28 lut 2007

the ROADTRIP (episode 3 - final)

No to trochę poświętowaliśmy, pobawiliśmy się, ależ się uśmialiśmy, hahaha... Chyba mam dzisiaj jakiś dziwny humor. :-P No ale w Awarii impreza by się tak szybko nie skończyła. ;-)

No i ostatnia część i już prawie jesteśmy na bieżąco (nie licząc ostatnich trzech dni ;-P). Na szczęście nic wielkiego ostatnimi dni się nie działo, więc dużo do nadrabiania nie ma.

Tak więc w niedzielę pobudka nie należała do najłatwiejszych. Wstałem w okolicach 6:30, zebrałem się i z Mathieu udaliśmy się w okolice w poszukiwaniu kawy. W międzyczasie chłopaki posprzątały pokój i po powrocie z kawą mogliśmy się już zbierać. Uwielbiam w ten sposób robić porządki. :-D
Na początek zrobiliśmy sobie jeszcze przejażdżkę Stripem w celu zobaczenia reszty (konkretnie tej starszej części od której Las Vegas się zaczęło). Długo nam nie zajęło, jeszcze zatankowaliśmy, Laurent zabrał "lokalną gazetę" na pamiątkę :-P i udaliśmy się w dalszą podróż. Za samym LV stanęliśmy jeszcze na moment na śniadanie. Ja sobie zaaplikowałem kolejną kawę, reszta zakupiła coś do jedzenia. No dobrze, przyznam się, dałem się skusić na pączka. Ale był mały. I prawie wcale nie miał polewy cukrowej. No.

Jeśli jedzie się z Vegas do Doliny Śmierci, to zaraz za miastem przejeżdża się jeszcze przez Red Rock. No ale tam już się nie zatrzymywaliśmy, ponieważ chcieliśmy spędzić jak najwięcej czasu w dolinie. Poza tym czekała nas dość długa podróż powrotna. Jak długa, tego nie mogliśmy jeszcze wtedy wiedzieć, ale nie uprzedzajmy wypadków. Przejazd do doliny przebiegł dość szybko i sprawnie, po drodze jeszcze jedna kawa w Pahrump. Przy okazji zapytaliśmy o drogę, gdyż chcieliśmy do parku wjechać jak najbardziej od południa, żeby przejechać całą Dolinę Śmierci z południa na północ. Jak się okazało lokalny kowboj (60-letni facet w czerwonej koszuli, w kapeluszu, mokasynach, marynarce, etc. wyjaśnił nam, że właśnie stoimy pod drogowskazem wskazującym nam drogę. Jak to mówią: najciemniej pod latarnią. Było też trochę śmiesznie, bo zapytał się nas skąd jesteśmy... skąd mógł wiedzieć, że wśród 5 pasażerów samochodu są przedstawiciele 4 kontynentów? Tak więc trochę zaskoczony życzył nam dobrej drogi i udaliśmy się w stronę Shoshone. Stamtąd do parku już tylko rzut beretem. ;-)

Oczywiście jak na mało normalne towarzystwo przystało nie mogliśmy pojechać normalną drogą, tylko skręciliśmy na drogę żwirową. No ale ponieważ pijanemu ani szaleńcowi się jeszcze w życiu krzywda nie stała, więc udało się nam jakoś przejechać tą drogą i dojechać z powrotem do asfaltu (czyli jakieś 40 mil). Zatrzymaliśmy się na chwilę przy Golden Canyon. Zrobiliśmy sobie małą wycieczkę pieszo i pojechaliśmy do Visitor Centre celem uiszczenia opłaty wjazdowej. Stamtąd dalej na północ i wjechaliśmy drogą 267 z powrotem do Nevady. No jeszcze wcześniej zatrzymaliśmy się na krótki przystanek w Scotty's Castle, akurat nie zrobiłem żadnych zdjęć (byłem zajęty szukaniem kawy :-P). Ale co śmieszniejsze spotkaliśmy tam na wpół udomowionego kojota. Jest na zdjęciach. Jak bardzo był udomowiono postanowiliśmy nie sprawdzać i obeszło się bez głaskania. ;-)

No i po wyjeździe z parku zaczęła się zabawa. Najpierw przegapiliśmy skręt na zachód, skutkiem czego nadrobiliśmy jakieś 30-50 mil jadąc na północ aż do Tonopah. Następnie skręcilismy na zachód i dojechaliśmy do Benton. Tutaj niestety okazało się, że droga prowadząca na południe jest zamknięta ze względu na "snow conditions"... Nie pozostało nam nic innego jak pojechać na południe przez Bishop. Oto jak nasza droga powrotna miała wyglądać (jak sobie klikniecie na mapkę, to się powiększa):


A oto jak wyglądała w rzeczywistości:


Różnica - jedyne 690 zamiast 470... No cóż. Można było sprawdzić wcześniej czy droga jest otwarta w zimie. ;-) No ale nie było tak tragicznie. W końcu o godzinie 3 nad ranem udało się nam dotrzeć do MV - zmęczeni, niewyspani, z mniejszą ilością pieniędzy, po przejechaniu 1537 mil, spędzeniu w ciągu dwóch dni mniej więcej 25 godzin w samochodzie, ale szczęśliwi. :-)

Brak komentarzy: