28 lut 2007

the ROADTRIP (episode 3 - final)

No to trochę poświętowaliśmy, pobawiliśmy się, ależ się uśmialiśmy, hahaha... Chyba mam dzisiaj jakiś dziwny humor. :-P No ale w Awarii impreza by się tak szybko nie skończyła. ;-)

No i ostatnia część i już prawie jesteśmy na bieżąco (nie licząc ostatnich trzech dni ;-P). Na szczęście nic wielkiego ostatnimi dni się nie działo, więc dużo do nadrabiania nie ma.

Tak więc w niedzielę pobudka nie należała do najłatwiejszych. Wstałem w okolicach 6:30, zebrałem się i z Mathieu udaliśmy się w okolice w poszukiwaniu kawy. W międzyczasie chłopaki posprzątały pokój i po powrocie z kawą mogliśmy się już zbierać. Uwielbiam w ten sposób robić porządki. :-D
Na początek zrobiliśmy sobie jeszcze przejażdżkę Stripem w celu zobaczenia reszty (konkretnie tej starszej części od której Las Vegas się zaczęło). Długo nam nie zajęło, jeszcze zatankowaliśmy, Laurent zabrał "lokalną gazetę" na pamiątkę :-P i udaliśmy się w dalszą podróż. Za samym LV stanęliśmy jeszcze na moment na śniadanie. Ja sobie zaaplikowałem kolejną kawę, reszta zakupiła coś do jedzenia. No dobrze, przyznam się, dałem się skusić na pączka. Ale był mały. I prawie wcale nie miał polewy cukrowej. No.

Jeśli jedzie się z Vegas do Doliny Śmierci, to zaraz za miastem przejeżdża się jeszcze przez Red Rock. No ale tam już się nie zatrzymywaliśmy, ponieważ chcieliśmy spędzić jak najwięcej czasu w dolinie. Poza tym czekała nas dość długa podróż powrotna. Jak długa, tego nie mogliśmy jeszcze wtedy wiedzieć, ale nie uprzedzajmy wypadków. Przejazd do doliny przebiegł dość szybko i sprawnie, po drodze jeszcze jedna kawa w Pahrump. Przy okazji zapytaliśmy o drogę, gdyż chcieliśmy do parku wjechać jak najbardziej od południa, żeby przejechać całą Dolinę Śmierci z południa na północ. Jak się okazało lokalny kowboj (60-letni facet w czerwonej koszuli, w kapeluszu, mokasynach, marynarce, etc. wyjaśnił nam, że właśnie stoimy pod drogowskazem wskazującym nam drogę. Jak to mówią: najciemniej pod latarnią. Było też trochę śmiesznie, bo zapytał się nas skąd jesteśmy... skąd mógł wiedzieć, że wśród 5 pasażerów samochodu są przedstawiciele 4 kontynentów? Tak więc trochę zaskoczony życzył nam dobrej drogi i udaliśmy się w stronę Shoshone. Stamtąd do parku już tylko rzut beretem. ;-)

Oczywiście jak na mało normalne towarzystwo przystało nie mogliśmy pojechać normalną drogą, tylko skręciliśmy na drogę żwirową. No ale ponieważ pijanemu ani szaleńcowi się jeszcze w życiu krzywda nie stała, więc udało się nam jakoś przejechać tą drogą i dojechać z powrotem do asfaltu (czyli jakieś 40 mil). Zatrzymaliśmy się na chwilę przy Golden Canyon. Zrobiliśmy sobie małą wycieczkę pieszo i pojechaliśmy do Visitor Centre celem uiszczenia opłaty wjazdowej. Stamtąd dalej na północ i wjechaliśmy drogą 267 z powrotem do Nevady. No jeszcze wcześniej zatrzymaliśmy się na krótki przystanek w Scotty's Castle, akurat nie zrobiłem żadnych zdjęć (byłem zajęty szukaniem kawy :-P). Ale co śmieszniejsze spotkaliśmy tam na wpół udomowionego kojota. Jest na zdjęciach. Jak bardzo był udomowiono postanowiliśmy nie sprawdzać i obeszło się bez głaskania. ;-)

No i po wyjeździe z parku zaczęła się zabawa. Najpierw przegapiliśmy skręt na zachód, skutkiem czego nadrobiliśmy jakieś 30-50 mil jadąc na północ aż do Tonopah. Następnie skręcilismy na zachód i dojechaliśmy do Benton. Tutaj niestety okazało się, że droga prowadząca na południe jest zamknięta ze względu na "snow conditions"... Nie pozostało nam nic innego jak pojechać na południe przez Bishop. Oto jak nasza droga powrotna miała wyglądać (jak sobie klikniecie na mapkę, to się powiększa):


A oto jak wyglądała w rzeczywistości:


Różnica - jedyne 690 zamiast 470... No cóż. Można było sprawdzić wcześniej czy droga jest otwarta w zimie. ;-) No ale nie było tak tragicznie. W końcu o godzinie 3 nad ranem udało się nam dotrzeć do MV - zmęczeni, niewyspani, z mniejszą ilością pieniędzy, po przejechaniu 1537 mil, spędzeniu w ciągu dwóch dni mniej więcej 25 godzin w samochodzie, ale szczęśliwi. :-)

27 lut 2007

the ROADTRIP (part 2)

Jeszcze w ramach reminiscencji. Okazuje się, że rzeczywiście warto wracać busem do domu. Wczoraj wieczorem na przykład kierowca wygłosił wykład i dowiedziałem się skąd wzięło się, że prostytutki nazywane sa "hookers" w Stanach. :-D

No ale wracając. Wjazd do Vegas robi dość spore wrażenie. Po drodze mijaliśmy jakiś mały zajazd i Khalid pytał czy to już Vegas. Jak to ładnie Laurent mu wytłumaczył: jak zobaczysz łunę na horyzoncie to to będzie Vegas. I rzeczywiście tak to wygląda. Straszna ilość światła, neonów, lamp. Plan na wieczór był jasny - znaleźć jakiś nocleg, a później udać się na Strip (tak się nazywa główna aleja w Vegas, żeby nie było :-P). Znaleźliśmy jakiś w miarę tani motel, co zajęło nam jakąś godzinę. Oczywiście w ramach oszczędności wzięliśmy tylko jeden pokój na całą piątkę (oficjalna i o dziwo prawdziwa wersja brzmi, że był to ostatni wolny pokój w motelu :-P).

Tak więc rozłożyliśmy się trochę w holetu i pojechalismy do Hard Rock Cafe na kolację. No dobrze, przyznam się, zawsze chciałem pójść do HRC... :-) I powiem szczerze, że się nie zawiodłem. Bardzo miła obsługa, nażarliśmy się jak dzikie świnie, pooglądaliśmy wnętrze (i nie tylko ;-), a w międzyczasie co najmniej 2 pary zdążyły się zaręczyć, a jakieś dwie inne świętowały tam wesele w jakimś okrojonym gronie... Jak na filmach po prostu. Po kolacji jeszcze porobiliśmy sobie trochę zdjęć, wstąpiliśmy do sklepu z pamiątami w HRC i udaliśmy się do samochodu.

Następnie zaparkowaliśmy grzecznie samochód na parkingu kasyna Alladin i udaliśmy się do samego kasyna. No i tutaj rzeczywiście wszystko jest dokładnie tak samo jak na filmach - tysiące jednorękich bandytów, mnóstwo ludzi grających przy maszynach, przy prywatnych stołach, przy ruletkach, w karty nie karty, cuda niewidy. Dla spróbowania też postanowiłem sobie zagrać (w końcu być w Vegas i nie przegrać żadnej kasy to chyba wstyd...). Więc mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że się nie wstydzę. :-P

Tutaj wtrącę jedną rzecz. Nie wiem czy sprawa dotyczy całego stany Nevada czy tylko Las Vegas, ale w każdym razie jest tam dozwolone picie alkoholu w miejscu publicznym. Skutkiem tego wszędzie spacerują ludzie z piwami lub innymi drinkami. O dziwo nie dało się zauważyć ludzi pijanych. Nie wiem czy to sprawa miejscowej ochrony, ceny alkoholi czy innej sprawy. ;-) Druga rzecz to prostytucja - na pewno nie wolno dziewczynom wystawać na ulicy i reklamować swoich usług. Skutkuje to tym, że w Vegas na ulicy stoją ludzie rozdający ulotki z odpowiednimi numerami telefonów. Ewentualnie można skorzystać z automatu z darmowymi gazetami, gdzie znajdują się ogłoszenia. ;-) No i ciężko powiedzieć ile z tych kobiet będących w kasynie się sprzedaje za duże pieniądze. Na wszelki wypadek nie pytaliśmy, chociaż jak wszyscy wiedzą najtańszą formą miłości jest miłość płatna. ;-) A ładnych kobiet tam nie brakuje, jakkolwiek cała oprawa sprawia wrażenie używania dużej ilości silikonu i to niezależnie od wieku właścicielki piersi/ust/czegokolwiek*.
(*niepotrzebne skreślić)

Tak więc zaczepieni parę razy przez ludzi z ulotkami udaliśmy się do hotelu Bellagio do kasyna (jakby ktoś nie pamiętał, to jest to hotel i kasyno z Ocean's Eleven). Tutaj już trochę bardziej wytworne towarzystwo, oprócz kasyna parę kawiarienek - z muzyką live, z tańcami, etc. No i stawki trochę wyższe. Co śmieszne (lub też można powiedzieć normalne) żadna ochrona nie kontroluje osób, które wchodzą. W końcu chodzi o to, żeby zostawić tutaj pieniądze, a to może robić każdy. ;-)

Z Bellagio poszliśmy więc w rezultacie do New York New York, na dachu którego znajduje się rollercoaster. Niestety, jak się okazało, był otwarty tylko między 11 a 12 w nocy, a była już godzina 3 z minutami. Tak więc ostatecznie zmęczeni wróciliśmy do samochodu i udaliśmy się do motelu. Tutaj po licznych kombinacjach z materacami udało nam się jakoś w piątkę ułożyć, Khalid jeszcze odprawił swoje wieczorne modły (nie wiem czemu na północ, może mu się kierunki pomyliły :-P) i wszyscy udali się spać. Niestety nie na długo, bo rano koło 8 trzeba było wyjechać dalej. No ale to już w następnej części już jutro, dzisiaj udajemy się z towarzystwem roadtripowym na miasto świętować. :-)

26 lut 2007

the ROADTRIP (to be continued...)

