coś wrzucić.
Zakupiłem plecak, wypożyczyliśmy rakiety śnieżne i idziemy jutro w góry. A właściwie to już dzisiaj.

Czas spać.

Czas podróżować.

12 kwi 2007

Rozmowa miesiąca

[14:36:43] VeD: dobra doszlo
[14:36:51] VeD: dziz
[14:36:52] VeD: :P
[14:36:57] Murdzasia: lol
[14:36:59] Murdzasia: glupek
[14:37:01] Murdzasia: :)
[14:37:23] Murdzasia: ej ladnie mi w tym kaski
[14:37:25] Murdzasia: kasku
[14:38:15] VeD: do twarzy rzeklbym
[14:38:15] VeD: :D
[14:38:25] Murdzasia: glupek
[14:38:26] Murdzasia: pffff
[14:38:32] VeD: powinnas na codzien w kasku chodzic
[14:38:33] VeD: :D
[14:38:35] Murdzasia: ide spac, bo mi jutro cycki badaja

No i to by chyba zamykało sprawę. ;-)

11 kwi 2007

Problem z tytułem

Tak na dłuższą metę to właśnie jest chyba największy problem dla takich codziennych dni. :-P

Dzisiejszy dzień rozpoczął się dość średnio, żeby nie powiedzieć źle. Ani się nie wyspałem, ani nie czułem się dobrze. Na szczęście humor poprawił mi transport koszulek, które sobie ostatnimi czasy zamówiłem (po prostu jak baba z zakupami ;)).

Ostatnio mam naprawdę dużo roboty w pracy, więc z małymi przerwami czas w ciągu dnia leci naprawdę szybko. Jak bym jeszcze potrafił spać dłużej niż 10 godzin to w ogóle bym tylko pracował i spał. I zwiedzał w weekendy, ale to szczegół. ;-)

Wczoraj był ostatni dzień Herve w MV (a raczej w Palo Alto gdzie mieszkają Mathieu z Laurent), więc postanowiliśmy to jakoś uczcić. Udaliśmy się do Cheesecake Factory - rodzaj amerykańskiej sieci restauracji, które specjalizują się w robieniu serników. Serniki nota bene wyglądają bardzo apetycznie. Zjedliśmy więc kolację, a ponieważ po kolacji mało kto miał już miejsce na cokolwiek innego, więc zamówiliśmy sobie na spółkę jeden kawałek sernika (z truskawkami, białą czekoladą i bitą śmietaną... mniam... :-D).
Wieczór dobrze rozpoczęty postanowiliśmy więc zgodnie z planem zakończyć na kręglach i tak uczyniliśmy. Udało mi się przegrać chyba wszystkie partie (niech się cieszą amatorzy... ;-)). O północy zostałem grzecznie odwieziony do domu (kręgielnia jest zamykana o tej porze) i tak zakończył się dzień (właściwie noc).

No i na koniec dobra rada dla wszystkich panów (przysłane by Maju :-P):


  • BE HANDSOME
  • BE ATTRACTIVE
  • DON'T BE UNATTRACTIVE




A na sam koniec miniaturki koszulek, które dostałem, po kliknięciu powinny się pokazać w pełnym rozmiarze:











2 miesiące

Ni mniej ni więcej. Małe podsumowanie: tym razem dużo mniej przejechane, bo chyba tylko koło 2000 mil. :) Za to na pewno dużo więcej przechodzone, w sumie wyszłoby tego jakieś może 30-40 mil... niby niedużo, ale męczy. Zwłaszcza jeśli rozłożymy to tylko na dwa weekendy. ;-)
Poza tym napisane dużo, dużo więcej linijek kodu, dużo odpowiedzialniejsze zadania w pracy. No i chyba lekka poprawa humoru w porównaniu z poprzednim miesiącem. Miejmy nadzieję, że będzie tylko lepiej.

Ale rzecz jasna znajomych i atmosfery brakuje...

