10 lut 2007

Ze flajt

Ten post trochę tak na krzywy ryj wsadzę, ale to wynika z tego, że wczoraj nie miałem sieci ;-)

Sam byłem powiem szczerze ciekaw jak to będzie latać, jeszcze nie miałem w moim Długim i Obfitym w Doświadczenia Życiu (tm) przyjemności skorzystać z usług linii lotniczych. No i powiem szczerze, że całkiem fajna sprawa, bezpieczniejsze to niż jeżdżenie samochodem, szybsze, wygodniejsze może niekoniecznie, ale na pewno miejscami są lepsze widoki. :)
Najfajniejsze jak dla mnie startowanie, takie sympatyczne przyspieszenie i w ogóle. Człowiek czuje się trochę jak na rollercoasterze. Oczywiście na lotnisku kazali mi buty ściągnąć bo jakieś metalowe fragmenty miały. Jak już grzecznie przeszedłem przez odprawę, to się z kolei okazało, że oczywiście nie mogli wcześniej powiedzieć, że samolot opóźniony... Niestety przez to nie udało się z Miłymi Ludźmi, którzy przyjechali na lotnisko się spotkać (dzięki wielkie dla Karoliny, Spooky'ego i Khorne'a :)).

W ramach zemsty zjadłem im w samolocie tyle kanapek ile dałem rady :-D

W samym Monachium (przesiadka) już nie było większych problemów, zapakowali mnie do takiego dużego pudełka na sardynki (AirBus 340-600), stewardessy i pilot powiedzieli parę słów i polecieliśmy. W sumie nic szczególnego, siedziałem na środku, więc mało widziałem. Z ciekawszych rzeczy puścili dwa filmy: "A good year" z Russelem Crowe i "The Illusionist" z Edwadem Nortonem i Jessiką Biel. Ten pierwszy trochę mdławy, ale dało się oglądać (głównie ze względu na główną bohaterkę :P). Do do Iluzjonisty, to mogę polecić. Miło się ogląda, film podobny do Prestiżu, trochę bardziej przystępny dla pań ;-) niczego paniom nie ujmując.

Niedługo po tym było lądowanie, cały lot z Monachium trwał jakieś 11 godzin, przez które mało pospałem. Wydatnie do tego przyczynił się mój sąsiad trzy siedzenia dalej - śniada cera, bliskowschodnie rysy, jakiś dziwny szlaczkowaty tatuaż na ręce... a do tego co jakiś tak miał ręce złożone jak w modlitwie albo się przechadzał po samolocie. No cóż. Na szczęście nic się nie stało, może po prostu zapomniał ładunku z lotniska ;-)

Z lotniska już wziąłem sobie grzecznie taksówkę, stwierdziłem, że nie będę szalał z wypożyczaniem samochodu. Do tego jeszcze pogoda była fatalna, a ja nie znałem drogi... po prawdzie to nie znałem nawet adresu jak się okazało ;-) Na szczęście było w miarę łatwo dotrzeć. Dojechaliśmy z taksówkarzem (który nota bene okazał się Ukraińcem) do ośrodka NASA (tak Maju, z takim fajnym znaczkiem NASA), miły pan na bramie poinformował nas, że bardzo dobrze trafiliśmy i mogłem się spokojnie udać do pokoju. Potem już tylko trochę walki z podstawowym bagażem i jak stałem tak prawie od razu spać. Niestety okazało się, że mój operator telefonii komórkowej najwyraźniej nie przejął się tym, że włączyłem roaming i nie mam jak dać znać, że żyję ;-) Do tego okazało się, że WiFi, które ten ośrodek oferuje też jest z hasłem więc dopiero dwa dni później mogę to opisać... Ech... przejścia i przejścia ;-)

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Ledwie przyleciales i juz taksowkarzy podrywasz..? ;P

jelonka pisze...

najwazniejsza czesc lotu przegapiles w opisie .... wybor alkocholi :D

jeszcze ciekawa jestem ile ta taksowk a Cie kosztowala :-)

pozdrowionka i powodzenia ;-)