1537 mil, 25 godzin w samochodzie, około 700 zdjęć, trasa: MV - Mojave National Preserve - Las Vegas - Death Valley National Park - MV... wszystko to już niedługo, moje zdjęcia już są, zapraszam do oglądania. :-)

No więc moi drodzy - droga, droga i przede wszystkim droga. Zaczęło się w sobotę o godzinie 6 z minutami. Jak zwykle drażniący budzik. Przez chwilę zastanawiałem się po co wstaję tak wcześnie w sobotę, ale przypomniałem sobie o podróży. Tak więc wstaliśmy, pozbieraliśmy bety i prawie bez opóźnienia wyruszyliśmy do biura AVIS, w celu wypożyczenia samochodu. Właściwie to można było pomyśleć i mogłem pójść po samochód sam i przyjechać po chłopaków... no ale w końcu dlaczego niby tylko ja miałem wcześniej wstawać? ;-)

Wypożyczenie przebiegło bez żadnego problemu, dostaliśmy jakiś rabat, nie naliczyli nam 25$/dzień dodatkowo za wiek i 5 minut później już byliśmy w drodze po ostatnich dwóch członków wyprawy. Zajęło nam to jakieś 15 minut, spakowanie chłopaków drugie tyle i pojechaliśmy.

Tutaj może jest dobry aby przedstawić całą ekipę:
- na początek Khalid - chłopak z Maroka, studiuje we Francji, nasz sąsiad w ośrodku NASA,
- następny to Felipe - jego już chyba przedstawiać nie trzeba :-),
- Mathieu - współstażysta, poznaliśmy się na naszym powitaniu, doktorant z Kanady (czy tam Quebecu, oni czasami drażliwi na tym punkcie są ;-),
- Laurent - współlokator Mathieu, chyba również doktorant, ale mi się wszystko pomieszało już,
- moja skromna osoba :-P

Tak więc wyruszyliśmy. Pierwszy przystanek w San Jose na krótkie śniadanie no i rzecz jasna kawę. Tak przedstawiała się nasza droga:



Rzecz jasna jak to zwykle, przepełnieni optymizmem nie przewidzieliśmy troszkę dystansów i międzyczasów, skutkiem czego czego do Barstow zajechaliśmy już z delikatnym spóźnieniem, czyli koło 16... przy przewidzianym przyjechaniu już o 14 do samego rezerwatu Mojave... ;-) Zdradzę, że ten dystans, który jest na powyższej mapie to prawie 400 mil. :-) No ale przynajmniej się nie zgubiliśmy.

I jak praktyka pokazuje, nie należy mówić hop, bo udało nam się przegapić zjazd z autostrady do rezerwatu. Znaki znajdowały się tylko przez 5 mil przed zjazdem. I był to jedyny zjazd w okolicy 5 mil... No ale przynajmniej ten stały punkt programu mieliśmy za sobą.



Zawróciliśmy więc niczym na filmach środkiem autostrady przez jakąś pylistą drogę, wzniecając tumany kurzu i tym razem już zjechaliśmy w odpowiednim miejscu. Za chwilę oczom naszym ukazał się znak Mojave National Preserve, na którym to rzecz jasna zrobiliśmy sobie zdjęcie. Właściwie to nawet więcej zdjęć. :-) Była mniej więcej 17:30, tak więc słońce powoli zachodziło, byliśmy na środku pustyni, kompletnie bez żadnej wiedzy jak droga przez MNP wygląda i robiło się ciemno. Na szczęście droga jest dobrze oznaczona i łatwo przejezdna. Do tego jak się jedzie to jest bardzo śmieszne wrażenie, bo droga co chwilę "podskakuje", więc człowiek czuje się trochę jak na rollercoasterze. Rzecz jasna jeśli jedzie się z odpowiednią prędkością. No ale zakładaliśmy, że może policjanci nie przesiadują w sobotnie wieczory na środku pustyni czekając na powalonych stażystów jeżdżących po pustyni z prędkością 80 mil na godzinę. Jak się okazało, tym razem założyliśmy dobrze. :-)

Tak więc po jakiejś godzinie znaleźliśmy się po drugiej stronie MNP. Niestety pozwiedzać nic nie pozwiedzaliśmy (bo i jak zwiedzać pustynię), ale przynajmniej pośredni cel podróży można było na planie odfajkować. :-)

Pozostało tylko przejechać Moutain Pass i stamtąd z horyzontu biła już łuna z północnego wschodu. Tym sposobem po jakichś 15 minutach przekroczyliśmy granice stanu Nevada, a po godzinie wkroczyliśmy (wjechaliśmy) do Vegas - miasta seksu, sławy i straconych pieniędzy (jak mnie uświadomiono :-P). No a dalsza część już jutro, bo za chwilę odetną mi net. :-)

23 lut 2007

TGIF (the real one ;-)

Dzisiaj króciutko. :-)

Wykonałem moje pierwsze zadanie, w sumie nieduża sprawa, ale Saurabh był zadowolony. Podobno radzę sobie dobrze. W nagrodę dostałem dużo trudniejszą rzecz do wykonania. :-P Mam nadzieję, że sobie jakoś poradzę. W sumie to już rzeczywiście więcej roboty (jakiś tydzień do dwóch pisania kodu z testami). Po wykonaniu tego zadania powinno mi się przejść już mój pierwsze "code readability review", czyli coś w rodzaju zatwierdzenia, że potrafię się posługiwać danym językiem programowania. :-) Oprócz tego jeszcze muszę wprowadzić poprawki do tego co oddałem dzisiaj i zacząć pisać większy projekt, który dostałem. No cóż, może się uda, mam nadzieję, że nie zapeszyłem z tym mówieniem, że zdążę na czas.

Oprócz tego dzisiaj był taki prawdziwy TGIF. Znowu za dużo powiedzieć mi nie wolno, ale naprawdę było sympatycznie. Były wszystkie duże szychy Firmy, było dużo śmiechu, zostaliśmy przedstawieni na forum publicznym jako nowi pracownicy, na szczęście nie trzeba było niczego publicznie mówić. ;-) Potem pojawiła się znana pani senator i wygłosiła mniej więcej godzinny speech. Naprawdę śmiesznie się słucha jak w tak międzynarodowej firmie ktoś opowiada o tym jak to Amerykanie są najlepsi, są autorytetem moralnym świata i takie inne pierdoły... :-P No ale podszedłem do tego na luzie i zaliczyłem to do części rozrywkowej wieczoru. :-)

Następnie spotkaliśmy się z chłopakami w celu uzgodnienia szczegółów podróży. Jedziemy na cały weekend, zapowiada się ciekawie. :-) Na początek jutro plan na (niestety dość szybkie) zwiedzanie Mojave National Preserve. Następnie jedziemy do Las Vegas, gdzie nocujemy (tutaj to słowo nabiera troszkę innego znaczenia :-P). No a następny dzień to zwiedzanie Death Valley National Park i powrót do Mountain View. Tak więc jutro może się okazać, że nowego wpisu nie będzie. Wszystko zależy od tego gdzie uda nam się znaleźć miejsce na nocleg i czy będziemy mieli dostęp do internetu.

No ale trzeba iść grzecznie spać, żeby wstać o przyzwoitej porze - jutro przed nami do przejechania jakieś 550 mil. Tak więc dobranoc, a dla Was miłego weekendu i lekkiego (albo braku) kaca nad ranem. ;-)

22 lut 2007

CDS orientation

Na początek trzy słowa do ojca prowadzącego... Jest taka piosenka, ze słowami:
"[...]Ty w to wierz, ty w to wierz
W to, że nigdy deszcz nie pada w Kalifornii[...]"

Z miłą chęcią poznałbym autora tej piosenki i zamienił z nim dzisiaj rano parę słów... ;-)

Tak więc jak się nietrudno domyślić, od samego rana lało jak z cebra. Na dodatek musieliśmy się dostać na stację Caltrainu, żeby pojechać na szkolenie CDS-u (czyli organizacji, która jest sponsorem naszego programu SEVIS). W pociągu spotkaliśmy się z resztą towarzystwa, czyli Gregiem i Mathieu. W samym SF stwierdziliśmy, że możemy sobie przejść spokojnie na nogach do siedziby. Oczywiście pogoda była równie piękna, a ja jak na złość parasol, który dostałem od Firmy zostawiłem w wynajętym samochodzie przy oddawaniu. No cóż, z cukru nie jestem, stwierdziłem, że może urosnę. ;-)

Szkolenie obejmowało różne mało ciekawe rzeczy jak podatki, prowadzenie samochodu, rozliczanie się z tutejszym urzędem skarbowym i inne równie interesujące rzeczy. No a pani, która to prowadziła zaprezentowała dość klasyczne podejście do ludzi spoza Stanów, czyli "my Amerykanie jesteśmy najlepsi, reszta świata ma różne śmieszne reguły". Najbardziej rozśmieszyło mnie gdy pani stwierdziła, że prawdopodobnie wydaje nam się, że wszyscy w Stanach wyglądają jak ludzie z Baywatch. Ugryzłem się w język i już nie powiedziałem, że ludzie z Europy o Amerykanach mają bardziej takie mniemanie. ;-)

Tak więc szkolenie potrwało jakieś 2 godziny z minutami i można było jechać do Firmy. Na szkoleniu jeszcze poznaliśmy jedną osobę z Firmy - Khalid, jak się okazało nasz sąsiad parę pokoi dalej. :-) Wszyscy więc razem wróciliśmy na stację i Caltrainem z powrotem. Khalid, Mathieu i ja wysiedliśmy na stacji San Antonio, Greg z Felipe pojechali jeszcze pozałatwiać jakieś rzeczy w MV. Obok stacji według mapki miał być jakiś przystanek autobusu nr 40. Tak więc po jakichś 50 minutach poszukiwań w rezultacie dotarliśmy do Firmy bez używania autobusu. Po drodze jeszcze parę telefonów (jednak rozmowy są tutaj naprawdę tanie :>) i byliśmy na miejscu.

Oczywiście na obiad byliśmy już spóźnieni, bo wydają do 14:30... No ale jakieś ochłapy jeszcze zostały, więc coś tam wszamałem szybko i koło 15:30 wziąłem się do roboty (sic!). Dzisiaj pracowało się w sumie bardzo sympatycznie, zacząłem powoli coś robić, a nie tylko czytać dokumentację. Napisałem nawet trochę kodu, prawie skończyłem pierwsze (najmniejsze) zadanie, które dostałem, ale oczywiście okazało się, że nie działa. ;-) Tak więc czas upłynął szybko i przyjemnie. O 19:10 busikiem do domu i właściwie koniec dnia. Po drodze jeszcze spotkaliśmy Khalida, więc pogadaliśmy trochę wszyscy w trojkę. Sympatyczny gościu, z Maroka, też właśnie zaczął praktykę. No i na razie w sumie to tyle o nim wiem. ;-)

No i to byłby koniec upojnego dnia, jutro znowu TGIF, a także (co gorsza) przydzielanie bugów w moim projekcie... Coś czuję, że wreszcie będę mógł przestać narzekać na brak pracy. ;-)

P.S.: A tak w ogóle to jestem ciekaw kto z Indii i Wenezueli wchodzi na tego linka... ;-)

21 lut 2007

Pierwsze zadanie :-)

Pobudka standardowo - 6:30. Chwilę posprzątać, poranna toaleta, takie tam rzeczy i czekanie na 7, żeby włączyli sieć. W sumie człowiek ma sieć przez cały dzień, a jest na tyle uzależniony, że czeka rano jak zahipnotyzowany wpatrując się w zegarek aż włączą ten serwer. :-P

W pracy jak zwykle nikogo. Wygląda na to, że wbrew temu co mówił Saurabh, jednak ludzie z naszego projektu nie przychodzą wcześnie. No... może wyjątkiem jest tutaj Mark - szef techniczny projektu. Albo oni po prostu mają inne pojęcie słowa "wcześnie". :-)

Dostałem wreszcie konkretne zadanie do wykonania. Zapowiada się ciekawie, a poza tym w dość rozsądnym czasie. Mam mniej więcej 1-2 miesiące, więc wydaje się to dość realne. Czyżbym miał wreszcie napisać jakiś projekt, który mieści się w wyznaczonym wcześniej deadline'ie? ;-)
Jak się okazało, zostałem w pewien sposób wyróżniony, bo zamiast zostać przyznanym na czas trwania mojej praktyki do rozwiązywania bugów, dostałem (właściwie od razu na początek) samodzielny projekt. :-D Wynika to z dwóch rzeczy - standardowa praktyka trwa tutaj 2.5-3 miesiące. Oznacza to, że takie praktykant przez pierwszy miesiąc mniej więcej uczy się tego, co będzie wykonywać, a potem zostaje mu już niewiele czasu na stworzenie czegokolwiek. Stąd zwykle praktykanci przydzielanie są do bugfixów, które są po prostu na bieżąco i nie zajmują tyle czasu. Tak więc dzięki temu, że będę tutaj na tyle długo, mogłem dostać taką robotę. Druga sprawa to podobno moje doświadczenie zawodowe. :-P Tak więc cieszę się bardzo, bo jak to Saurabh określił, "nie chciałby abym był etatowym bugfixerem, tylko żebym czuł się jak etatowy developer ich teamu". :-)

Z pracy wróciłem dzisiaj dosyć wcześnie, poczytałem sobie jeszcze trochę rzeczy związanych z pracą (i nie tylko :>). No i zjadłem sushi, które zakosiłem na wychodnym z pracy. Pierwszy raz w życiu jadłem sushi. Przyznam się, że nic rewelacyjnego (ale też nie wzbudziło we mnie negatywnych emocji). No ale może i nie było po prostu dobrze zrobione. ;-) No a po kolacji chwila drzemki (wróciłem do domu sam, więc mi nikt nie hałasował próbując sprzątać czy coś :-P). Lubimy popołudniowe drzemki. Czas szybciej mija. No. I podobno człowiek rośnie podczas snu... I właśnie tak. O! No! ;-)

A tak poza wszystkim to chyba wrzuciłem dzisiaj parę zdjęć do galerii z SNP, które zakosiłem z galerii Felipe. ;-)

20 lut 2007

Tydzień

No i to już będzie jakiś tydzień w pracy. Na razie dalej mam jakieś szkolenia. Teraz już na trochę wyższym poziomie. A poza tym powoli wdrażany jestem w projekt. Tak więc dostałem dzisiaj do poczytania trochę dokumentów, jutro mam mieć spotkanie z Saurabhem (czytaj: wspólny lunch) i mamy omówić już jakieś konkretne zadania dla mnie. Właściwie to konkretne zadania to już omówiliśmy parę dni temu, ale chyba chodzi wreszcie o określenie moich Zadań i Terminów (użyję takiej nazwy kodowej, żeby nie zdradzić za dużo). ;-)

Nota bene obiadu. Dzisiaj przy uświadomiłem sobie dość śmieszną rzecz. Poszliśmy na obiad z Saurabhem, Wandah i Jamesem. Cztery osoby i każda z innego kontynentu. ;-) I tak to właśnie wszystko mniej więcej w Firmie wygląda i chyba między innymi na tym polega urok tego miejsca. :-)

Poza tym dzisiaj pierwszy dzień bez samochodu. Po pierwsze okazało się, że autobus, który zatrzymuje się codziennie pod naszymi oknami to właśnie bus do pracy. Dojazd zajmuje jakieś 5 minut. W sumie można było wcześniej pomyśleć o jeżdżeniu do pracy w ten sposób... W drugą stronę sprawa wygląda już trochę gorzej - bus jedzie swoją trasą w jedną stronę (czyli robi pętlę), więc żeby nas odwieźć musi zrobić praktycznie całe okrążenie. Tak więc powrót zajmuje nam już jakieś pół godziny, a właściwie to zależy to też trochę od ilości osób na pokładzie. Zdecydowanie muszę sobie kupić rower.

No i poczytałem sobie trochę o tym całym kickboxingu, który mamy w robocie. Zacytuję:

"With everyone facing the mirror, a teacher leads the group
through specific punches and kicks, usually to the beat of
dance-club music."

To ja już chyba zostanę przy moim hip-hopie, bluzę z kapturem mam, a przynajmniej się nie zmęczę i będę trendy (jazzy, czy jak to się tam teraz mówi)...

19 lut 2007

Jołsemajt

No i stało się. Skoro przedłużyłem wypożyczenie samochodu to trzeba było zrobić z tego użytek. Wstałem więc dość wcześnie, koło 6:30, poranna toaleta, zamieniłem parę słów na sieci i się zebrałem. Kierunek - Yosemite National Park. Felipe kazał się nie budzić, więc go obudziłem, żeby mu zakomunikować, że będę dopiero wieczorem. Nie wyraził specjalnego zainteresowania. ;-)

Tym razem przezornie wziąłem ze sobą laptopa, a wcześniej ściągnąłem sobie parę map z ggmaps. Tak więc - laptop na siedzenie pasażera, Chwastek na siedzenie kierowcy i jazda. Droga zapowiadała się krótsza niż do SNP wczoraj. Na początek 101 na północ w stronę SF, żeby za chwilę odbić na wschód. W Fremont (druga strona zatoki) zakupiłem poranną kawę i ruszyłem dalej. Troszkę przez chwilę bałem się, że się zgubiłem, ale nie, zaskoczę Was, tym razem udało mi się trafić na odpowiednią drogę od razu. Hmmm... czyżby Felipe był czynnikiem "gubieniogennym"...? ;-) Tak więc drogą 84 przebiłem się przez pomniejsze górki w okolice Livermore. Tam przesiadka na drogę 205 do Monteca. Na horyzoncie dało się już zauważyć góry, w które się udawałem. Ale jako, że wszędzie tutaj płasko, to horyzont mógł znajdować się i 100 mil dalej. NO i rzeczywiście tak się okazało (dlatego te góry wydawały mi się takie niskie... :-P). Na szczęście droga do Yosemite jest naprawdę dobrze oznakowana. Cała równina między Zatoką SF a górami (w sumie wstyd się przyznać, ale nie wiem nawet jakie to góry :-P) jest usiana mnóstwem różnych plantacji. Czasami wygląda to dość ładnie (wczoraj jak jechaliśmy z Felipe cała plantacja kwitła na różowo). Zdjęć nie robiłem, zakładając, że zrobię je wracając i to jeszcze pewnie ładnie przy zachodzącym słońcu. No ale nie uprzedzajmy wydarzeń. :-)