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

9 kwi 2007

Łikend po amerykańsku (cz. 2)

Udało się wstać mniej więcej o godzinie 11... ;-) No i całe szczęście, bo check-out time był pół godziny później. Zebraliśmy się więc tak zwanym szybciorem i zmyliśmy się z hotelu. Niedaleko była kafejka, więc udaliśmy się na śniadanie. Zamówiłem sobie pyszne, wielkie ciacho waniliowo-rumowo-orzechowe (o ile dobrze pamiętam) z truskawkami. Mieliśmy więc namiastkę śniadania Wielkanocnego. Taką małą, ale jednak człowiek docenia, że w takim momencie nie siedzi zupełnie sam. :-)

Po śniadaniu nadeszła pora na udanie się na stadion, jako że mieliśmy oglądnąć mecz bejsbola. ;-) Jako, że doczepił się do nas niespodziewany Edwin (co nie znaczy, że niechciany, bardzo miły gościu z Kolumbii i nawet w Polsce był i mu się podobało :>), więc nie było na tyle miejsca w samochodzie. No ale pogoda była naprawdę bardzo ładna, więc stwierdziłem, że się przejdę. Na stadion to jakieś 30-40 minut na nogach z tego miejsca, w którym byliśmy, więc Mathieu stwierdził, że również skorzysta z aury. ;-)

No i co można powiedzieć o tej grze, a przynajmniej o oglądaniu, to że jest to nudne. I to naprawdę. Emocje zdarzają się raz na pół godziny, a i to nie zawsze. Skoro jednak jesteśmy już w Stanach, to grzechem byłoby nie oglądnąć przynajmniej jednego meczu. :-) Na stadionie spotkaliśmy się jeszcze z Khalidem. Wszyscy więc oglądnęliśmy sobie meczyk, do tego oczywiście trzeba było zakupić sobie tradycyjne na meczu hot-dogi. :) Generalnie było bardzo fajnie, do tego super słońce, więc jeszcze się można było przy okazji opalić.

Po meczu Khalid i Edwin udali się z powrotem do MV, a my wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy jeszcze chwilkę zobaczyć w SF coś, co nazywa się Painted Ladies. A co ciekawsze jest to 6 domów o specyficznym stylu. Z tego co pamiętam to powinny być gdzieś na zdjęciach. Przy okazji trochę popatrzyliśmy na latawce, które ludzie sobie puszczali i jakieś pół godziny później wyruszyliśmy do Berkeley. Tam spotkaliśmy się ze znajomymi Olivera - niejakim Benem z Niemiec, oraz jego dziewczyną z Kolumbii - Camillą. Wspólnie zawitaliśmy do baru o nazwie Jupiter, gdzie spędziliśmy wszyscy wieczór. Przy okazji poznaliśmy również dwie doktorantki z tamtejszego uniwersytetu. Wszyscy sobie pogadali, pośmialiśmy się trochę i udaliśmy się w drogę powrotną do MV.

Tak więc generalnie weekend udany, parę amerykańskich "activities" zaliczonych, poznani nowi ludzie, czyli w sumie chyba nie ma na co narzekać? :-)

Łikend po amerykańsku (cz. 1)

I to wyjątkowo. Udało się zaliczyć parę klasycznych amerykańskich rozrywek. No ale po kolei, bo inaczej się w tym wszystkim nie odnajdę. ;-)

Na początek zadzwonił do mnie w piątek wieczorem Mathieu z propozycją wyskoczenia na imprezę. Do Laurenta przyjechał znajomy z NY (niejaki Oliver), który z kolei ma znajomych na kampusie Stanford, więc mieliśmy nagraną imprezę. Kampus przyjemny, jakkolwiek do miasteczka AGH się rzecz jasna nie umywa. ;-) Do tego okazało się, że jest to impreza fizyków... No ale nie było na szczęście tak tragicznie jak to brzmi. :-)
Zostaliśmy poczęstowani lokalnie warzonym piwem, które o dziwo okazało się całkiem niezłe. Mówiąc lokalnie warzonym mam na myśli lokalnie w akademiku. :-) Jedną z ciekawszych części wieczoru był "beer-pong". Nie do końca rozumiem zasady tej gry, ale chyba oni też do końca nie wiedzieli jaki jest cel. Szczęśliwie udało mi się uniknąć udziału, ale i tak był problem ze wstawaniem następnego dnia. Zresztą problem ze wstawaniem mieli wszyscy, jako że impreza zakończyła się dla nas koło godziny 3 nad ranem. ;-) No i oczywiście zakończyła się w kuchni, jak to każda porządna impreza.

Następny dzień był naprawdę ciężki. W rezultacie Laurent (który chyba wstał pierwszy z towarzystwa) zadzwonił do mnie koło godziny 14, że może po mnie przyjechać. Plan na sobotę obejmował koncert The Killers. Tutaj małe wtrącenie: mój bilet znajdował się w rękach Edwina, którego w życiu nie widziałem na oczy. Udaliśmy się więc do Firmy, jako że na intranecie można znaleźć zdjęcia pracowników. Niestety Edwina tam nie było, ale na wszelki wypadek zostawiłem mu numer telefonu do mnie. Następnie pojechaliśmy po resztę towarzystwa i zarezerwowaliśmy sobie hotel w SF. Tutaj wyróżnił się Oliver, który prowadził negocjacje cenowe ("130 for the two rooms? Wait, I'll ask my associates and call you back" :-D). Udaliśmy się więc na miejsce, zrzuciliśmy rzeczy do pokoi i wyruszyliśmy w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Polecono nam bar z kebabami, który na szczęście okazał się całkiem sympatyczny i smaczny. W międzyczasie zadzwonił Edwin i umówiliśmy się przed samym koncertem w okolicy. Ponieważ było jeszcze trochę czasu, skoczyliśmy więc na szybko do baru. Czas zleciał szybko, udałem się z Laurent po Edwina, spotkaliśmy się w umówionym miejscu i poszliśmy na koncert. Przed wejściem czekała już na nas reszta towarzystwa. Na początek zagrały dwa zespoły supportowe. Nie spodobały mi się jakoś szczególnie, ale też nie były takie złe. ;-) No i w końcu pojawił się długo oczekiwany zespół. Pojawił się efektownie. W ogóle cała oprawa koncertu była przygotowana niesamowicie profesjonalnie. Wszystkie światła, efekty, aranżacje piosenek. Naprawdę bardzo spodobał mi się koncert, mimo że nie jestem żadnym specjalnym fanem Killersów. :-) Jedynym minusem jest, że zagrali trochę krótko, no ale nie można mieć wszystkiego. Na koniec udaliśmy się zakończyć miły wieczór w barze. Bar okazał się również całkiem miły. Tutaj spotkała mnie dość śmieszna sytuacja. W Stanach (a przynajmniej większości stanów) nie wolno palić w lokalach. Skutkiem czego zawsze na zewnątrz baru ustawia się kolejka - co również sprzyja integracji. W każdym razie śmiesznym akcentem było to, że akurat gdy stałem sobie przed lokalem, wszyscy którzy akurat przychodzili do tego baru brali mnie za "bramkarza" i pokazywali na wejściu swoje ID. :-)
W końcu o godzinie 2 zamknęli knajpę, więc poszliśmy spokojnie do hotelu spać.

No a już za chwilkę wrzucę zdjęcia i drugą część opisu, bo niedziela może nie tak bardzo, ale również obfitowała w różne wydarzenia. :-) Zdjęcia z samego koncertu dorzucę jutro, bo adres strony na której Herve ma swoje zdjęcia zostawiłem w pracy... Na razie tylko parę fotek, które zrobiłem w San Francisco. :/

STATUS UPDATE: Zdjęcia dorzucone, jakkolwiek nie jest to szczytowa technika i jakość, ale zawsze daje jakiś tam obraz koncertu. :)

6 kwi 2007

Kolejny piątek

I tak nastał kolejny piątek. Wczoraj już miałem coś napisać, ale w rezultacie łącze miało coś bardzo słabą jakość, więc się powstrzymałem. W sumie i dobrze, bo wczoraj mnie zbierało na jakieś wieczorne myślenie. ;-)

Tak więc wczorajszego dnia oglądnąłem sobie film "Shooter". Bardzo polecam. Naprawdę bardzo. Film jest pełen akcji, dużo humoru, nie ma żadnego chrzanienia o miłości. Jednym słowem - film idealny dla kobiet. ;-) Oprócz tego nadrobiłem też zaległości serialowe (prizonbrejkowo-lostowe). Nic ciekawego się nie dzieje, trochę kobiecej walki w błocie i tyle. No ale nie zdradzajmy szczegółów...

W pracy spokojnie, poza tym jakieś święta się zbliżają, a tutaj się tego zupełnie nie daje odczuć. No i najgorsze, ze nie mamy wolnego w poniedziałek. :-( Ale za to może jakoś szybciej weekend dzięki temu koncertowi minie. Do tego wybieramy się też na mecz, więc miejmy nadzieję, że się jakoś uda ten weekend. Czego i wam życzę. ;-)

4 kwi 2007

Codzienność

I tak powoli przyzwyczajam się do codzienności tutaj. Trochę to śmieszne, bo niedługo się wróci i trzeba będzie się przyzwyczaić z powrotem do codzienności w Krakowie... No ale nie ma co rozpaczać na zapas. Codzienne rytuały robią swoje, w końcu im bardziej się ma wypełniony czas, tym szybciej mija. :-)

Co by nie popaść w rutynę, dzisiaj dzień nie chronologicznie. Wieczorkiem sobie pobiegałem, na początek spokojnie, bo chyba niestety coś troszeczkę sobie popsułem kolano podczas ostatniej wycieczki w górki (a mówiła Mama: zakładaj ochraniacze jak kopiesz miejscowych ;-)). Tak więc lekkie 20 minut truchciku po ośrodku. Dość śmiesznie to wszystko wyglądało w pewnym momencie. Po NASA jeździ cyklicznie patrol, więc przez pewien czas śledzili mnie z pewnej odległości, zanim się zorientowali, że nie staram się właśnie uciec z telewizorem jakiegoś lokalnego wojskowego, ani nie jestem innym pakistańskim terrorystą.
Takie bieganie dobrze człowiekowi robi i na głowę, bo się człowiek skupia na tym, że właśnie umiera ze zmęczenia (mimo, że oczywiście jestem w świetnej kondycji i to nie o mnie mowa :-P), a i dużo milej jest później wypalić papierosa. ;-)
Co z kolei przypomniało mi o tym, że miałem rozmowę z managerem i okazało się, że jedna z osób z naszego pokoju jest uczulona na tytoń/nikotynę/palące osoby, skutkiem czego rozwiązaniem było albo przenieść mnie do innego pokoju albo jakieś inne rozwiązanie. Na uczulenie raczej żucie gumy po zapaleniu nie pomaga, a dobrze mi w moim pokoju, więc zobowiązałem się nie palić w pracy, zobaczymy co z tego wyjdzie. A może to i dobry krok w kierunku rzucenia palenia? (Kto to powiedział? :-P)

Oprócz tego dzisiaj właśnie na papierosie spotkałem ludzi z jakiegoś szkolenia - jeden z Meksyku, drugi z Holandii. Akurat usłyszałem jak rozmawiają o tym, jak tutaj wszystko jest dziwne. Dziwnym trafem też zwrócili uwagę na to, że w toalecie jest trzy kilo wody. ;-)

No i do tego na koniec trafiła mi się miła niespodzianka, bo przyszła mi kolejna część koszulek, które sobie zamówiłem. Narcyzm mi ostatnio nie doskwiera, więc zdjęć sobie samemu robić mi nie chce. Ale, ale... żeby gadania nie było, zrobiłem ładnie zdjęcia osobno i oto one. No i żeby nie było, że nie wspieram lokalnej patriotycznej działalności :-D







3 kwi 2007

Point Reyes National Seashore

Ze względów sobotnich wycieczka niedzielna troszeczkę się przesunęła, ale tylko nieznacznie, bo o pół godziny. Tak więc o 10:30 towarzystwo zameldowało się po mnie i pojechaliśmy zwiedzać okolice Point Reyes National Shore. Zaczęliśmy od zjedzenia porządnego śniadania u Joannie's. Ech... nie ma to jak porządny omlet z szynką, pomidorami, cebulką i innymi dodatkami (jak na przykład awokado :-D). Aż zgłodniałem... ;-)

Na początek udaliśmy się w okolice mostu Golden Gate, gdzie porobiliśmy trochę zdjęć. Później mała przerwa na wizytę w latarni strzegącej wejścia do zatoki. Tutaj ciekawym faktem jest, że na początku wzniesiono latarnię wyżej. Niestety okazało się, że przy takiej wysokości nie widać światła, ponieważ standardowa dla zatoki mgła zaczyna się właśnie wyżej. Skutkiem tego musieli przenieść latarnię niżej...



Trochę dalej króciutka przerwa na kawkę i przejąłem stery. ;-) Dojechaliśmy skutkiem tego do Point Reyes i dalej przez Inverness na plażę South Beach. Niestety droga na sam koniec cypla jest zamknięta i można się tam dostać tylko busem. Z braku czasu stwierdziliśmy, że wystarczy nam zobaczenie dwóch plaż (wspomnianej oraz Drakes Beach). Fale ogromniaste, trochę się pobawiliśmy, skutkiem czego miałem spodnie mokre prawie do pasa (czyli prawie całe :-P).





