18 lut 2007

Sequoia National Park

Pobudka, pobudka! Lekkie podniecenie - w końcu nie zawsze ma się nadzieję zobaczyć największe drzewa na Ziemi. Rzecz jasna wyjazd się troszeczkę opóźnił, bo się nam delikatnie zaspało. Na szczęście pogoda była w miarę ok. Wstąpiliśmy więc po kawkę do przydrożnego sklepu i w drogę. Jeśli już o kawie mowa - mają tutaj śmieszny zwyczaj. A nawet parę. Mianowicie właściwie w każdym sklepie można sobie kupić kawę. Taką porządną, z ekspresu. Czasami są też sklepy specjalizujące się tylko w kawie - jest tego paręnaście rodzajów, do tego rzecz jasna ozdoba w postaci sprzedawców kłaniających się w pas ze swoim tradycyjnym fenk ju, jur łelkom, hew a najs dej. Druga śmieszna sprawa to to, że zwykle tą kawę trzeba sobie samemu zrobić. Oznacza to tyle, że w sklepie jest coś, co wygląda jak stoisko z ekspresem/ekspresami, można do tego sobie podejść, zrobić kawę, a potem za nią zapłacić. Zresztą dotyczy to nie tylko kawy, ale też innych napoi.

Tak więc zakupiliśmy kawę i wyruszyliśmy w drogę. Najpierw autostradą 101 na południe, w stronę Los Angeles. Minęliśmy San Jose i po jakichś 40 milach dalej, skręciliśmy na drogę 152, która przebiliśmy się przez okoliczne (pa)górki na zachód. Krajobraz tych wzgórz wygląda trochę dziwnie (przynajmniej dla mnie), bo właściwie brak tu jakiegokolwiek lasu porastającego zbocza. Wygląda to jak takie łyse górki z małymi krzaczkami gdzieniegdzie, a jeśli występują jakieś drzewa, to są właśnie rozmiarów krzaków. ;-) Z 152 skręciliśmy znowu na południe, na autostradę 99, którą dojechaliśmy do samego Fresno. Tam znowu kawka (chyba zaczynam się powoli znowu uzależniać ;->) i znowu zmiana kierunku na wschodni. Przez jakiś czas jechaliśmy trochę na oślep (mam mapę całych Stanów, co w skali miasta Fresno jest trochę mało szczegółowe :-P), ale tym razem zanim zdążyliśmy się zgubić zakupiliśmy na przydrożnej stacji mapę okolic Fresno. Jak się okazało, nie byliśmy tak całkiem nie tam gdzie trzeba i po lekkiej korekcie trasy wylądowaliśmy na Kings Canyon Road, która już prowadzi do samego parku narodowego. Tutaj lekka dygresja - poza górkami, przez które wcześniej się przebiliśmy i okolicami parku, jechaliśmy przez jedno wielkie, płaskie pole. ;-) No ale...

Kings Canyon Road, jak sama nazwa wskazuje, to droga, która prowadzi do kanionu królów. Skąd nazwa - nie wiem - jak się dowiem to napiszę. W każdym razie jest to droga, która zaczyna się w samym Fresno, a kończy w dolinie królów (jednym słowem zachód-wschód, mniej więcej). Jakieś 20 mil za Fresno zaczęły się góry. Na zboczu jednej z gór wypatrzyliśmy stado kozic, które z bliższa okazały się stadem krów. ;-)
No i tutaj określenie góry jest rzeczywiście prawdziwe, bo w rezultacie dojechaliśmy mniej więcej na wysokość 2000 metrów. Ale to później. Do sekwoi jedzie się malowniczą (w miarę), wijącą się drogą. Gdzieś na wysokości 1000 metrów zaczęło padać, więc podróż zrobiła się mniej przyjemna. Na a gdzieś na wysokości 1800-2000 pojawił się pierwszy śnieg. Sytuacja dość śmieszna, bo Felipe widział na żywo śnieg po raz pierwszy w życiu :-D Troszkę śmiesznie to wyglądało, bo podchodził do tego śniegu tak jak dziecko podchodzi do morza, gdy pierwszy raz zobaczy fale. Uśmiałem się trochę :-) Zatrzymaliśmy się w paru miejscach żeby porobić zdjęcia. No i wyszły nasze braki organizacyjne - po pierwsze żaden z nas nie wziął porządnych butów (przy czym tylko ja miałem szanse takie wziąć, bo Felipe nie ma), po drugie z tego wszystkiego nie zauważyłem, że benzyna się kończy. Niestety w samym parku zatankować się nigdzie nie dało, więc przestraszeni możliwością utknięcia tam na dłużej zawróciliśmy z drogi. Na szczęście udało się nam dużo zobaczyć i nie było czego żałować. Dla pewności, żeby benzyny do najbliższej stacji nie zabrakło, właściwie cały czas toczyłem się na luzie z górki ;-) Jak się później okazało, pewnie moglibyśmy na tej ilości benzyny przejechać z dobre 50 mil...

No a same sekwoje. Jest tego tatałajstwa tam trochę, oczywiście nie wszystkie mają takie wielkie rozmiary, że się na nie zwraca uwagę, ale takie też są. Zrobiliśmy sobie parę zdjęć, a te największe naprawdę robią wrażenie. Kawałek kory z takiego drzewa wygląda jak konar normalnego drzewa :-)

Tak więc zjechaliśmy do doliny, zatankowaliśmy i wróciliśmy do Fresno na lunch. Po lunchu jak to po lunchu, człowiekowi się spać chce ;-) Felipe zadowolony, że ma szofera rozłożył się w fotelu, a szofer biedny musiał prowadzić. Zakupiłem więc sobie kolejną kawkę na drogę i pojechaliśmy tą samą drogą z powrotem. NA drogach występuje tutaj dość śmieszny proceder. Mianowicie, jeśli na drodze występuje ograniczenie prędkości (w tym wypadku było 65mph) i droga jest wielopasmowa, to ludzie zwykle przestrzegają tych ograniczeń. Do czasu. Do czasu, gdy na drodze pojawi się ktoś, kto tych ograniczeń rozsądnie nie przestrzega (rozsądnie, czyli że będzie można za nim nadążyć). Wtedy zwykle ludzie "podpinają się" pod taką osobę i jadą za nią. Po prostu, a nuż to tą osobę w razie czegoś policja zgarnie, a nie ich. Sam też tak robię ;-)

No i tym prostym sposobem na okolice godziny 19 wróciliśmy do ośrodka. Zmęczeni, ale zadowoleni (a Felipe dalej przeżywa swój pierwszy raz ze śniegiem ;->). Cała wycieczka - jakieś 450 mil, ale tutaj wszystkie odległości są w skali makro. Część zdjęć na Picasę już wrzuciłem, przy okazji jeszcze przegram jakieś od Felipe i dorzucę (i może jakieś podpisy pod zdjęciami jak będzie czas).

No a jutro może Yosemite...? ;-)

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

ty juz na skale nie narzekaj!!! pozdr ze stolycy;)

pyza pisze...

mi tam numery dróg nic nie mówią, ale ogólnie zajebisty road trip!!:)

Anonimowy pisze...

Górki i wodospadzik nieziemskie xD
Nie za dobrze Ci tam? Niesamowite wakacje!! Pozdrowionka!!