Na samej równinie nie dzieje się naprawdę nic. Znaczy się, może i się dzieje, ale ja na nic nie trafiłem. Tak udało mi się dojechać do gór. Wreszcie jakaś ulga w monotonii, bo jeżdżenie amerykańskimi drogami potrafi być mocno usypiające. Wynika to z paru faktów. Po pierwsze odległości jak już pisałem są w skali makro, czyli dojechanie gdziekolwiek (troszkę nawet) dalej wymaga paru godzin drogi. Po drugie drogi zwykle są proste jak w mordę strzelił (północ-południe, wschód zachód lub wariacje). No a w górach trzeba już trochę pokombinować. ;-)

Tak więc zatrzymałem się w paru miejscach na początku gór i zacząłem robić zdjęcia. Droga - klasyczna serpentyna. niestety na zdjęciach nie jest tak widoczna jak drogi w Alpach czy inne takie ;-) W każdym razie coś powinno być widać. Po mniej więcej pół godziny dostałem się na przełęcz, gdzie ktoś malowniczo usadowił jakieś małe miasteczko. No i tutaj mój pierwszy (no może nie pierwszy...) błąd - nie zrobiłem zdjęć. :-( Miasteczko prześmieszne - mnóstwo flag Stanów, w większości drewniana (albo stylizowana na drewnianą) zabudowa. Nawet saloon się znalazł. Nie zatrzymywałem się na dłużej, bo nie wiedziałem ile czasu zajmie mi zwiedzanie Yosemite, które na szczęście było tuż "za miedzą". Miła pani z okienka w mundurze strażnika parku poprosiła mnie o 20 dolarów i wręczyła mi stertę różnych papierów oraz bilet ważny przez tydzień (najkrótszy okres). Wśród papierów znalazła się i mapa parku, a więc można było ruszać dalej. Co się okazało - niestety w zimie część dróg jest zamknięta. Co prawda zimy to oni tej zimy chyba nie doświadczyli, ale przepisów się nie przeskoczy. Została do zwiedzania więc tylko dolina Yosemite.

Na pierwszy ogień aparatu poszło Big Meadow, czyli wyschnięte jezioro w dolinie. Popstrykałem też trochę innych rzeczy, a ponieważ jechałem sam, więc musiałem się zatrzymywać co jakieś 2-3 minuty na poboczach. Widoki naprawdę ładne, a na horyzoncie zapowiadały się jeszcze ciekawsze. :-) W końcu udało mi się zjechać w głąb doliny, a drogowskaz skierował mnie dalej na wschód do Yosemite Village. Na samym początku doliny na jej południowej ścianie znajduje się pierwszy wodospad. Co było robić - zaparkowałem samochód i poszedłem robić zdjęcia wody spadającej z góry w dół (pomyśleć jakby się ludzie na to patrzyli jakby leciała z dołu do góry :-D). Zaraz pojechałem więc dalej, co rusz zatrzymując się, żeby porobić zdjęcia widoczków. A widoczki zacne, tamtejsze góry można już nazwać górami (okolice 2500 do 3500 metrów). Ruch w dolinie Yosemite jest zorganizowany okrężnie, to znaczy w stronę wschodnią jedzie się południową drogą, w zachodnią - drogą północną. Dojechałem więc do Yosemite Village, które okazało się po prostu ośrodkiem, w którym można się zatrzymać (aż się boję wyobrazić sobie ceny jakie sobie tam życzą). Zawróciłem więc w stronę zachodnią. Na dłuższą przerwę (20 minut) zatrzymałem się przy kolejnym wodospadzie - Yosemite Lower Fall. Trochę zdjęć wodospadu, trochę okolicznych widoków, trochę zdjęć pseudoartystycznych i dalej w drogę do domu.

Stwierdziłem, że skoro już wjechałem do parku jedną drogą, to mogę wyjechać inną :-D A rzeczywiście jest to możliwe. Okazało się, że strzał w dziesiątkę, bo przy okazji zobaczyłem parę naprawdę fajnych widoków. Najciekawsze dla mnie były miejscami skały zwieszające się nad drogą. Niestety nie wszystko dało się wypstrykać, bo w niektórych miejscach po prostu fizycznie nie było możliwości się zatrzymać. No i tak drogą 140 przez Mariposę, Merced, do samego końca, aż się skończyła na autostradzie nr 5. No i tutaj rzecz jasna pojechałem w złą stronę. A przynajmniej wtedy mi się tak zdawało, bo w tym momencie sprawdziłem na mapie i byłbym szybciej w domu. Ech, no takie życie. Jakbym się jakoś nie zgubił (powiedziałem to?? :-P), to wycieczka nie byłaby zaliczona. :-) Tak więc dojechałem do drogi 152 i wróciłem koniec trasy tak samo jak wracaliśmy z Fresno dzień wcześniej. Dojechałem do ośrodka, zrzuciłem rzeczy i pojechałem oddać samochód (ech...). Ostatnie 40 mil zrobiłem na rezerwie :-)

Efekt oddania samochodu - mniej pieniędzy, 1402 przejechane mile i jakieś prawie 400 zrobionych zdjęć. Żyć, nie umierać... :-D Z lotniska, bo tam oddawałem samochód, Caltrainem do MV. No a w MV już na nóżkach do ośrodka. W efekcie po 15 godzinach podróży znalazłem się w domu :-) A Felipe spał... mam nadzieję, że nie cały czas. Ale wygląda na to, że nie, bo kupił sobie rower. Co też i mnie czeka w najbliższych dniach...

A jutro chyba dla odróżnienia pójdę do pracy :-P

18 lut 2007

Sequoia National Park

Pobudka, pobudka! Lekkie podniecenie - w końcu nie zawsze ma się nadzieję zobaczyć największe drzewa na Ziemi. Rzecz jasna wyjazd się troszeczkę opóźnił, bo się nam delikatnie zaspało. Na szczęście pogoda była w miarę ok. Wstąpiliśmy więc po kawkę do przydrożnego sklepu i w drogę. Jeśli już o kawie mowa - mają tutaj śmieszny zwyczaj. A nawet parę. Mianowicie właściwie w każdym sklepie można sobie kupić kawę. Taką porządną, z ekspresu. Czasami są też sklepy specjalizujące się tylko w kawie - jest tego paręnaście rodzajów, do tego rzecz jasna ozdoba w postaci sprzedawców kłaniających się w pas ze swoim tradycyjnym fenk ju, jur łelkom, hew a najs dej. Druga śmieszna sprawa to to, że zwykle tą kawę trzeba sobie samemu zrobić. Oznacza to tyle, że w sklepie jest coś, co wygląda jak stoisko z ekspresem/ekspresami, można do tego sobie podejść, zrobić kawę, a potem za nią zapłacić. Zresztą dotyczy to nie tylko kawy, ale też innych napoi.

Tak więc zakupiliśmy kawę i wyruszyliśmy w drogę. Najpierw autostradą 101 na południe, w stronę Los Angeles. Minęliśmy San Jose i po jakichś 40 milach dalej, skręciliśmy na drogę 152, która przebiliśmy się przez okoliczne (pa)górki na zachód. Krajobraz tych wzgórz wygląda trochę dziwnie (przynajmniej dla mnie), bo właściwie brak tu jakiegokolwiek lasu porastającego zbocza. Wygląda to jak takie łyse górki z małymi krzaczkami gdzieniegdzie, a jeśli występują jakieś drzewa, to są właśnie rozmiarów krzaków. ;-) Z 152 skręciliśmy znowu na południe, na autostradę 99, którą dojechaliśmy do samego Fresno. Tam znowu kawka (chyba zaczynam się powoli znowu uzależniać ;->) i znowu zmiana kierunku na wschodni. Przez jakiś czas jechaliśmy trochę na oślep (mam mapę całych Stanów, co w skali miasta Fresno jest trochę mało szczegółowe :-P), ale tym razem zanim zdążyliśmy się zgubić zakupiliśmy na przydrożnej stacji mapę okolic Fresno. Jak się okazało, nie byliśmy tak całkiem nie tam gdzie trzeba i po lekkiej korekcie trasy wylądowaliśmy na Kings Canyon Road, która już prowadzi do samego parku narodowego. Tutaj lekka dygresja - poza górkami, przez które wcześniej się przebiliśmy i okolicami parku, jechaliśmy przez jedno wielkie, płaskie pole. ;-) No ale...

