30 mar 2007

ROTFL

Mało z krzesła nie spadłem... po kliknięciu będzie oryginalny rozmiar... :-D



Niech się stanie weekend

Tak już prawie, w każdym razie tzw. biforek był w porządku, wczoraj z Mathieu i Herve (nowy kolega, która zawitał z Montrealu) poszliśmy sobie uzgodnić plany na weekend. Oczywiście poszliśmy je uzgodnić na piwku. Heh. No naprawdę całkiem sympatycznie. :-)

Do tego dzisiaj przeprowadzka w biurze, przeniesiony zostałem z drugiego piętra na pierwsze jak to się tutaj numeruje, czy też po normalnemu: z pierwszego piętra na parter. Zdecydowanym plusem jest odległość do kuchni, czyli 14 kroków. :) Minusem z kolei jest odległość na fajkę, tej jeszcze nie zmierzyłem, ale wynosi chyba ponad 100 kroków, trzeba będzie znaleźć coś bliżej. ;-)

Tak więc plan weekendowy obejmuje wyprawę na Mount Hamilton, może uda się zwiedzić obserwatorium. :-) Potem na szybkie piwo do Sacramento, potem hmmm.... to się okaże. ;-) A następnego dnia wybieramy się pozwiedzać Berkeley i okolice.

Let the weekend begin! :-)
SU: Właściwie to 83 kroki na fajkę. :)

28 mar 2007

Ca va ma poule?

Czyli słynne już powiedzenie Laurent, którym częstował nas w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Chyba rozmawiam w tych Stanach więcej po francusku niż angielsku. ;-)

Niedzielna pobudka troszkę późniejsza, ze względów oczywistych. Ale zebraliśmy się w końcu jakoś, popakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy. Według planu z dnia wcześniejszego mieliśmy jeszcze pojechać oglądnąć Najwyższe Drzewo (tm), ale wszyscy zgodnie stwierdzili, ze dużych i starych drzew to się juz naoglądaliśmy. Skutkiem tego ruszyliśmy grzecznie na południe i postanowiliśmy zwiedzić Scenic Route coś tam... Nazywa się ta trasa chyba Lost Coast. No ale mniejsza z tym, widoki całkiem fajne, chociaż znakomitą większość przegapiliśmy ze względu na pogodę. No ale parę zdjęć się udało zrobić, później zresztą pogoda się trochę wyklarowała. Cała droga kończy się w Humboldt Redwood State Parku, gdzie znowu mieliśmy niewątpliwą przyjemność oglądanie dużych drzew. :-]



No a dalsza część podróży już bez żadnych większych emocji, zamieniliśmy się w z Mathieu miejscami, zasiadłem za kółkiem i pojechaliśmy do domu (z krótkimi postojami na kawę i jakieś jedzenie).

27 mar 2007

Hokej

San Jose Sharks - Los Angeles Kings 3:1

Wrzuciłem na razie zdjęcia. Jak się okazało zapomniałem jeszcze opisać drugiego dnia podróży, więc właśnie to robię i zaraz wraz z opisem meczu hokeja wrzucę. Póki co dodałem dwie galerie: Scenic Route i Hokej

25 mar 2007

Hajking, kamping, drinking

Korzystając z chwili czasu oraz tego, że moi towarzysze właśnie odsypiają wczorajsze wieczorne wyjście na miasto wrzucę przynajmniej wczorajsze zdjęcia. :-)
Zapraszam do oglądania. :-)

Opis weekendu już za parę godzin, opóźnienia wynikają jak zwykle z poniedziałku. ;)

No i nadchodzi. ;-)

