19 lut 2007

Jołsemajt

No i stało się. Skoro przedłużyłem wypożyczenie samochodu to trzeba było zrobić z tego użytek. Wstałem więc dość wcześnie, koło 6:30, poranna toaleta, zamieniłem parę słów na sieci i się zebrałem. Kierunek - Yosemite National Park. Felipe kazał się nie budzić, więc go obudziłem, żeby mu zakomunikować, że będę dopiero wieczorem. Nie wyraził specjalnego zainteresowania. ;-)

Tym razem przezornie wziąłem ze sobą laptopa, a wcześniej ściągnąłem sobie parę map z ggmaps. Tak więc - laptop na siedzenie pasażera, Chwastek na siedzenie kierowcy i jazda. Droga zapowiadała się krótsza niż do SNP wczoraj. Na początek 101 na północ w stronę SF, żeby za chwilę odbić na wschód. W Fremont (druga strona zatoki) zakupiłem poranną kawę i ruszyłem dalej. Troszkę przez chwilę bałem się, że się zgubiłem, ale nie, zaskoczę Was, tym razem udało mi się trafić na odpowiednią drogę od razu. Hmmm... czyżby Felipe był czynnikiem "gubieniogennym"...? ;-) Tak więc drogą 84 przebiłem się przez pomniejsze górki w okolice Livermore. Tam przesiadka na drogę 205 do Monteca. Na horyzoncie dało się już zauważyć góry, w które się udawałem. Ale jako, że wszędzie tutaj płasko, to horyzont mógł znajdować się i 100 mil dalej. NO i rzeczywiście tak się okazało (dlatego te góry wydawały mi się takie niskie... :-P). Na szczęście droga do Yosemite jest naprawdę dobrze oznakowana. Cała równina między Zatoką SF a górami (w sumie wstyd się przyznać, ale nie wiem nawet jakie to góry :-P) jest usiana mnóstwem różnych plantacji. Czasami wygląda to dość ładnie (wczoraj jak jechaliśmy z Felipe cała plantacja kwitła na różowo). Zdjęć nie robiłem, zakładając, że zrobię je wracając i to jeszcze pewnie ładnie przy zachodzącym słońcu. No ale nie uprzedzajmy wydarzeń. :-)

Na samej równinie nie dzieje się naprawdę nic. Znaczy się, może i się dzieje, ale ja na nic nie trafiłem. Tak udało mi się dojechać do gór. Wreszcie jakaś ulga w monotonii, bo jeżdżenie amerykańskimi drogami potrafi być mocno usypiające. Wynika to z paru faktów. Po pierwsze odległości jak już pisałem są w skali makro, czyli dojechanie gdziekolwiek (troszkę nawet) dalej wymaga paru godzin drogi. Po drugie drogi zwykle są proste jak w mordę strzelił (północ-południe, wschód zachód lub wariacje). No a w górach trzeba już trochę pokombinować. ;-)

Tak więc zatrzymałem się w paru miejscach na początku gór i zacząłem robić zdjęcia. Droga - klasyczna serpentyna. niestety na zdjęciach nie jest tak widoczna jak drogi w Alpach czy inne takie ;-) W każdym razie coś powinno być widać. Po mniej więcej pół godziny dostałem się na przełęcz, gdzie ktoś malowniczo usadowił jakieś małe miasteczko. No i tutaj mój pierwszy (no może nie pierwszy...) błąd - nie zrobiłem zdjęć. :-( Miasteczko prześmieszne - mnóstwo flag Stanów, w większości drewniana (albo stylizowana na drewnianą) zabudowa. Nawet saloon się znalazł. Nie zatrzymywałem się na dłużej, bo nie wiedziałem ile czasu zajmie mi zwiedzanie Yosemite, które na szczęście było tuż "za miedzą". Miła pani z okienka w mundurze strażnika parku poprosiła mnie o 20 dolarów i wręczyła mi stertę różnych papierów oraz bilet ważny przez tydzień (najkrótszy okres). Wśród papierów znalazła się i mapa parku, a więc można było ruszać dalej. Co się okazało - niestety w zimie część dróg jest zamknięta. Co prawda zimy to oni tej zimy chyba nie doświadczyli, ale przepisów się nie przeskoczy. Została do zwiedzania więc tylko dolina Yosemite.