Po drodze na plażę udało nam się wypatrzyć czechosłowacką restaurację (to nie pomyłka, restauracja jest dalej czechosłowacka ;>). Wracając postanowiliśmy więc wstąpić. Uraczyliśmy się więc czeskim jedzeniem, czeskim piwem oraz Beherovką. :) Stąd już droga niedaleka i pojechaliśmy z powrotem. A właściwie aż do San Jose, gdzie w okolicach 21 lądował Laurent. Odebraliśmy go więc z lotniska, a skoro już spotkaliśmy się w tak zaszczytnym gronie, stwierdziliśmy, że uczciwy to krótkim wypadem. Odnaleźliśmy więc w MV jeden z Irish Pubów, gdzie zawitaliśmy. Jako, że były okolice 22 oraz niedziela, więc nie było za dużo klientów. Z kolei mała ilość klientów sprzyja poznawaniu tych nielicznych oraz obsługi. Tak więc mamy już zaznajomioną barmankę, a mnie dodatkowo udało się zaznajomić na papierosie z paroma innymi gośćmi. W ostateczności nie są tacy źli ci Hamerykanie. ;-) Tak więc imprezka się trochę rozkręciła, a weekend można zaliczyć do naprawdę udanych.

No i skutkiem udanej niedzieli poniedziałkowy dzień można było zaliczyć do naprawdę nieudanych... ;-)

1 kwi 2007

Grant Park

No to wrzucam zdjęcia, zapraszam do oglądania, u mnie czas spać... :-)

Grant County Park

No i dodaję zdjęcia z drugiego dnia, opis już niedługo:

Point Reyes National Seashore

W sobotę troszkę zamieszania, bo nie bardzo wiedziałem jak się maja plany weekendowe. Wstałem więc koło godziny 8, a koło godziny 9 zadzwonił Mathieu i obwieścił mi, że przyjadą po mnie niebawem. W ten sposób o godzinie 10 mniej więcej przyjechali, poznałem Herve. Nota bene bardzo sympatyczny człowiek i da się z nim o różnych rzeczach pogadać. Pojechaliśmy do MV na śniadanie oraz uzgodnić ostateczny szkic trasy na weekend. W rezultacie postanowiliśmy pojechać zwiedzić obserwatorium na szczycie góry Mount Hamilton. Na szczęście nie jest to daleko, więc nie przeszkadzała nam za bardzo trochę późna już pora.





Z MV udaliśmy się zaplanowaną trasą, ale nie posiadaliśmy zbyt dokładnej wiedzy na temat naszego miejsca przeznaczenia, w związku z czym udało nam się zaliczyć klasyczne zgubienie i trasa wyglądała w następujący sposób. ;-)





Po tych krótkich perypetiach udało nam się trafić na właściwą trasę i już spokojnie udaliśmy się do obserwatorium. Po drodze minęliśmy też parę ciekawych samochodów (jak na jednym ze zdjęć - Lotus). Na szczycie okazało się, że jednak jeśli chcemy sobie pochodzić po górach, to lepiej jest to zrobić w Parku Granta (Grant County Regional Park). Zjechaliśmy więc do doliny i udaliśmy się w trasę. Super pogoda, więc i przyjemnie się podróżowało, cały czas słońce, lekki wiatr, żeby nie było za gorąco. Idyllicznie wręcz, pomijając sprawę, że trzeba było iść pod górę. ;-) No ale na szczęście jest to tylko część Diablo Range, a nie Gór Skalistych, więc jakoś daliśmy radę. Dotarliśmy więc na szczyt (z paroma postojami) i postanowiliśmy sobie zrobić trochę dłuższą trasę. W rezultacie udało się nam trafić na stado krów puszczonych luzem. Po chwili wahania (w końcu ich było więcej) jakoś przeszliśmy. Tutaj prawdziwym bohaterem okazał się Mathieu, który przepędził krowy głośnymi okrzykami. Herve i ja mieliśmy trochę bardziej mieszane uczucia jeśli chodzi o stawianie czoła 20-30 krowom. No ale skończyło się na kupie śmiechu i poszliśmy dalej.

Większym problemem okazały się za to byki, które znajdowały się poniżej. Tutaj stwierdziliśmy, że jednak nie będziemy ryzykować i obeszliśmy je tchórzliwie łukiem.





Na koniec jeszcze trafiliśmy na pojedyncze dziki i wróciliśmy do samochodu. Jak się okazało w samą porę, bo na parkingu już czekała na nas pani Ranger (parkingi parkowe są zwykle zamykane o zachodzie słońca, żeby ludzie nie spali na dziko na takich parkingach). Porozmawialiśmy chwilę i udaliśmy się w podróż powrotną. Szczęśliwie jakoś dojechaliśmy, bo oczywiście zapomnieliśmy zatankować wcześniej.

Udaliśmy się do San Jose, Herve zaproponował jakąś meksykańską restaurację. Znaleźliśmy więc jakiś w miarę przytulny kąt i zamówiliśmy jedzenie. Ech... po takim męczącym dniu jedzenie naprawdę smakuje nieźle, a chyba do tego było nieźle przyrządzone. :-)

No a na sam koniec dnia stwierdziliśmy, że udamy się do MV na piwko, co też uczyniliśmy. Było miło i sympatycznie, Herve służył za szofera i mnie potem odwiózł do NASA. Umówiliśmy się na telefon znowu w okolicach 9 i poszedłem grzecznie lulu. No a przeżycia niedzielne już niedługo, tutaj czas najwyższy spać, bo później Felipe znowu będzie marudził, że mu świecę światło po nocy. ;-) Miłego dnia! :-)

30 mar 2007

ROTFL

Mało z krzesła nie spadłem... po kliknięciu będzie oryginalny rozmiar... :-D



Niech się stanie weekend

Tak już prawie, w każdym razie tzw. biforek był w porządku, wczoraj z Mathieu i Herve (nowy kolega, która zawitał z Montrealu) poszliśmy sobie uzgodnić plany na weekend. Oczywiście poszliśmy je uzgodnić na piwku. Heh. No naprawdę całkiem sympatycznie. :-)

Do tego dzisiaj przeprowadzka w biurze, przeniesiony zostałem z drugiego piętra na pierwsze jak to się tutaj numeruje, czy też po normalnemu: z pierwszego piętra na parter. Zdecydowanym plusem jest odległość do kuchni, czyli 14 kroków. :) Minusem z kolei jest odległość na fajkę, tej jeszcze nie zmierzyłem, ale wynosi chyba ponad 100 kroków, trzeba będzie znaleźć coś bliżej. ;-)

Tak więc plan weekendowy obejmuje wyprawę na Mount Hamilton, może uda się zwiedzić obserwatorium. :-) Potem na szybkie piwo do Sacramento, potem hmmm.... to się okaże. ;-) A następnego dnia wybieramy się pozwiedzać Berkeley i okolice.

Let the weekend begin! :-)
SU: Właściwie to 83 kroki na fajkę. :)

28 mar 2007

Ca va ma poule?

Czyli słynne już powiedzenie Laurent, którym częstował nas w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Chyba rozmawiam w tych Stanach więcej po francusku niż angielsku. ;-)

Niedzielna pobudka troszkę późniejsza, ze względów oczywistych. Ale zebraliśmy się w końcu jakoś, popakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy. Według planu z dnia wcześniejszego mieliśmy jeszcze pojechać oglądnąć Najwyższe Drzewo (tm), ale wszyscy zgodnie stwierdzili, ze dużych i starych drzew to się juz naoglądaliśmy. Skutkiem tego ruszyliśmy grzecznie na południe i postanowiliśmy zwiedzić Scenic Route coś tam... Nazywa się ta trasa chyba Lost Coast. No ale mniejsza z tym, widoki całkiem fajne, chociaż znakomitą większość przegapiliśmy ze względu na pogodę. No ale parę zdjęć się udało zrobić, później zresztą pogoda się trochę wyklarowała. Cała droga kończy się w Humboldt Redwood State Parku, gdzie znowu mieliśmy niewątpliwą przyjemność oglądanie dużych drzew. :-]



No a dalsza część podróży już bez żadnych większych emocji, zamieniliśmy się w z Mathieu miejscami, zasiadłem za kółkiem i pojechaliśmy do domu (z krótkimi postojami na kawę i jakieś jedzenie).