Kings Canyon Road, jak sama nazwa wskazuje, to droga, która prowadzi do kanionu królów. Skąd nazwa - nie wiem - jak się dowiem to napiszę. W każdym razie jest to droga, która zaczyna się w samym Fresno, a kończy w dolinie królów (jednym słowem zachód-wschód, mniej więcej). Jakieś 20 mil za Fresno zaczęły się góry. Na zboczu jednej z gór wypatrzyliśmy stado kozic, które z bliższa okazały się stadem krów. ;-)
No i tutaj określenie góry jest rzeczywiście prawdziwe, bo w rezultacie dojechaliśmy mniej więcej na wysokość 2000 metrów. Ale to później. Do sekwoi jedzie się malowniczą (w miarę), wijącą się drogą. Gdzieś na wysokości 1000 metrów zaczęło padać, więc podróż zrobiła się mniej przyjemna. Na a gdzieś na wysokości 1800-2000 pojawił się pierwszy śnieg. Sytuacja dość śmieszna, bo Felipe widział na żywo śnieg po raz pierwszy w życiu :-D Troszkę śmiesznie to wyglądało, bo podchodził do tego śniegu tak jak dziecko podchodzi do morza, gdy pierwszy raz zobaczy fale. Uśmiałem się trochę :-) Zatrzymaliśmy się w paru miejscach żeby porobić zdjęcia. No i wyszły nasze braki organizacyjne - po pierwsze żaden z nas nie wziął porządnych butów (przy czym tylko ja miałem szanse takie wziąć, bo Felipe nie ma), po drugie z tego wszystkiego nie zauważyłem, że benzyna się kończy. Niestety w samym parku zatankować się nigdzie nie dało, więc przestraszeni możliwością utknięcia tam na dłużej zawróciliśmy z drogi. Na szczęście udało się nam dużo zobaczyć i nie było czego żałować. Dla pewności, żeby benzyny do najbliższej stacji nie zabrakło, właściwie cały czas toczyłem się na luzie z górki ;-) Jak się później okazało, pewnie moglibyśmy na tej ilości benzyny przejechać z dobre 50 mil...

No a same sekwoje. Jest tego tatałajstwa tam trochę, oczywiście nie wszystkie mają takie wielkie rozmiary, że się na nie zwraca uwagę, ale takie też są. Zrobiliśmy sobie parę zdjęć, a te największe naprawdę robią wrażenie. Kawałek kory z takiego drzewa wygląda jak konar normalnego drzewa :-)

Tak więc zjechaliśmy do doliny, zatankowaliśmy i wróciliśmy do Fresno na lunch. Po lunchu jak to po lunchu, człowiekowi się spać chce ;-) Felipe zadowolony, że ma szofera rozłożył się w fotelu, a szofer biedny musiał prowadzić. Zakupiłem więc sobie kolejną kawkę na drogę i pojechaliśmy tą samą drogą z powrotem. NA drogach występuje tutaj dość śmieszny proceder. Mianowicie, jeśli na drodze występuje ograniczenie prędkości (w tym wypadku było 65mph) i droga jest wielopasmowa, to ludzie zwykle przestrzegają tych ograniczeń. Do czasu. Do czasu, gdy na drodze pojawi się ktoś, kto tych ograniczeń rozsądnie nie przestrzega (rozsądnie, czyli że będzie można za nim nadążyć). Wtedy zwykle ludzie "podpinają się" pod taką osobę i jadą za nią. Po prostu, a nuż to tą osobę w razie czegoś policja zgarnie, a nie ich. Sam też tak robię ;-)

No i tym prostym sposobem na okolice godziny 19 wróciliśmy do ośrodka. Zmęczeni, ale zadowoleni (a Felipe dalej przeżywa swój pierwszy raz ze śniegiem ;->). Cała wycieczka - jakieś 450 mil, ale tutaj wszystkie odległości są w skali makro. Część zdjęć na Picasę już wrzuciłem, przy okazji jeszcze przegram jakieś od Felipe i dorzucę (i może jakieś podpisy pod zdjęciami jak będzie czas).

No a jutro może Yosemite...? ;-)

17 lut 2007

GG

Zaraz z samego rana pojechaliśmy do Firmy. Felipe postanowił zrobić pranie. Zostawiliśmy więc bety w pracy, a w międzyczasie udaliśmy się po zakup upatrzonego przez mojego roommate'a laptopa. Generalnie dość się nam spieszyło, bo byliśmy umówieni w Sunnyvale z koleżanką Felipe. Z notebookiem wyszła dość śmieszna rzecz. Pomijam kwestię, że tutaj ceny są podane bez podatków, a tych mają tutaj bez liku. Przy okazji wyszła inna sprawa - na ten model, który Felipe miał upatrzony, był rabat w wysokości 50$. No i tutaj zaczęły się problemy, bo dla Hamerykanów rabat to jest coś, co jest dopiero zwracane po zakupie. Czyli płaci się pełną cenę, a potem jak się ma szczęście, to oni po paru miesiącach przysyłają czek w wysokości rabatu... Bez komentarza... W rezultacie nie kupiliśmy tego laptopa. :-)

Przez to całe zamieszanie (jeszcze musieliśmy wrócić po pranie i odwieźć je do domu) trochę spóźniliśmy się na spotkanie z koleżanką (Greta, una sympatyczna braziliana ;>) i jej rodzinką. Jakąś godzinę ;-) Przyznam się, że częściowo przeze mnie, bo jeszcze musiałem podzwonić w Ważne Miejsca ;-) No ale towarzystwo okazało się bardzo sympatyczne i udaliśmy się dalej na umówioną wycieczkę do SF. Na początek wylądowaliśmy na Bay (ulica przy wybrzeżu zatoki, niedaleko Golden Gate). Pochodziliśmy trochę, porobiliśmy trochę zdjęć i poszliśmy zwiedzić Exploratorium. Jest to takie dziwne coś, wzorowane na antyk budownictwo, które ma całe 40 lat. Jednym słowem, w Ameryce to już antyk. ;-P Wszystko to jest na zdjęciach, które zamieszczę jak tylko będę mieć sieć. Po tym wszystkim udaliśmy się na lunch i stwierdziliśmy, że jedziemy na Pier 39. Co prawda dojechaliśmy, ale już niestety miejsca na zatrzymanie się nie znaleźliśmy. Efekt końcowy - rodzinka Grety stwierdziła, że staniemy sobie chwilę nad Pacyfikiem i porobimy jakieś zdjęcia. Trochę mnie to zastanowiło w kontekście tego, że zaraz po tym postanowieniu pojechali na wschód, ale spuśćmy na to zasłonę miłosierdzia. W rezultacie rozdzieliliśmy się i ja z Felipe pojechaliśmy oglądnąć z bliższa (w końcu!) Golden Gate Bridge.

Na początek zatrzymaliśmy się przy Point Fort (mały fort z XIX wieku przy wejściu do Zatoki San Francisco, pod mostem). Pooglądaliśmy co się dało oglądać, czyli fort oraz surferów przy nabrzeżu. Następnie pojechaliśmy na górę i przez most. Więc jest to coś, co robi troszeczkę wrażenie, ale dzielni byliśmy i nie daliśmy się zastraszyć ;-)Po drugiej stronie GG jest parę bardzo fajnych miejsc widokowych. Niestety nie bardzo wiedzieliśmy jak się do nich dostać (były po drugiej stronie autostrady, a nie wyglądało na to, żeby był jakiś przejazd). W efekcie wylądowaliśmy jakieś 5-6 mil dalej, gdzie udało się nam nawrócić. W drugą stronę niesamowity korek. No ale jak się okazało - całe szczęście, dzięki temu udało się nam trafić na bardzo ładne i efektowne zjawisko. Zaczęło już zmierzchać, a w efekcie nagłej zmiany temperatury do zatoki zaczęła wlewać się mgła znad Pacyfiku. Udało się nam do tego trafić na te punkty widokowe, z których można było zobaczyć parę naprawdę fajnych widoków (zdjęcia!). GG wygląda dość zabawnie w momencie, kiedy widać tylko jedną jego stronę i wydaje się, że prowadzi donikąd. :-)

Na koniec zostało do załatwienia tylko parę rzeczy i stwierdziliśmy, że wracamy. Ponieważ tutaj w USA mają długi weekend, więc po drodze do MV zahaczyliśmy o AVIS, gdzie chciałem przedłużyć wypożyczenie samochodu. No i okazało się, że nawet w garażu wypożyczalni samochodowej udało się nam zaliczyć nasz stały punkt programu... No ale w końcu jakoś udało się nam odnaleźć ;-) Na sam koniec jednak pojechaliśmy po tego laptopa dla Felipe. Chłopak chodzi teraz uahahany i chwali mi się cały czas, że ma 2 procesory w laptopie ;-) No i na tym koniec dnia, a jutro plan obejmuje wycieczkę do Sequoia National Park (i pewnie znając życie nasz standardowy punkt programu, czyli zgubienie się :-P). No ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy... ;-)

16 lut 2007

TGIF

Miałem postrzelać sobie zdjęcia dzisiaj, ale jak to zwykle bywa, pogoda pokrzyżowała plany. Chciałem rano porobić parę fajnych fotek miejsca gdzie mieszkamy, wschodu słońca, gór na wschodzie, hangarów w ośrodku, ale niestety po zwleczeniu się z łóżka okazało się, że zalega nieprzenikniona mgła.

Tak więc poranna (dla was popołudniowa) wymiana uprzejmości przez gg i smsy, a potem do pracy na śniadanie. Wszystko przebiegło szybko, sprawnie i smacznie. Nie wiem co prawda gdzie oni hodują jeżyny o tej porze roku, ale w sumie zważając na roczne temperatury tutaj, to może nie być takie trudne. Tak więc na śniadanie trochę jeżyn, truskawek, pomarańcza, jakieś płatki i kawka. Odżywiam się prawie jak jakiś leśny człowiek.
Zastanawia mnie pewien człowiek, które przychodzi do tej kafejki, w której jadamy z Felipe rano śniadania. Jest niewidomy, przychodzi z psem przewodnikiem. Podziwiam szczerze takiego człowieka, bo skoro tutaj pracuje to naprawdę musiał się przebić przez niesamowitą rekrutację i z drugiej strony bardzo zastanawia mnie jak taka osoba pracuje. Absolutnie nie mam nic przeciwko, ale w sumie jest to troszkę paradoksalne - człowiek pracuje przy komputerze i... no właśnie. W sumie to nawet nie wiem czy pracuje przy komputerze. Ot, taka refleksja. Jedyna rzecz jaką mogę powiedzieć w takiej chwili to "Hmm... Łał!". Naprawdę jestem pełen podziwu.

Po śniadaniu mieliśmy szkolenie. Pogadałem chwilę z Albertem (taki gość, który też zaczął tutaj pracować w tym tygodniu, Kanadyjczyk). Powymienialiśmy parę uwag na temat nadmiernej wylewności i otwartości Amerykanów - generalnie mamy do tego dość podobne podejście. Stwierdziliśmy zgodnie, że normalnie nie zdarza się, że ludzie po 5 minutach znajomości na ulicy zaczynają opowiadać o swoich problemach miłosnych, rodzinnych, etc. Nie mówię o Awarii, bo tam zdarza się wszystko, zwłaszcza jak jest odpowiednia oprawa ;-)

Po szkoleniu pojechaliśmy z Felipe do Social Security Office, celem postarania się o Social Security Number (odpowiednik naszego NIPu). Sam byłem ciekaw jak wygląda takie coś w Stanach, ale w sumie nie różni się tak strasznie od polskich warunków. Może jednak jest trochę bardziej kulturalnie, bo ludzie nie stoją na korytarzu, tylko jest ładna sala z krzesłami, obsługa jest wedle numerków, które wydaje automat i wszystko wydaje się cacy. Do tego jeszcze był ochroniarz/policjant/strażnik/(?) o szczęce, którą można by skały kruszyć. ;-) Procedura przebiegła dość sprawnie (oprócz stadka dzieci, od których wrzasków można było naprawdę pierdolca dostać ;-)) i można było wrócić na lunch do Firmy.

Po obiadku zająłem się dalszym samoszkoleniem. Saurabh (mój bezpośredni szef) załatwił mi parę rzeczy, które były mi potrzebne do dalszych prac (dostęp do materiałów, kodów źródłowych, etc.). Przy okazji wspomnę, że bardzo sympatyczny człowiek, Hindus, z wszystkimi dla Hindusa charakterystycznymi rzeczami jak akcent, wymowa, ton głosu. O wyglądzie chyba nie muszę wspominać... :-> No i jak to każdy Hindus - ciężko powiedzieć czy gość ma lat 25 czy 30 (czy więcej :P).

No i nadeszła chwila na sławny TGIF. Dla niewtajemniczonych tłumaczę (sam do nich należałem przed wtorkiem ;->): Thank God It's Friday. 16:30, należało się stawić w jednej z kafejek. Jakbym wiedział wcześniej, że będzie alkohol, to dzisiaj nie pojechałbym do pracy samochodem ;-)

NO TGIFie mieliśmy zostać przedstawieni na forum Firmy. Na szczęście okazało się, że to jest normalne piątkowe spotkanie. Piwko, winko, pogaduszka. Bardzo sympatycznie, można poznać dużo ludzi... jak się jest osobą bardziej socjalną ode mnie ;-)

W rezultacie po jakiejś chwili pojechaliśmy z Felipe do domu, jeszcze zabraliśmy Gregoriy'a do domu po drodze. Sympatyczny chłopak, też praktykant, co śmieszniejsze z Australii. Z tego co mówił, jego dziadkowie emigrowali z Polski. Dobrze, że nie ma rodziców z Zimbabwe. ;-)

Po powrocie do ośrodka stwierdziliśmy, że będziemy się dzisiaj alkoholizować. Wróciliśmy więc do "miasta" po parę piw... czemu oni tutaj nie mają normalnej wielkości piwa...? No ale co się nie da nadrobić wielkością, można nadrobić ilością. Wieczór naprawdę przyjemny, okazuje się, że nawet ludzie z talentem (mówię o moim współlokatorze, nie o mnie, żeby była jasność :P), mają takie same problemy jak reszta społeczeństwa. No ale na szczęście odezwał się Mój Mały Glos Rozsądku i kazał mi iść spać. Co też potulnie czynię. Miłego dnia Wam życzę.

Co by Wam za miło nie było, przede mną 3-dniowy weekend, prawdopodobnie się jakiś roadtrip zorganizuje :)

15 lut 2007

Aparatencjon ;-)

Pobudka jak zwykle. Stwierdziliśmy, że nie ma co czekać w domu, skoro Tam czeka na nas jedzenie. W efekcie oczywiście przyjechaliśmy i okazało się, że jedzenia jeszcze nie ma. Na szczęście długo czekać nie trzeba było, pokazałem Felipe gdzie pracuję, poszliśmy sobie na kawkę, pogadaliśmy momencik i udaliśmy się na śniadanie.

O tej porze w Firmie jest strasznie pusto. Godzina 8:30, Amerykanie zwykle o tej porze chyba wstają, bo zauważyłem w regulaminie ośrodka, że do tego czasu obowiązuje u nich cisza nocna. No cóż, co kraj to obyczaj. W końcu podobno od spania się rośnie. Co by tłumaczyło rozmiary przeciętnych Amerykanów... ;-)

Przed południem mieliśmy kolejne szkolenia. W sumie nic specjalnego. Tym razem powiem szczerze, że mi się nie podobało, gość starał się być zabawny, ale jakoś mu nie wychodziło. Miło mieć poczucie, że nie tylko ja puszczam suchary w towarzystwie ;-)
Potem szybki lunch i kolejne szkolenie, tym razem już przy komputerach. Właściwie to było to dokończenie ćwiczeń, które nam zadano wcześniej, ale przynajmniej trzeba było wykonać coś praktycznego, więc tym razem nie zasypiałem. Po tych wszystkich szkoleniach przyszedł mi czas na samokształcenie. Muszę się jeszcze trochę rzeczy nauczyć zanim wezmę się za porządne projekty. No ale jak już mówiłem, atmosfera naokoło jest na tyle pozytywna, że taka nauka przychodzi z przyjemnością. Czas więc zleciał szybciutko, na koniec lekka kolacja kolacja (zjadłem tyle zieleniny, że zastanawiam się czy nie zacznę dawać mleka...) i pojechaliśmy na zakupy. Od rana po głowie chodziła mi myśl o aparacie. Jak postanowił tak zrobił. Zakupy, jak to zakupy w moim wykonaniu, zajęły jakieś 2 minuty i stałem się posiadaczem pięknego, nowiutkiego, ślicznego, kochanego... (może ja ten fragment opuszczę...) aparatu Canon S3 IS. :-D Niestety aparat sam sobie zdjęcia nie zrobi, więc tutaj jest link do zdjęcia. :-)

Dalsza część zakupów - Felipe postanowił zakupić notebooka i buty. Buty poszły szybko. Celem pooglądania sprzętu zaglądnęliśmy do Fry's. Z frajsa już niedaleko do Bestbuy. Niedaleko jak niedaleko. Jutro kupuję kompas albo przynajmniej wydrukuję mapę okolicy... W końcu jednak trafiliśmy. Niestety nic ciekawego tam nie było. Tak więc wróciliśmy do ośrodka: ja - zadowolony i uchachany (chyba będę dzisiaj spał z tym cudeńkiem ;->), Felipe - trochę mniej, ale też zadowolony z butów. :-) Tak więc jutro pierwsze zdjęcia z MOJEGO aparatu wrzucę :-D

I tym optymistycznym akcentem na dziś koniec. Po pracowitym i udanym dniu czas spać. I równie udanych dni życzę na przyszłość Wam i sobie. Amen.

14 lut 2007

Walętynki...

Udało mi się wreszcie pospać w miarę porządnie, może to dzięki temu, że wreszcie położyłem się na tyle późno, żeby się nie obudzić o 4 nad ranem ;) A może lodówka się przyzwyczaiła do naszej obecności, bo dzisiaj w nocy była dość spokojna. A może to z okazji walentynek. Aż się bałem wrócić do ośrodka, bo nic jej nie wysłałem ;-)
Tak, tak, nadchodzi taki smutny dzień w życiu człowieka jak Walentynki. Dzisiejsze pierwszy raz bez Maja... No ale trzeba się przyzwyczaić, nie zawsze rodzina jest w pobliżu ;-)

Jako człowiek szczęśliwy i bez problemów, udało mi się dostać walentynkowego SMS-a. Bardzo miło, dziękuję raz jeszcze, kto napisał ten wie komu :-)

Poranna toaleta, zebranie manatków i do Firmy na śniadanie. Śniadania też mają dobre :-D

Potem z pracy udało mi się zadzwonić ładnie gdzie trzeba i zaczęły się szkolenia. Przyznam otwarcie, że ludzi od szkoleń też maja najlepszych. Było miło, wesoło, czas zleciał na dowcipach, a przy tym można się było dowiedzieć dużo mądrych rzeczy. Tak minęło przedpołudnie, dzień drugi... ;-) Potem lunch i wróciłem do zadań, które zostały mi z wczoraj. W sumie dla osoby postronnej zupełnie nic ciekawego, ale naprawdę nabieram tutaj bardzo pozytywnej energii do pracy. Widać, że każdemu się chcę coś stworzyć i ludzie są otwarci na nowe pomysły od każdej osoby.
Po lunchu dowiedziałem się mniej więcej nad czym będę tutaj pracować. Za dużo powiedzieć nie wolno, ale liczby i zadanie robią na mnie wrażenie - staram się nie wyglądać na zbyt przerażonego ;-)

Poprzeglądałem sobie różne rodzaje zajęć, na które można się zapisać. Jest parę interesujących pozycji, ale jedna prawie mnie zabiła. Hip-hop. Chyba się zapiszę. Bluzę z kapturem już mam, trochę pasty do butów i będę wyglądał w sam raz. ;-)

P.S.: Jeszcze taka krótka refleksja - nie wiem co oni tutaj mają z toaletami. Trzymają w nich zapas wody czy co? ;) No i wrzuciłem część zdjęć - linki po prawej stronie, zapraszam do oglądania.

13 lut 2007

Veni, Vidi, Vimiękli

Pobudka jak zwykle. Trochę może mniej zwyczajna, bo dało się wyczuć lekkie zdenerwowanie przed pierwszym dniem. Rano zebrałem się jeszcze do MV celem wykonania paru telefonów. Niestety dziwnym trafem na komórkę nie ma jakoś szans się dodzwonić albo nie mam szczęścia (albo znając moje szczęście to jedno i drugie).

Całe szczęście, że na układach Polska stoi, bo inaczej za cholerę nie udałoby mi się uruchomić zza granicy tego roamingu. A właściwie to nawet nie mnie, ile pewnej osobie z zaprzyjaźnionej firmy ;)

Wróciłem sobie więc spokojnie do ośrodka skąd już zadzwoniłem z własnej komórki. Trzeba będzie jeszcze obmyślić jakieś obejście na to dzwonienie na komórkę, bo niestety płacenie paręnaście złotych za minutę rozmowy, to nawet z naliczaniem sekundowym się na to nie nabiorę ;)

Parę papierosów później stwierdziłem, że może jednak czas już jechać, bo nie wiadomo ile nam to wszystko zajmie (korki w stronę SF potrafią się czasami zaczynać już na wysokości San Jose). Tak więc dojazd zajął niecałe 10 minut przy przewidywanych 45...

Parę papierosów później... Wreszcie udaliśmy się do umówionego miejsca, skąd odebrała nas pani z HR odpowiedzialna za wprowadzenie nas w tajniki Firmy. Zrobiono nam zdjęcia do identyfikatorów, pooprowadzano troszkę po budynku, po czym udaliśmy się do sali konferencyjnej wypełniać różne formularze. Generalnie papierkowa robota i prezentacja tego, co wolno robić i o czym nam wolno mówić. Do przeczytania dostaliśmy kilka stron, do podpisania kilka świstków, trochę rzeczy nam pokazano i dostaliśmy parasol, koszulkę, notatnik i jakieś pisadło. Można było iść na lunch. :D
Tam zostaliśmy przestawieni osobiście swoim bezpośrednim przełożonym i udaliśmy się każdy w swoją stronę (mowa o praktykantach, a nie praktykant-przełożony :P). Mi trafiło się bardzo fajnie, pogadaliśmy z S (mój szef) trochę o tym jak to wszystko będzie wyglądać, na razie dostałem dość wolną rękę (przynajmniej na czas początkowych szkoleń) i zająłem się urządzaniem.

Na początek miła niespodzianka - przychodzimy do boksu, a tutaj czekały na mnie na moim biurku baloniki i cukierki :D Takie fajne z helem i w ogóle. Zostałem przestawiony reszcie teamu i wziąłem się za poskramianie wewnętrznych systemów Firmy. Poinstalowałem parę rzeczy, zobaczyłem jak parę rzeczy chodzi i właściwie na tym upłynęła końcówka dnia w pracy.
Tutaj parę słów o moich wrażeniach. Krótko mówiąc - zostałem zmiażdżony - idąc korytarzem (którymkolwiek właściwie) słyszy się straszną różnorodność języków, ludzie rozmawiają ze sobą o różnych problemach, widać, że każdy jest zainteresowany tym co robi. Firma przypomina mi bardziej jakiś uniwersytet czy placówkę badawczą, gdzie każdy żyje tym co robi. Do tego konferencje: techniczne, filozoficzne, etc. Widząc tych wszystkich ludzi aż chce się pracować. Szczerze mówiąc, ze szczerym żalem wychodziłem z pracy czując całą tą pozytywną energię. Jedyny sposób na skomentowanie tego to chyba tylko amerykańskie: "Łał..." :)
Na koniec pracy uzgodniliśmy z Felipe plan na wieczór (wreszcie załatwić z hamerykańskimi komórkami) i pojechaliśmy do domu (bo ja rzecz jasna komórki zapomniałem z domu...).
Tym razem przezornie wydrukowaliśmy sobie mapki :D Fajna sprawa, tylko okazało się, że co mi z mapki, skoro nie wziąłem jej z ośrodka... Co się odwlecze to nie uciecze, za drugim razem udało się nam już zabrać wszystko i ruszyliśmy na podbój Palo Alto. Miasteczko bardzo przyjemne, dużo młodych (obok uniwersytet Stanford) i generalnie miasteczko wygląda na bardzo sympatyczne. Załatwiliśmy sprawę z komórkami i wróciliśmy do chaty. Tutaj jeszcze jakieś szybkie jedzonko (zapomnieliśmy dzisiaj zjeść kolacji w Firmie ;-) i koniec dnia. Felipe znowu przejawiał tendencje do nadmiernej czystości... ech, tak to jest jak się za długo z matką mieszka ;-)
Zdjęcia już jutro jak się tylko Picasą nauczę posługiwać ;-)

12 lut 2007

Dziwni ludzie za barem

Obudziłem się o 4... nie było sieci... lodówka wyła jak opętana... po prostu koszmar. Wielkim wysiłkiem woli zmusiłem się do dalszego spania ;-)

Jak się okazało na recepcji, NASA wyłącza sobie WiFi w okresie od północy do 7 nad ranem. No niech będzie, przeszedłem nad tym co porządku dziennego - trzeba będzie w nocy spać.

Wyruszyłem sobie więc spokojnie z recepcji w stronę lotniska celem odebrania mojego współlokatora. Całe szczęście, że pojechałem jakieś 2 godziny wcześniej, bo chyba cała okolica SF wpadła na ten sam pomysł. Na lotnisku nic ciekawego, jakoś udało się nam poznać, zero atrakcji, żadnych alarmów bombowych, nuda i rutyna. Po tym udaliśmy się do samego SF na krótką przejażdżkę. Nie wiem czy wspominałem, ale owa Czerwona Strzała to kabriolet ze składanym dachem... :>
Mój współlokator to całkiem sympatyczny Brazylijczyk w moim wieku, trochę małomówny, ale w sumie wolę to, niż żeby miał gadać tyle co mój brat ;-P Poza tym jest dość spokojny i nie powinien sprawiać problemów. Przejawia skłonności do nadmiernej czystości, ale z tego się każdego człowieka da wyprowadzić na prostą. ;-)
Pojeździliśmy więc troszeczkę po SF (Felipe robił zdjęcia, jak od niego wytrąbię to zaraz umieszczę) i ruszyliśmy w drogę powrotną do MV na lunch. Tutaj udało się nam trafić na jakieś normalne żarcie do restauracji włoskiej. Oczywiście Włocha tam nikt pewnie w życiu nikt nie widział, za to obsługa składała się z całkiem miłych Latyno-amerykanów. Nie każdy kraj jest doskonały ;-) Następnie udaliśmy się w poszukiwaniu budki telefonicznej, gdyż Felipe (mój współlokator) odczuwał potrzebę zadzwonienia do domu. Wyrodnym synem nie jestem i też taką potrzebę poczułem. ;-) Poszukiwania budki trochę zajęły, bo część aparatów nie posiadała słuchawek - nie wnikam czy to ficzer czy przypadek, kraj dziwny, więc może mają takie obyczaje...

Potem zalogowaliśmy się grzecznie do domu, F udał się pod prysznic (na szczęście prysznic w naszym pokoju słuchawkę posiada). Ja w międzyczasie trochę poszukałem różnych rzeczy i po skończonej toalecie mogliśmy się udać do samego MV w poszukiwaniu paru rzeczy. Między innymi chodziło o jakieś fragmenty pościeli i sklep z telefonami komórkowymi. Wynotowałem więc z guglmapsów adresy sklepów i wyruszyliśmy. Pogoda w międzyczasie zepsuła się dość konkretnie i zaczęło nieprzyjemnie padać. Podobnie jak w przypadku dnia poprzedniego nie udało się znaleźć żadnego sklepu z komórkami, który byłby odpowiedni. Za to wstąpiliśmy do sklepu z materacami (żeby dowiedzieć się gdzie można zakupić takie rzeczy jak pościel rzecz jasna). Lekko pedałkowaty facet (how are you guuuys?) zasięgnął fachowej wiedzy Yellow Pages i zadzwonił do lokalnego sklepu. Tu z kolei miła pani przez telefon zaczęła mu tłumaczyć jak do nich dotrzeć. Zarówno pedałkowaty sprzedawca, jak i ja oraz Felipe zgubiliśmy się po 2 zakręcie. Podziękowaliśmy grzecznie i wyszliśmy z mocnym postanowieniem udania się jednak do IKEA. ;) Po drodze jeszcze leżało parę sklepów z komórkami (a przynajmniej miało). W końcu udało się nam już profesjonalnie zgubić (you got lost? nooo... I know where we are...) i wtedy wylądowaliśmy prosto na tym sklepie z rzeczami do domu, którego szukaliśmy. Zakupiłem sobie czarny kocyk. Oczywiście obsługa w sklepie po amerykańsku z klasycznym thank you, you're welcome, no problem,have a good night... I tak w każdym głupim sklepie... Jak by to powiedział Obelix: "Ils sont fous ces Americains". I nie dziwię się Tedowi Avery'emu. Ot basta. Na pocieszenie mam swój czarny kocyk.

11 lut 2007

NASA AMES Research Center

No. Dotarłem. Wszystko tutaj jest dziwne :P Napiszę trochę więcej po południu jak już będę mieć jakiś adapter do tutejszego prądu.
Pół godziny walczyłem z zamkiem do drzwi, żeby się w końcu zorientować, że drzwi da się zamknąć tylko od środka, a zamek nie służy do zamykania drzwi tylko do ich otwierania... ;-)

Troszkę o samym ośrodku, jak ktoś jest ciekaw to tutaj jest adres do stronki ośrodka. Niestety zdjęcia na razie to słabo (poza tym nie wiem czy mnie nie zastrzelą za robienie zdjęć :P). Z fajniejszych rzeczy to za oknem mam taki wyrąbany na jakieś mniej więcej 10 pięter w górę hangar, trochę dalej jest jakieś lotnisko, a moja lodówka jak się dzisiaj w nocy włączyła to myślałem, że prowadzą tutaj jakieś eksperymenty z UFO ;-) Poza tym ośrodek zadbany (jak tutaj wszystko mówiąc szczerze) - ładnie i czysto. Tyle o samym ośrodku.

Po porannej walce z zamkiem powziąłem sobie zamiar, że muszę w jakiś sposób dorwać coś co pozwoli mojemu laptopowi korzystać z tutejszych gniazdek. Celem tym udałem się do Mountain View, aby skorzystać z Caltrainu i udać się do jakiegoś porządnego sklepu z elektroniką. Samo dojście na stację nie było takie długie (~ 25 min). Po drodze znowu mili panowie oficerowi pilnujący ośrodka udzielili mi paru rad oraz poinformowali, którędy iść. Co śmieszne tutaj albo ktoś jest miły (znakomita większość) albo jest chamem. Przynajmniej tyle z moich obserwacji wczoraj i dziś :)
Po drodze jeszcze minąłem jakąś starowinkę, która grzecznie wskazała mi sklep, gdzie można kupić sobie papierosy. Starowinka co ciekawsze okazała się Rumunką mieszkająca tutaj od 6 lat, ale słabo mówiącą po angielsku. Z kolei w sklepie obsługiwał mnie jakiś Azjata (sic! gdzie się podziali Amerykanie? ;P). Ponieważ nie pomyślałem i nie sprawdziłem rozkładu to musiałem poczekać prawie godzinę na pociąg. A szkoda, bo obok z okazji niedzieli mieli jakiś targ i można było pewnie jakieś fajne rzeczy poszukać.
W końcu na stację wtoczyło się takie coś stalowego, z biało-czerwonymi lamówkami prosto jak z filmu i pojechaliśmy. W międzyczasie wymyśliłem, że wypożyczę na ten początkowe dni samochód. Dojechałem więc na SFIA i tam wypożyczyłem brykę. Niestety nie mieli nic z normalną skrzynią biegów, ale pocieszyło mnie to, że dostałem od pani takie cudo :-D z jakimiś upustami i takimi tam. Do tego jeszcze pani wytłumaczyła mi jak znaleźć sklep z elektroniką, w którym powinno być takie urządzenie o które mi chodzi. Cud, miód i orzeszki. :)

Oczywiście udało mi się zgodnie z tłumaczeniem tej pani zgubić zaraz po drugim zakręcie na jej mapce. Z żalu nieukojonego stwierdziłem, że pojadę pojeździć po SF. Po pierwsze, to taki Ford Mustang jednak potrafi pocisnąć, mimo, że to jest auto w tej najsłabszej klasie wypożyczalni :) Po drugie, SF ma kilka naprawdę ciekawych widoków, a ja oglądałem to wszystko tylko z auta. Widziałem onen sławny tramwaj, te wszystkie górki i pagórki. Najciekawiej było jak właśnie wyjechałem na taką stromiznę, że nie widziałem drogi zza maski samochodu i przede mną ukazał się widok na South Bay i na samym środku Alcatraz. Ech, jak dorwę tylko coś do robienia zdjęć to będę machał i machał :) Tylko trochę żal, że się to samemu ogląda... :(
Potem pojechałem popatrzyć na Golden Gate Bridge. Jest imponujący szczerze mówiąc. Następnie pojechałem nad Pacyfik. Fale i ogrom robią wrażenie, a pogoda dzisiaj była bardzo spokojna - słoneczko, 15-20 stopni, prawie zero wiatru (tak, można zazdrościć :P).
Po tym wszystkim postanowiłem wracać i w drodze powrotnej znaleźć drugi sklep, o którym mówiła mi pani z wypożyczalni. Oczywiście...
Tak więc stwierdziłem, że poszukam po Mountain View i okolicach. Niestety znaleźć mi się nic nie udało, za to pod koniec udało mi się zgubić. ;)
Rezultat: jakieś 130-140 mil przejechanych i jakieś 3 godziny przebąblowane :)
Dzień zaliczony jak najbardziej do udanych :)

PS: Co najśmieszniejsze, tą przejściówkę dostałem w ośrodku od recepcjonisty jak już wróciłem, zjadłem obiad i poszedłem się spytać czy nie wie, gdzie takie coś można kupić. ;-)

10 lut 2007

Ze flajt

Ten post trochę tak na krzywy ryj wsadzę, ale to wynika z tego, że wczoraj nie miałem sieci ;-)

Sam byłem powiem szczerze ciekaw jak to będzie latać, jeszcze nie miałem w moim Długim i Obfitym w Doświadczenia Życiu (tm) przyjemności skorzystać z usług linii lotniczych. No i powiem szczerze, że całkiem fajna sprawa, bezpieczniejsze to niż jeżdżenie samochodem, szybsze, wygodniejsze może niekoniecznie, ale na pewno miejscami są lepsze widoki. :)
Najfajniejsze jak dla mnie startowanie, takie sympatyczne przyspieszenie i w ogóle. Człowiek czuje się trochę jak na rollercoasterze. Oczywiście na lotnisku kazali mi buty ściągnąć bo jakieś metalowe fragmenty miały. Jak już grzecznie przeszedłem przez odprawę, to się z kolei okazało, że oczywiście nie mogli wcześniej powiedzieć, że samolot opóźniony... Niestety przez to nie udało się z Miłymi Ludźmi, którzy przyjechali na lotnisko się spotkać (dzięki wielkie dla Karoliny, Spooky'ego i Khorne'a :)).

W ramach zemsty zjadłem im w samolocie tyle kanapek ile dałem rady :-D

W samym Monachium (przesiadka) już nie było większych problemów, zapakowali mnie do takiego dużego pudełka na sardynki (AirBus 340-600), stewardessy i pilot powiedzieli parę słów i polecieliśmy. W sumie nic szczególnego, siedziałem na środku, więc mało widziałem. Z ciekawszych rzeczy puścili dwa filmy: "A good year" z Russelem Crowe i "The Illusionist" z Edwadem Nortonem i Jessiką Biel. Ten pierwszy trochę mdławy, ale dało się oglądać (głównie ze względu na główną bohaterkę :P). Do do Iluzjonisty, to mogę polecić. Miło się ogląda, film podobny do Prestiżu, trochę bardziej przystępny dla pań ;-) niczego paniom nie ujmując.

Niedługo po tym było lądowanie, cały lot z Monachium trwał jakieś 11 godzin, przez które mało pospałem. Wydatnie do tego przyczynił się mój sąsiad trzy siedzenia dalej - śniada cera, bliskowschodnie rysy, jakiś dziwny szlaczkowaty tatuaż na ręce... a do tego co jakiś tak miał ręce złożone jak w modlitwie albo się przechadzał po samolocie. No cóż. Na szczęście nic się nie stało, może po prostu zapomniał ładunku z lotniska ;-)

Z lotniska już wziąłem sobie grzecznie taksówkę, stwierdziłem, że nie będę szalał z wypożyczaniem samochodu. Do tego jeszcze pogoda była fatalna, a ja nie znałem drogi... po prawdzie to nie znałem nawet adresu jak się okazało ;-) Na szczęście było w miarę łatwo dotrzeć. Dojechaliśmy z taksówkarzem (który nota bene okazał się Ukraińcem) do ośrodka NASA (tak Maju, z takim fajnym znaczkiem NASA), miły pan na bramie poinformował nas, że bardzo dobrze trafiliśmy i mogłem się spokojnie udać do pokoju. Potem już tylko trochę walki z podstawowym bagażem i jak stałem tak prawie od razu spać. Niestety okazało się, że mój operator telefonii komórkowej najwyraźniej nie przejął się tym, że włączyłem roaming i nie mam jak dać znać, że żyję ;-) Do tego okazało się, że WiFi, które ten ośrodek oferuje też jest z hasłem więc dopiero dwa dni później mogę to opisać... Ech... przejścia i przejścia ;-)

Początek

The Googletrip has begun... ;-)

9 lut 2007

Prolog

To tak naprawdę nie jest blog. To bardziej pamiętnik z podróży. Coś dla zachowania wspomnień... moich i Waszych...
Dziękuję za pamięć, za miłe pożegnanie i To Miłe Pożegnanie... Wstyd się przyznać, ale chyba będę za tym wszystkim tęsknić... dziękuję. :)