Na pierwszy ogień aparatu poszło Big Meadow, czyli wyschnięte jezioro w dolinie. Popstrykałem też trochę innych rzeczy, a ponieważ jechałem sam, więc musiałem się zatrzymywać co jakieś 2-3 minuty na poboczach. Widoki naprawdę ładne, a na horyzoncie zapowiadały się jeszcze ciekawsze. :-) W końcu udało mi się zjechać w głąb doliny, a drogowskaz skierował mnie dalej na wschód do Yosemite Village. Na samym początku doliny na jej południowej ścianie znajduje się pierwszy wodospad. Co było robić - zaparkowałem samochód i poszedłem robić zdjęcia wody spadającej z góry w dół (pomyśleć jakby się ludzie na to patrzyli jakby leciała z dołu do góry :-D). Zaraz pojechałem więc dalej, co rusz zatrzymując się, żeby porobić zdjęcia widoczków. A widoczki zacne, tamtejsze góry można już nazwać górami (okolice 2500 do 3500 metrów). Ruch w dolinie Yosemite jest zorganizowany okrężnie, to znaczy w stronę wschodnią jedzie się południową drogą, w zachodnią - drogą północną. Dojechałem więc do Yosemite Village, które okazało się po prostu ośrodkiem, w którym można się zatrzymać (aż się boję wyobrazić sobie ceny jakie sobie tam życzą). Zawróciłem więc w stronę zachodnią. Na dłuższą przerwę (20 minut) zatrzymałem się przy kolejnym wodospadzie - Yosemite Lower Fall. Trochę zdjęć wodospadu, trochę okolicznych widoków, trochę zdjęć pseudoartystycznych i dalej w drogę do domu.

Stwierdziłem, że skoro już wjechałem do parku jedną drogą, to mogę wyjechać inną :-D A rzeczywiście jest to możliwe. Okazało się, że strzał w dziesiątkę, bo przy okazji zobaczyłem parę naprawdę fajnych widoków. Najciekawsze dla mnie były miejscami skały zwieszające się nad drogą. Niestety nie wszystko dało się wypstrykać, bo w niektórych miejscach po prostu fizycznie nie było możliwości się zatrzymać. No i tak drogą 140 przez Mariposę, Merced, do samego końca, aż się skończyła na autostradzie nr 5. No i tutaj rzecz jasna pojechałem w złą stronę. A przynajmniej wtedy mi się tak zdawało, bo w tym momencie sprawdziłem na mapie i byłbym szybciej w domu. Ech, no takie życie. Jakbym się jakoś nie zgubił (powiedziałem to?? :-P), to wycieczka nie byłaby zaliczona. :-) Tak więc dojechałem do drogi 152 i wróciłem koniec trasy tak samo jak wracaliśmy z Fresno dzień wcześniej. Dojechałem do ośrodka, zrzuciłem rzeczy i pojechałem oddać samochód (ech...). Ostatnie 40 mil zrobiłem na rezerwie :-)

Efekt oddania samochodu - mniej pieniędzy, 1402 przejechane mile i jakieś prawie 400 zrobionych zdjęć. Żyć, nie umierać... :-D Z lotniska, bo tam oddawałem samochód, Caltrainem do MV. No a w MV już na nóżkach do ośrodka. W efekcie po 15 godzinach podróży znalazłem się w domu :-) A Felipe spał... mam nadzieję, że nie cały czas. Ale wygląda na to, że nie, bo kupił sobie rower. Co też i mnie czeka w najbliższych dniach...

A jutro chyba dla odróżnienia pójdę do pracy :-P

3 komentarze:

michal pisze...

No witaj witaj!
Pozdrowionka od qsino z rodzika.
Niezle te zdjatka. Kup sobie filtr polaryzacyjny...bedzei jeszcze lepiej. Zreszta ja tez Cie bede o to prosil dla mnie. Zawsze bede mogl powiedziec ze mam hamerykanski. I tak najbardziej mnie ciekawi ten Twoj mustang. To musi byc fajne uczucie miec pod maska 300 KM. Acha i nie rob sobie takich zdjec jak w parku sekwoi bo ktos Cie wezmie za Wielka Stope i zdejmie ze snajperki. Pozdrowienia Michał

Khorne pisze...

Ledwo pojechał i już po amerykańsku nie wie gdzie co jest...

Sierra Nevada.

Cieciu ;P

michal pisze...

Hehe poza tym z tego co mi wiadomo jak sie mowi jołsemajt to amerykanie sie smieja, ale moj kuzyn zawsze nalezal do indywidualistow i ch(w)ala mu za to...