Cała wycieczka zaczęła się w piątek moim popołudniowym wyjazdem do San Francisco po laptopa. W firmowym busie było dość ciasno, co zmusiło mnie (a naprawdę nie miałem takiego zamiaru :-P) do przycupnięcia koło miłej Japonki z HR-u. No i podróż upłynęłaby bardzo miło, szybko i przyjemnie gdyby nie tradycyjne popołudniowe korki na 101 i to jeszcze dodatkowo spotęgowane przez piątek. Skutkiem pod Civic Center znalazłem się dopiero o godzinie 18:10. Wysiedliśmy więc i poszliśmy... eee... poszedłem (się czasem człowiek rozmarzy ;>) do serwisu. Udało mi się tam dotrzeć szczęśliwie 5 minut przed zamknięciem i odebrać laptopa. :-)))

Z resztą moich towarzyszy (Laurent, Mathieu i Khalid) podróży weekendowej uzgodniliśmy, że wyruszą z pracy (mieli wypożyczyć samochód w MV) o godzinie 18. Zadzwoniłem więc do nich, żeby się upewnić, że już wyjechali. Kiedy więc upewniłem się, że jednak jeszcze nie wyjechali, postanowiłem znaleźć sobie jakąś kafejkę. Na całe szczęście jedna znajdowała się tuż obok, więc uzbrojony w laptopa i kawę mogłem sobie skorzystać z internetu. Chłopakom udało sie wreszcie dotrzeć do SF (po paru telefonach i uzgodnieniu gdzie się spotykamy) koło godziny 20:30... ;-)

Wskoczyłem więc do ciepłego samochodu (SF należy niestety do dość zimnych miast) i ruszyliśmy w drogę. W okolicach Santa Rosa zatrzymaliśmy się jeszcze na krótką przekąskę i pomknęliśmy dalej na północ. Ta część podróży jest mi już mniej znana ze względu na sen, który mnie zmorzył. ;-) Obudziłem się w okolicach Laytonville, gdzie tankowaliśmy. Jak się okazało na całe szczęście, bo Mathieu (wskutek wrogiej propagandy oraz czarnego PR-u) myślał, że mamy zamiar jechać aż do samego Crescent City. Uzgodniliśmy szybko, że wystarczy zatrzymać się w miasteczku Eureka, gdzie znaleźliśmy się gdzieś około 2 w nocy. Szybkie poszukiwania motelu, nawet udało się znaleźć jakiś z WiFi, więc mogłem sobie porozmawiać z krakowskim towarzystwem leczącym kaca po piątku. ;-)





Rano zwlekliśmy się z łóżka koło godziny 8 i pojechaliśmy z Mathieu i Khalidem do okolicznego sklepu po prowiant na dzień. Zajęło to jakieś 20 minut, wróciliśmy po Laurenta i pojechaliśmy do Visitor Center w Orick. Tam z panią Ranger uzgodniliśmy sobie trasę do chodzenia na cały dzień. Pani była słusznych rozmiarów i stwierdziła, że wyglądamy zdrowo i jej ta trasa zajęłaby jakieś 3 godziny. Tak więc postanowiliśmy trochę tą trasę poszerzyć i podjechaliśmy sobie na miejsce, gdzie trasa miała się zacząć, czyli Elk Prairie Campground.



Tutaj już wysiadka z samochodu, spakowanie plecaków, zmiana butów i w drogę. Na początku nie zapowiadało się zbyt ciekawie, jednak za chwil parę wyszło słońce i pogoda zrobiła się wręcz idealna do wycieczki na nogach. Wszystko bardzo ładnie sprzyjało naszej wycieczce. Co prawda ja uważam, że wcale nie sprzyjały temu podejścia, ale reszta towarzyszy miała na ten temat inne zdanie... ;-) W każdym razie przechadzka po lesie wśród 100-metrowych sekwoi robi wrażenie. Przynajmniej robi wrażenie przez pierwsze parę chwil, dopóki to reszta moich towarzyszy też nie stwierdziła, że naoglądała się dużych drzew za wszystkie czasy.





Pierwsza część pieszej podróży obejmowała West Ridge Trail, następnie przez Zig Zag #2 zeszliśmy na drogę i weszliśmy na szlak, który nazywał się Rhodendron Trail. :-) Po drodze spotkaliśmy jeszcze paru innych turystów, wymieniliśmy standardowe uprzejmości i poszliśmy dalej. Ten fragment opuszczę, bo chyba nikt nie jest zainteresowany spoconymi, męskimi ciałami, mięśniami napiętymi do granic wytrzymałości, etc. ;-) W rezultacie jak się okazało, nie należy ludzi oceniać po wyglądzie, bo może tej pani Ranger ta trasa zajęłaby 3 godziny, ale my po 3 godzinach nie byliśmy jeszcze nawet w połowie. :-P Zmusiło nas to troszkę do zmiany trasy (trasę postaram się na mapkach zaznaczyć jutro, bo obecnie siedzę na polu z racji słabego zasięgu w pokoju, jest jakieś 10 stopni i zimno w dupę ;->). Szczęśliwie w końcu dotarliśmy do samochodu. Dodam, że w stadium zmęczenia i obcowania z naturą, w którym byliśmy, namawianie nas na akcję ratowania sekwoi czy inne takie nie byłoby dobrym pomysłem...



Wsiedliśmy więc szybciutko w samochód i udaliśmy się w podróż powrotną do Eureki. Tym razem znaleźliśmy trochę tańszy motel. Szybki prysznic w wykonaniu wszystkich i udaliśmy się do lokalnego mikrobrowaru. Jak się okazuje jednak mają całkiem niezłe piwa momentami. ;-) Ten fragment również pominę w opisie, jako że jest dość oczywisty: sobotni wieczór, 4 facetów (niby tylko 3 pijących, ale zawsze), miły bar (ale rzecz jasna nie tak miły jak Awaria. :-D

No i reszta opisu oraz update statusu już jutro, zmykam zanim nabawię się jakiegoś wilka czy innej lokalnej odmiany odmrożenia dupska. ;-)

23 mar 2007

Laaaaaptoooopaaaa... królestwo za laptopa!

Miało być 5 dni, a tutaj już mija powoli ósmy. Wczoraj łaskawie zadzwonili z serwisu o 18:25, że laptop jest gotowy do odbioru. Co z tego, jak to w SF, a mnie dojazd tam zajmuje przynajmniej godzinę, a oni zamykają o 18:30. Co tylko potwierdza inteligencję ludzi w tym kraju... ;-) No ale na szczęście przynajmniej dzisiaj będę sobie mógł go odebrać.

Do tego wybieramy się dzisiaj z chłopakami na wycieczkę, plan obejmuje Redwood. Jedziemy już dzisiaj wieczorem, więc jest nadzieja, że tym razem uda się zobaczyć jeszcze więcej niż ostatnio. Gorzej, że po drodze jest ten laptop do odebrania. W każdym razie ustaliliśmy wstępnie z Laurent, że ja sobie pojadę odebrać sprzęt w SF, a oni wypożyczą tutaj na miejscu samochód i zgarną mnie po drodze. Co wydaje się chyab najlepszym pomysłem. Jeszcze przydałby się zasilacz, który mógłbym podpiąć w samochodzie i może nawet nie będę się denerwować jako pasażer... ;-)

Wczoraj znowu udałem się do kina (jako i przedwczoraj ;>). Tym razem na taśmę poszedł film "Breach". Ciekawy i dość zajmujący. W sumie nie było to coś porywającego, ale czego się można spodziewać po filmie opartym na faktach autentycznych. Wiadomo jakie nudne i mało ciekawe scenariusze pisze życie. ;-)

W robocie coraz więcej ciekawych rzeczy, coraz szybciej zaczynają mi różne rzeczy wychodzić i generalnie nie ma na co narzekać. Dzisiaj mam kolejne spotkanie z Saurabhem w celu uzgodnienia taktyki na najbliższy czas, ale ogólnie chyba na mnie nie narzeka. Ostatnio nawet zachęcił mnie do przedstawienia moich postępów na forum całego zespołu... :-)

No a za jakąś chwilkę wybieram się na masaż, w ramach kuponu, który dostałem na początku pracy. Godzinny masaż... ech... :-)

21 mar 2007

Zaległości

No nazbierało się tego troszkę, niestety brak laptopa skutecznie uniemożliwia regularne pisanie. Ale mam nadzieję, że już dzisiaj uda mi się go odzyskać.
Co z nowych rzeczy? Felipe wczoraj zaliczył wypadek na rowerze, co prawda nie wiem jak na prostej drodze można się wywrócić na rowerze, ale jemu się jakoś to udało. ;-)

Początek tygodnia dość nerwowy, a wszystko przez czekanie na czek z pracy. No ale szczęśliwie wczoraj dotarł i udało mi się wpłacić pieniądze na konto. Załatwiania przy tym było co niemiara, bo najpierw musiałem udać się do NASA, żeby odebrać pocztę, następnie do banku, żeby to wpłacić. Co bez samochodu jest dość trudne. Na szczęście Laurent posiada chwilowo samochód i zaoferował się z pomocą. :-) Niestety oczywiście życie nie może wyglądać tak różowo, więc kasa, którą wpłaciłem będzie dopiero dostępna za parę dni... No ale najważniejsze, że będzie. Zawsze to tak jakoś po wypłacie człowiekowi motywacja do pracy wzrasta. ;-)

Pozostałe dni bez żadnych ekscesów, w poniedziałek rano oddałem samochód po weekendowych wojażach. Tutaj znowu (a właściwie po raz pierwszy Laurent przyszedł mi z pomocą) i dzięki niemu oddawanie samochodu wraz z powrotem do firmy nie zajęło ponad godzinę, tylko jakieś 15 minut. :-) Dobrze to tak czasem mieć kogoś życzliwego na miejscu. :-)

PS: Żeby nie było tak różowo, to mi dzisiaj mandat przyszedł... ;-)

19 mar 2007

Włóczenie się...

W niedzielę się trochę powłóczyłem. Jako, że miałem jeszcze samochód do poniedziałku, więc stwierdziłem, że "seize the day" i trzeba się gdzieś ruszyć. Na dłuższe wycieczki nie miałem ochoty (zresztą było dość późno, bo wstałem koło 10), więc wydrukowałem parę mapek i pojechałem w okoliczne górki. Specjalnie ochoty zatrzymywać się nie miałem, chciałem się chwilę po prostu powozić. :-)





Różnymi krętymi ścieżkami udało mi się dojechać na górę, skąd są dość ciekawe widoki. Niestety nie bardzo jest jak się zatrzymać i jakiekolwiek zdjęcia zrobić ze względu na wąskość drogi. ;-) Wszystkie zdjęcia, które zrobiłem umieszczę jak tylko odzyskam laptopa z naprawy...

Następny etap podróży obejmował dojazd nad ocean. Ciężko też nie było, więc droga poszła sympatycznie i szybko i znalazłem się w Santa Cruz, gdzie zatrzymałem się na chwilę.





Przez moment jeszcze korciło mnie czy by nie pojechać sobie wybrzeżem na południe, ale zrobiłem się śpiący, więc stwierdziłem, że wrócę do domu.



Zasłużona drzemka i obudziłem się w okolicach godziny 19 nie wiedząć co robić. Niestety laptopa nie mam w tym momencie, więc nie bardzo miałem jak robić cokolwiek. Na szczęście zastałem nowego sąsiada, udało mi się go wypytać o rozkład kina w okolicy, zebrałem się i pojechałem. Wszedłem prosto na seans i oglądnąłem sobie film pt. "Ghost Rider". Jeśli ktoś nie oglądał, to szczerze polecam. Nie widziałem tak beznadziejnego filmu od czasów "Spawna". :-D No ale też nie spodziewałem się niczego wspaniałego, więc się nie zawiodłem. I tym optymistycznym akcentem zakończyłem dzień. :-)

18 mar 2007

G3

Piątek w sumie zleciał dość szybko, wybrałem się po pracy jeszcze do kina. A żeby nie wybierać się sam to umówiłem się z Felipe. No i Felipe ma zaszczyt być pierwszą osobą w Stanach, której udało mi się mnie zdenerwować. :-) Nie lubię stanowczo osób, które nie przychodzą na umówione spotkania, a tym bardziej nie dają o tym znać. No cóż było zrobić - poszedłem sobie sam. :-) Film "300". Nawet oglądało się przyjemnie, czas jakoś zleciał i zebrałem się do domu. Drogą okrężną, bo przecież piątek, bo przecież piwo. :-) Taszczenie 24-paka piwa przez 2 mile nie jest najlepszym sposobem na relaks. Ale za to potem... ;-)

W sobotę pobudka w miarę wcześnie chciałem iść pozałatwiać z biletem na koncert. No i udało się. Z rana pojechałem wypożyczyć samochód. Tym razem dostał mi się piękny, niebieski Ford Escape. :-) Następnie zawiozłem Khalida do banku i sklepu Cingulara, bo musiał coś pozałatwiać. Następnie do Firmy, gdzie byłem umówiony z Felipe. Zjedliśmy sobie lunch, ja zamówiłem sobie bilety, wydrukowałem i byłem praktycznie gotowy na koncert. Dla niewtajemniczonych, oczywiście chodzi o koncert G3 w Berkeley. Tym razem w skladzie grał Satriani, Petrucci oraz Gilbert. Ech... no poezja. :-)

I jak się okazuje, można zacząć koncert punktualnie, koncert może trwać 4 godziny i muzycy nie będą twierdzić, że są zmęczeni. No cóż. :) Zagrali parę naprawdę fajnych kawałków... :-) Z Petruccim na perkusji zagrał Portnoy. Reszta oczywiście też świetni muzycy, ale już trochę mniej znane nazwiska. Niestety nie udało mi się wnieść aparatu, bo byłoby kilka naprawdę fajnych zdjęć. No ale może z jakiegoś forum uda mi się coś pościągać i umieścić jakieś linki.

A dzisiaj pobudka wyjątkowo późno, przyznaję się do lenistwa. ;-) No ale chyba czas najwyższy się gdzieś ruszyć, bo pogoda ładna i nie ma jej co marnować. :-)

16 mar 2007

Piątek, tygodnia koniec i początek

No i nadszedł. Oczekiwany, wypatrywany początek końca tygodnia. :-)

Wczorajszy dzień dość spokojny. Na początek dowiedziałem się, że koszulki które zamówiłem sobie w zeszłym tygodniu już przyszły. Niestety nikt mnie nie zastał przy biurku, więc wróciły do magazynu. W sumie nic dziwnego, że mnie nie zastał, sam się rzadko zastaję o 18:30 w pracy... ;-) No ale mam nadzieję, że dzisiaj wreszcie przyjdą.

Tak więc lekko leniwy poranek upłynął w miarę szybko - zrobiłem parę użytecznych rzeczy z roboty, trochę nowych rzeczy się nauczyłem i przyszła pora na lunch. Wspólnie z Laurent udaliśmy się do jakiejś kafejki, którą zaproponował... ja rozumiem, że można lubić sałatki, ale czy ja wyglądam na krowę, żeby jeść same zielone rzeczy? ;-) Jakoś przeżyłem, ale co to za życie?

No i dzień czekania na wypłatę. Cały dzień czekania na wypłatę, a potem na czek. Niestety podałem na stronie do wypłat swój adres domowy, więc czek przyjdzie mi do NASA, skąd to dopiero będę się musiał udać do banku celem wpłacenia pieniędzy. No ale mam nadzieję, że to już dzisiaj. :-)

Wieczorem znowu czekanie (tak to człowiek przeczeka pół życia) - tym razem umówiliśmy się z Laurent, jego dziewczyną oraz Mathieu na kolację. Miała być o 18:30. No ale jako, że umówieni byliśmy z kobietą, to szczęśliwie udało jej się dotrzeć na 19:30... ;-) Nie było więc co czasu marnować, w międzyczasie oglądnąłem sobie ostatni odcinek losta. ;-) Ann (tak właśnie ma na imię) - sympatyczna, całkiem ładna dziewczyna, przyjechała do Laurent na week-end. W sobotę mają zamiar iść się poszlajać po SF, może się jakoś ruszę z nimi.

No i przez te jaja z wypłatą coraz bardziej oddala się wizja pójścia w sobotę na koncert G3. No ale nadzieja umiera ostatnia, jak to ktoś mądry powiedział. :-)

15 mar 2007

Pi Day

Wykład bardzo ciekawy. Nawet nie wie się normalnie jak ci wszyscy genialni ludzie wpadają na te swoje pomysły... ;-) W każdym razie Gell-Mann zrobił na wszystkich odpowiednie wrażenie, wszyscy się pośmiali, pozadawali pytania, było generalnie sympatycznie.

No a potem do roboty. Idzie mi to jak idzie, wczoraj się przez prawie 1.5h zastanawiałem dlaczego coś mi nie działa, żeby znaleźć głupią pomyłkę. Wystarczyło przemieścić jedną linijkę kodu... Ech... No ale jakby tak człowiekowi wszystko od razu w życiu wychodziło to by się nie miał z czego cieszyć. :-)

Dla odróżnienia, żeby się nie cieszyć, przypomniał mi się temat laptopa. Poszukałem paru firm, ze szczególnym uwzględnieniem, żeby tym razem istniały. ;-) Udało mi się znaleźć jedną, więc się zebrałem z pracy busem po raz kolejny do San Francisco i pojechałem. Na szczęście okazało się, że tym razem firma rzeczywiście istnieje (i niestety rzeczywiście każe sobie płacić... ;>). Zostawiłem laptopa, pan mi powiedział, że mi dadzą znać - do 5 dni powinno być zrobione, jeśli będzie wcześniej to zadzwonią. Po drodze do sklepu znowu to samo SF - niezbyt piękne. Do tego minąłem dużo... hmmm... żeby nie wyszło, że jestem nietolerancyjny, to powiem, że "śmiesznych" ludzi... No ale San Francisco podobno z tego słynie. Jakkolwiek trochę to jest szokujące jak się nie jest na to przygotowanym. ;-)

Podróż na szczęście też bez większych problemów. Wsiadłem sobie spokojnie w Caltrain, dojechałem do MV i na nogach do domu. W sumie przeszedłem (razem z chodzeniem po SF) jakieś 10 mil, więc ćwiczenia fizyczne zaliczone. ;-)

No a na wieczór trochę pogadaliśmy z Felipe, poopowiadałem mu o Polsce i Krakowie. A co, niech się uczy kultury. ;-)

P.S.: No a tak w ogóle to był Pi Day. :)

14 mar 2007

Status update?

Jak widać drugi miesiąc pracy tutaj zaczyna się arcyciekawie... No ale nie ma co narzekać, po prostu chwilowo zmienia się częstotliwość umieszczania postów oraz godzina. ;-) Tak więc siedzę sobie spokojnie po śniadanku i stukam w klawiaturę...

Wczorajszy dzień dość spokojny, chociaż nie powiem, żebym się nie nadenerwował przez tego laptopa. Tak to jest jak się człowiek sam weźmie za naprawianie różnych rzeczy... ech... ;-) Na szczęście nie wygląda to na nic poważnego, tylko trzeba znaleźć jakiś serwis. W tym celu właśnie wczoraj udałem się do SF - znalazłem na sieci sklep, wziąłem adres i pojechałem sobie busikiem z naszej firmy do miasta. Sklep był niedaleko od przystanku, jakieś 3-4 przecznice. Niestety nie wiem z jakiego powodu pomyliły mi się znowu ulice, skutkiem czego nadłożyłem jakieś 4 mile drogi (na dystansie pół mili :>). No ale przy okazji udało mi się zwiedzić bibliotekę, komisariat - same miłe rzeczy. ;-)

Poza tym tak się złożyło, że musiałem pochodzić po mieście i trochę pobłądzić, więc nie były to okolice Market St. i innych równie wytwornych ulic. Jak się okazało SF wcale nie jest takim pięknym i zadbanym miastem na jakie wygląda na pierwszy rzut oka. Trochę smutne widoki (oraz oczywiście jak to w Stanach, jak z filmu), jacyś narkomani w ślepej uliczce, ludzie żebrzący na ulicy, śmieci rozrzucane przez wiatr, sterty gazet... Takie trochę inne spojrzenie na Wielką Amerykę...

