13 lut 2007

Veni, Vidi, Vimiękli

Pobudka jak zwykle. Trochę może mniej zwyczajna, bo dało się wyczuć lekkie zdenerwowanie przed pierwszym dniem. Rano zebrałem się jeszcze do MV celem wykonania paru telefonów. Niestety dziwnym trafem na komórkę nie ma jakoś szans się dodzwonić albo nie mam szczęścia (albo znając moje szczęście to jedno i drugie).

Całe szczęście, że na układach Polska stoi, bo inaczej za cholerę nie udałoby mi się uruchomić zza granicy tego roamingu. A właściwie to nawet nie mnie, ile pewnej osobie z zaprzyjaźnionej firmy ;)

Wróciłem sobie więc spokojnie do ośrodka skąd już zadzwoniłem z własnej komórki. Trzeba będzie jeszcze obmyślić jakieś obejście na to dzwonienie na komórkę, bo niestety płacenie paręnaście złotych za minutę rozmowy, to nawet z naliczaniem sekundowym się na to nie nabiorę ;)

Parę papierosów później stwierdziłem, że może jednak czas już jechać, bo nie wiadomo ile nam to wszystko zajmie (korki w stronę SF potrafią się czasami zaczynać już na wysokości San Jose). Tak więc dojazd zajął niecałe 10 minut przy przewidywanych 45...

Parę papierosów później... Wreszcie udaliśmy się do umówionego miejsca, skąd odebrała nas pani z HR odpowiedzialna za wprowadzenie nas w tajniki Firmy. Zrobiono nam zdjęcia do identyfikatorów, pooprowadzano troszkę po budynku, po czym udaliśmy się do sali konferencyjnej wypełniać różne formularze. Generalnie papierkowa robota i prezentacja tego, co wolno robić i o czym nam wolno mówić. Do przeczytania dostaliśmy kilka stron, do podpisania kilka świstków, trochę rzeczy nam pokazano i dostaliśmy parasol, koszulkę, notatnik i jakieś pisadło. Można było iść na lunch. :D
Tam zostaliśmy przestawieni osobiście swoim bezpośrednim przełożonym i udaliśmy się każdy w swoją stronę (mowa o praktykantach, a nie praktykant-przełożony :P). Mi trafiło się bardzo fajnie, pogadaliśmy z S (mój szef) trochę o tym jak to wszystko będzie wyglądać, na razie dostałem dość wolną rękę (przynajmniej na czas początkowych szkoleń) i zająłem się urządzaniem.

Na początek miła niespodzianka - przychodzimy do boksu, a tutaj czekały na mnie na moim biurku baloniki i cukierki :D Takie fajne z helem i w ogóle. Zostałem przestawiony reszcie teamu i wziąłem się za poskramianie wewnętrznych systemów Firmy. Poinstalowałem parę rzeczy, zobaczyłem jak parę rzeczy chodzi i właściwie na tym upłynęła końcówka dnia w pracy.
Tutaj parę słów o moich wrażeniach. Krótko mówiąc - zostałem zmiażdżony - idąc korytarzem (którymkolwiek właściwie) słyszy się straszną różnorodność języków, ludzie rozmawiają ze sobą o różnych problemach, widać, że każdy jest zainteresowany tym co robi. Firma przypomina mi bardziej jakiś uniwersytet czy placówkę badawczą, gdzie każdy żyje tym co robi. Do tego konferencje: techniczne, filozoficzne, etc. Widząc tych wszystkich ludzi aż chce się pracować. Szczerze mówiąc, ze szczerym żalem wychodziłem z pracy czując całą tą pozytywną energię. Jedyny sposób na skomentowanie tego to chyba tylko amerykańskie: "Łał..." :)
Na koniec pracy uzgodniliśmy z Felipe plan na wieczór (wreszcie załatwić z hamerykańskimi komórkami) i pojechaliśmy do domu (bo ja rzecz jasna komórki zapomniałem z domu...).
Tym razem przezornie wydrukowaliśmy sobie mapki :D Fajna sprawa, tylko okazało się, że co mi z mapki, skoro nie wziąłem jej z ośrodka... Co się odwlecze to nie uciecze, za drugim razem udało się nam już zabrać wszystko i ruszyliśmy na podbój Palo Alto. Miasteczko bardzo przyjemne, dużo młodych (obok uniwersytet Stanford) i generalnie miasteczko wygląda na bardzo sympatyczne. Załatwiliśmy sprawę z komórkami i wróciliśmy do chaty. Tutaj jeszcze jakieś szybkie jedzonko (zapomnieliśmy dzisiaj zjeść kolacji w Firmie ;-) i koniec dnia. Felipe znowu przejawiał tendencje do nadmiernej czystości... ech, tak to jest jak się za długo z matką mieszka ;-)
Zdjęcia już jutro jak się tylko Picasą nauczę posługiwać ;-)

Brak komentarzy: