the ROADTRIP (to be continued...)
1537 mil, 25 godzin w samochodzie, około 700 zdjęć, trasa: MV - Mojave National Preserve - Las Vegas - Death Valley National Park - MV... wszystko to już niedługo, moje zdjęcia już są, zapraszam do oglądania. :-)
No więc moi drodzy - droga, droga i przede wszystkim droga. Zaczęło się w sobotę o godzinie 6 z minutami. Jak zwykle drażniący budzik. Przez chwilę zastanawiałem się po co wstaję tak wcześnie w sobotę, ale przypomniałem sobie o podróży. Tak więc wstaliśmy, pozbieraliśmy bety i prawie bez opóźnienia wyruszyliśmy do biura AVIS, w celu wypożyczenia samochodu. Właściwie to można było pomyśleć i mogłem pójść po samochód sam i przyjechać po chłopaków... no ale w końcu dlaczego niby tylko ja miałem wcześniej wstawać? ;-)
Wypożyczenie przebiegło bez żadnego problemu, dostaliśmy jakiś rabat, nie naliczyli nam 25$/dzień dodatkowo za wiek i 5 minut później już byliśmy w drodze po ostatnich dwóch członków wyprawy. Zajęło nam to jakieś 15 minut, spakowanie chłopaków drugie tyle i pojechaliśmy.
Tutaj może jest dobry aby przedstawić całą ekipę:
- na początek Khalid - chłopak z Maroka, studiuje we Francji, nasz sąsiad w ośrodku NASA,
- następny to Felipe - jego już chyba przedstawiać nie trzeba :-),
- Mathieu - współstażysta, poznaliśmy się na naszym powitaniu, doktorant z Kanady (czy tam Quebecu, oni czasami drażliwi na tym punkcie są ;-),
- Laurent - współlokator Mathieu, chyba również doktorant, ale mi się wszystko pomieszało już,
- moja skromna osoba :-P
Tak więc wyruszyliśmy. Pierwszy przystanek w San Jose na krótkie śniadanie no i rzecz jasna kawę. Tak przedstawiała się nasza droga:
Rzecz jasna jak to zwykle, przepełnieni optymizmem nie przewidzieliśmy troszkę dystansów i międzyczasów, skutkiem czego czego do Barstow zajechaliśmy już z delikatnym spóźnieniem, czyli koło 16... przy przewidzianym przyjechaniu już o 14 do samego rezerwatu Mojave... ;-) Zdradzę, że ten dystans, który jest na powyższej mapie to prawie 400 mil. :-) No ale przynajmniej się nie zgubiliśmy.
I jak praktyka pokazuje, nie należy mówić hop, bo udało nam się przegapić zjazd z autostrady do rezerwatu. Znaki znajdowały się tylko przez 5 mil przed zjazdem. I był to jedyny zjazd w okolicy 5 mil... No ale przynajmniej ten stały punkt programu mieliśmy za sobą. 
Zawróciliśmy więc niczym na filmach środkiem autostrady przez jakąś pylistą drogę, wzniecając tumany kurzu i tym razem już zjechaliśmy w odpowiednim miejscu. Za chwilę oczom naszym ukazał się znak Mojave National Preserve, na którym to rzecz jasna zrobiliśmy sobie zdjęcie. Właściwie to nawet więcej zdjęć. :-) Była mniej więcej 17:30, tak więc słońce powoli zachodziło, byliśmy na środku pustyni, kompletnie bez żadnej wiedzy jak droga przez MNP wygląda i robiło się ciemno. Na szczęście droga jest dobrze oznaczona i łatwo przejezdna. Do tego jak się jedzie to jest bardzo śmieszne wrażenie, bo droga co chwilę "podskakuje", więc człowiek czuje się trochę jak na rollercoasterze. Rzecz jasna jeśli jedzie się z odpowiednią prędkością. No ale zakładaliśmy, że może policjanci nie przesiadują w sobotnie wieczory na środku pustyni czekając na powalonych stażystów jeżdżących po pustyni z prędkością 80 mil na godzinę. Jak się okazało, tym razem założyliśmy dobrze. :-)
Tak więc po jakiejś godzinie znaleźliśmy się po drugiej stronie MNP. Niestety pozwiedzać nic nie pozwiedzaliśmy (bo i jak zwiedzać pustynię), ale przynajmniej pośredni cel podróży można było na planie odfajkować. :-)
Pozostało tylko przejechać Moutain Pass i stamtąd z horyzontu biła już łuna z północnego wschodu. Tym sposobem po jakichś 15 minutach przekroczyliśmy granice stanu Nevada, a po godzinie wkroczyliśmy (wjechaliśmy) do Vegas - miasta seksu, sławy i straconych pieniędzy (jak mnie uświadomiono :-P). No a dalsza część już jutro, bo za chwilę odetną mi net. :-)
2 komentarze:
powiedzialbym "jak ja ci zazdroszcze" ale zeby ci nie bylo za dobrze to: eee tam. nic nadzwyczajnego
hapi berzdej tu ju. hapi berzdej tu ju. hapi berzdej chwaaastek. hapi berzdej tu juuuuuu
Prześlij komentarz