CDS orientation
Na początek trzy słowa do ojca prowadzącego... Jest taka piosenka, ze słowami:
"[...]Ty w to wierz, ty w to wierz
W to, że nigdy deszcz nie pada w Kalifornii[...]"
Z miłą chęcią poznałbym autora tej piosenki i zamienił z nim dzisiaj rano parę słów... ;-)
Tak więc jak się nietrudno domyślić, od samego rana lało jak z cebra. Na dodatek musieliśmy się dostać na stację Caltrainu, żeby pojechać na szkolenie CDS-u (czyli organizacji, która jest sponsorem naszego programu SEVIS). W pociągu spotkaliśmy się z resztą towarzystwa, czyli Gregiem i Mathieu. W samym SF stwierdziliśmy, że możemy sobie przejść spokojnie na nogach do siedziby. Oczywiście pogoda była równie piękna, a ja jak na złość parasol, który dostałem od Firmy zostawiłem w wynajętym samochodzie przy oddawaniu. No cóż, z cukru nie jestem, stwierdziłem, że może urosnę. ;-)
Szkolenie obejmowało różne mało ciekawe rzeczy jak podatki, prowadzenie samochodu, rozliczanie się z tutejszym urzędem skarbowym i inne równie interesujące rzeczy. No a pani, która to prowadziła zaprezentowała dość klasyczne podejście do ludzi spoza Stanów, czyli "my Amerykanie jesteśmy najlepsi, reszta świata ma różne śmieszne reguły". Najbardziej rozśmieszyło mnie gdy pani stwierdziła, że prawdopodobnie wydaje nam się, że wszyscy w Stanach wyglądają jak ludzie z Baywatch. Ugryzłem się w język i już nie powiedziałem, że ludzie z Europy o Amerykanach mają bardziej takie mniemanie. ;-)
Tak więc szkolenie potrwało jakieś 2 godziny z minutami i można było jechać do Firmy. Na szkoleniu jeszcze poznaliśmy jedną osobę z Firmy - Khalid, jak się okazało nasz sąsiad parę pokoi dalej. :-) Wszyscy więc razem wróciliśmy na stację i Caltrainem z powrotem. Khalid, Mathieu i ja wysiedliśmy na stacji San Antonio, Greg z Felipe pojechali jeszcze pozałatwiać jakieś rzeczy w MV. Obok stacji według mapki miał być jakiś przystanek autobusu nr 40. Tak więc po jakichś 50 minutach poszukiwań w rezultacie dotarliśmy do Firmy bez używania autobusu. Po drodze jeszcze parę telefonów (jednak rozmowy są tutaj naprawdę tanie :>) i byliśmy na miejscu.
Oczywiście na obiad byliśmy już spóźnieni, bo wydają do 14:30... No ale jakieś ochłapy jeszcze zostały, więc coś tam wszamałem szybko i koło 15:30 wziąłem się do roboty (sic!). Dzisiaj pracowało się w sumie bardzo sympatycznie, zacząłem powoli coś robić, a nie tylko czytać dokumentację. Napisałem nawet trochę kodu, prawie skończyłem pierwsze (najmniejsze) zadanie, które dostałem, ale oczywiście okazało się, że nie działa. ;-) Tak więc czas upłynął szybko i przyjemnie. O 19:10 busikiem do domu i właściwie koniec dnia. Po drodze jeszcze spotkaliśmy Khalida, więc pogadaliśmy trochę wszyscy w trojkę. Sympatyczny gościu, z Maroka, też właśnie zaczął praktykę. No i na razie w sumie to tyle o nim wiem. ;-)
No i to byłby koniec upojnego dnia, jutro znowu TGIF, a także (co gorsza) przydzielanie bugów w moim projekcie... Coś czuję, że wreszcie będę mógł przestać narzekać na brak pracy. ;-)
P.S.: A tak w ogóle to jestem ciekaw kto z Indii i Wenezueli wchodzi na tego linka... ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz