TGIF
Miałem postrzelać sobie zdjęcia dzisiaj, ale jak to zwykle bywa, pogoda pokrzyżowała plany. Chciałem rano porobić parę fajnych fotek miejsca gdzie mieszkamy, wschodu słońca, gór na wschodzie, hangarów w ośrodku, ale niestety po zwleczeniu się z łóżka okazało się, że zalega nieprzenikniona mgła.
Tak więc poranna (dla was popołudniowa) wymiana uprzejmości przez gg i smsy, a potem do pracy na śniadanie. Wszystko przebiegło szybko, sprawnie i smacznie. Nie wiem co prawda gdzie oni hodują jeżyny o tej porze roku, ale w sumie zważając na roczne temperatury tutaj, to może nie być takie trudne. Tak więc na śniadanie trochę jeżyn, truskawek, pomarańcza, jakieś płatki i kawka. Odżywiam się prawie jak jakiś leśny człowiek.
Zastanawia mnie pewien człowiek, które przychodzi do tej kafejki, w której jadamy z Felipe rano śniadania. Jest niewidomy, przychodzi z psem przewodnikiem. Podziwiam szczerze takiego człowieka, bo skoro tutaj pracuje to naprawdę musiał się przebić przez niesamowitą rekrutację i z drugiej strony bardzo zastanawia mnie jak taka osoba pracuje. Absolutnie nie mam nic przeciwko, ale w sumie jest to troszkę paradoksalne - człowiek pracuje przy komputerze i... no właśnie. W sumie to nawet nie wiem czy pracuje przy komputerze. Ot, taka refleksja. Jedyna rzecz jaką mogę powiedzieć w takiej chwili to "Hmm... Łał!". Naprawdę jestem pełen podziwu.
Po śniadaniu mieliśmy szkolenie. Pogadałem chwilę z Albertem (taki gość, który też zaczął tutaj pracować w tym tygodniu, Kanadyjczyk). Powymienialiśmy parę uwag na temat nadmiernej wylewności i otwartości Amerykanów - generalnie mamy do tego dość podobne podejście. Stwierdziliśmy zgodnie, że normalnie nie zdarza się, że ludzie po 5 minutach znajomości na ulicy zaczynają opowiadać o swoich problemach miłosnych, rodzinnych, etc. Nie mówię o Awarii, bo tam zdarza się wszystko, zwłaszcza jak jest odpowiednia oprawa ;-)
Po szkoleniu pojechaliśmy z Felipe do Social Security Office, celem postarania się o Social Security Number (odpowiednik naszego NIPu). Sam byłem ciekaw jak wygląda takie coś w Stanach, ale w sumie nie różni się tak strasznie od polskich warunków. Może jednak jest trochę bardziej kulturalnie, bo ludzie nie stoją na korytarzu, tylko jest ładna sala z krzesłami, obsługa jest wedle numerków, które wydaje automat i wszystko wydaje się cacy. Do tego jeszcze był ochroniarz/policjant/strażnik/(?) o szczęce, którą można by skały kruszyć. ;-) Procedura przebiegła dość sprawnie (oprócz stadka dzieci, od których wrzasków można było naprawdę pierdolca dostać ;-)) i można było wrócić na lunch do Firmy.
Po obiadku zająłem się dalszym samoszkoleniem. Saurabh (mój bezpośredni szef) załatwił mi parę rzeczy, które były mi potrzebne do dalszych prac (dostęp do materiałów, kodów źródłowych, etc.). Przy okazji wspomnę, że bardzo sympatyczny człowiek, Hindus, z wszystkimi dla Hindusa charakterystycznymi rzeczami jak akcent, wymowa, ton głosu. O wyglądzie chyba nie muszę wspominać... :-> No i jak to każdy Hindus - ciężko powiedzieć czy gość ma lat 25 czy 30 (czy więcej :P).
No i nadeszła chwila na sławny TGIF. Dla niewtajemniczonych tłumaczę (sam do nich należałem przed wtorkiem ;->): Thank God It's Friday. 16:30, należało się stawić w jednej z kafejek. Jakbym wiedział wcześniej, że będzie alkohol, to dzisiaj nie pojechałbym do pracy samochodem ;-)
NO TGIFie mieliśmy zostać przedstawieni na forum Firmy. Na szczęście okazało się, że to jest normalne piątkowe spotkanie. Piwko, winko, pogaduszka. Bardzo sympatycznie, można poznać dużo ludzi... jak się jest osobą bardziej socjalną ode mnie ;-)
W rezultacie po jakiejś chwili pojechaliśmy z Felipe do domu, jeszcze zabraliśmy Gregoriy'a do domu po drodze. Sympatyczny chłopak, też praktykant, co śmieszniejsze z Australii. Z tego co mówił, jego dziadkowie emigrowali z Polski. Dobrze, że nie ma rodziców z Zimbabwe. ;-)
Po powrocie do ośrodka stwierdziliśmy, że będziemy się dzisiaj alkoholizować. Wróciliśmy więc do "miasta" po parę piw... czemu oni tutaj nie mają normalnej wielkości piwa...? No ale co się nie da nadrobić wielkością, można nadrobić ilością. Wieczór naprawdę przyjemny, okazuje się, że nawet ludzie z talentem (mówię o moim współlokatorze, nie o mnie, żeby była jasność :P), mają takie same problemy jak reszta społeczeństwa. No ale na szczęście odezwał się Mój Mały Glos Rozsądku i kazał mi iść spać. Co też potulnie czynię. Miłego dnia Wam życzę.
Co by Wam za miło nie było, przede mną 3-dniowy weekend, prawdopodobnie się jakiś roadtrip zorganizuje :)
3 komentarze:
hmm, ja tam uważam, że jesteś jak najbardziej socjalną osobą, no ale pewnie trema wzięła górę nad zdolnościami do łatwego komunikowania się, no i sceneria też nie ta w porównaniu do awarii:)
Prawdę powiedziawszy to raczej praca przy komputerze sporo ułatwia, wystarczy przecież brajlowski ekran i screen reader, klawiatury zwykle mają lekkie wybrzuszenia nad "F", "J" i numpadowym "5"(po prawdzie, to one są dla piszących bezwzrokowo, ale co tam), zarówno Windows jak i Linux mają różne ułatwienia dla niepełnosprawnych, także co prawda problemy są(n.p. z flashem), ale generalnie można sobie z nimi poradzić.
A małe piwa, to pewnie efekt nie metrycznego systemu miar, potem masz takie pół-pinty czy inne 12 uncji(fl.oz.) i musisz 4 packa kupować, żeby w ogóle zauważyć że pijesz alkohol ;)
Maju twierdzi, że to nieetycznie, że umieszczanie anonimowe komentarze... ;-)
Prześlij komentarz