11 lut 2007

NASA AMES Research Center

No. Dotarłem. Wszystko tutaj jest dziwne :P Napiszę trochę więcej po południu jak już będę mieć jakiś adapter do tutejszego prądu.
Pół godziny walczyłem z zamkiem do drzwi, żeby się w końcu zorientować, że drzwi da się zamknąć tylko od środka, a zamek nie służy do zamykania drzwi tylko do ich otwierania... ;-)

Troszkę o samym ośrodku, jak ktoś jest ciekaw to tutaj jest adres do stronki ośrodka. Niestety zdjęcia na razie to słabo (poza tym nie wiem czy mnie nie zastrzelą za robienie zdjęć :P). Z fajniejszych rzeczy to za oknem mam taki wyrąbany na jakieś mniej więcej 10 pięter w górę hangar, trochę dalej jest jakieś lotnisko, a moja lodówka jak się dzisiaj w nocy włączyła to myślałem, że prowadzą tutaj jakieś eksperymenty z UFO ;-) Poza tym ośrodek zadbany (jak tutaj wszystko mówiąc szczerze) - ładnie i czysto. Tyle o samym ośrodku.

Po porannej walce z zamkiem powziąłem sobie zamiar, że muszę w jakiś sposób dorwać coś co pozwoli mojemu laptopowi korzystać z tutejszych gniazdek. Celem tym udałem się do Mountain View, aby skorzystać z Caltrainu i udać się do jakiegoś porządnego sklepu z elektroniką. Samo dojście na stację nie było takie długie (~ 25 min). Po drodze znowu mili panowie oficerowi pilnujący ośrodka udzielili mi paru rad oraz poinformowali, którędy iść. Co śmieszne tutaj albo ktoś jest miły (znakomita większość) albo jest chamem. Przynajmniej tyle z moich obserwacji wczoraj i dziś :)
Po drodze jeszcze minąłem jakąś starowinkę, która grzecznie wskazała mi sklep, gdzie można kupić sobie papierosy. Starowinka co ciekawsze okazała się Rumunką mieszkająca tutaj od 6 lat, ale słabo mówiącą po angielsku. Z kolei w sklepie obsługiwał mnie jakiś Azjata (sic! gdzie się podziali Amerykanie? ;P). Ponieważ nie pomyślałem i nie sprawdziłem rozkładu to musiałem poczekać prawie godzinę na pociąg. A szkoda, bo obok z okazji niedzieli mieli jakiś targ i można było pewnie jakieś fajne rzeczy poszukać.
W końcu na stację wtoczyło się takie coś stalowego, z biało-czerwonymi lamówkami prosto jak z filmu i pojechaliśmy. W międzyczasie wymyśliłem, że wypożyczę na ten początkowe dni samochód. Dojechałem więc na SFIA i tam wypożyczyłem brykę. Niestety nie mieli nic z normalną skrzynią biegów, ale pocieszyło mnie to, że dostałem od pani takie cudo :-D z jakimiś upustami i takimi tam. Do tego jeszcze pani wytłumaczyła mi jak znaleźć sklep z elektroniką, w którym powinno być takie urządzenie o które mi chodzi. Cud, miód i orzeszki. :)

Oczywiście udało mi się zgodnie z tłumaczeniem tej pani zgubić zaraz po drugim zakręcie na jej mapce. Z żalu nieukojonego stwierdziłem, że pojadę pojeździć po SF. Po pierwsze, to taki Ford Mustang jednak potrafi pocisnąć, mimo, że to jest auto w tej najsłabszej klasie wypożyczalni :) Po drugie, SF ma kilka naprawdę ciekawych widoków, a ja oglądałem to wszystko tylko z auta. Widziałem onen sławny tramwaj, te wszystkie górki i pagórki. Najciekawiej było jak właśnie wyjechałem na taką stromiznę, że nie widziałem drogi zza maski samochodu i przede mną ukazał się widok na South Bay i na samym środku Alcatraz. Ech, jak dorwę tylko coś do robienia zdjęć to będę machał i machał :) Tylko trochę żal, że się to samemu ogląda... :(
Potem pojechałem popatrzyć na Golden Gate Bridge. Jest imponujący szczerze mówiąc. Następnie pojechałem nad Pacyfik. Fale i ogrom robią wrażenie, a pogoda dzisiaj była bardzo spokojna - słoneczko, 15-20 stopni, prawie zero wiatru (tak, można zazdrościć :P).
Po tym wszystkim postanowiłem wracać i w drodze powrotnej znaleźć drugi sklep, o którym mówiła mi pani z wypożyczalni. Oczywiście...
Tak więc stwierdziłem, że poszukam po Mountain View i okolicach. Niestety znaleźć mi się nic nie udało, za to pod koniec udało mi się zgubić. ;)
Rezultat: jakieś 130-140 mil przejechanych i jakieś 3 godziny przebąblowane :)
Dzień zaliczony jak najbardziej do udanych :)

PS: Co najśmieszniejsze, tą przejściówkę dostałem w ośrodku od recepcjonisty jak już wróciłem, zjadłem obiad i poszedłem się spytać czy nie wie, gdzie takie coś można kupić. ;-)

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

zahaczyles juz o macdonalda? :) jak ogolnie warunki? jak lot?

Khorne pisze...

No. Aparat jest mus.

Zajebiście się cieszę, że się cieszysz i że cię ten kolo z samolotu nie wysadził ;-)

pyza pisze...

no to pięknie:)
trzymaj się ciepło i zwiedzaj, co się da...:)

Anonimowy pisze...

phi. ja tam samolotem na truskawki latalem;)

stary, a jak przezyles pierwsze spotkanie z kiblem?? wiesc gminna niesie ze w U.S. of America maja dziwny system spuszczania wody...