Oczywiście z laptopem nic nie załatwiłem, bo najzwyczajniej okazało się, że sklep nie istnieje. Tak więc z powrotem Caltrainem do MV i na nóżkach do domu. Po drodze ze stacji zaczepił mnie jeszcze Felipe właśnie wracający z pracy (jakbym spał do 10, to też bym mógł wychodzić z pracy o 21 :P) i wspólnie do domu.

No i się wreszcie ogoliłem... :-)

A za 1.5h przemawia u nas niejaki Murray Gell-Mann. Na który to wykład mam zamiar się udać. :-)

13 mar 2007

Uwaga, awaria...

Z powodu przedluzajacego sie poniedzialku i skutkow poniedzialku zepsul mi sie laptop, skutkiem czego dostawa wiadaomosci via blog moze sie opozniac (to samo dotyczy polskich liter ze wzgledu na chwilowe uzywanie laptopa Felipe). :)

12 mar 2007

Tell me why I don't like Mondays

Jak w tytule. Są takie dni, kiedy człowiek budzi się w nocy, nie może spać. Kiedy żadna wiadomość (prawie...), którą dostanie nie jest dobra, kiedy nic nie wychodzi. Kiedy zastanawia się czym by tutaj zacząć rzucać i w kogo. Chociaż w takie dni akurat zadaje się sobie bardziej pytanie w kogo nie rzucać. Takie dni kiedy ma się ochotę rzucić wszystko i wrócić do domu (takiego prawdziwego!), umówić się spokojnie wieczorem na piwo i posiedzieć ze znajomymi. Kiedy w pracy nie chce się nic robić, a kiedy już się wyjdzie z pracy chce się tam wrócić. Kiedy zupełnie nie wie się co z sobą począć i gdzie ten świat zmierza. Kiedy każde pytanie jest złe, a każda odpowiedź nieprawidłowa.

Są takie właśnie dni jak poniedziałki... Głosuję za ustawowym usunięciem poniedziałków z kalendarza. Albo przynajmniej ogłoszeniem ich dniem wolnym. ;-)

Sunny Sunday in San Francisco

Tak jak pisałem, wróciłem dość późno, więc z rana odsypiałem. No ale dzięki temu, że wróciłem wcześniej miałem praktycznie cały dzień dla siebie. Tak więc załatwiłem sobie doładowanie hamerykańskiego telefonu w MV i wróciłem do domu. Chciałem sobie wreszcie kupić jakieś porządne okulary przeciwsłoneczne, ale niestety nic z tego nie wyszło. W niedzielę sklepy są w miarę pozamykane, co prawda okulary można kupić w byle sklepie, ale chciałem jakieś fajniejsze. ;-)

W domu seria rozmów na sieci, wreszcie miałem czas o normalnej (dla Was) porze, więc można było trochę nadrobić zaległości. Tak więc trochę to zleciało i późnym popołudniem zebrałem się jeszcze do SF. Aparat - stwierdziłem, że może porobię trochę zdjęć zachodu słońca, kupię sobie okulary, jakieś pocztówki wreszcie (sic!). Oczywiście z planu (niestety) udało mi się tylko zrealizować robienie zdjęć. Potem byłem już definitywnie za bardzo zmęczony na cokolwiek, więc postanowiłem wrócić do domu.

No i rzecz jasna w domu wyszło nagle tysiąc rzeczy do pozałatwiania. :/ No ale tak to już bywa. Do tego jeszcze zasnąć za bardzo nie mogłem. Pewnie z tego całego zmęczenia... :-)

11 mar 2007

Remont

Tak więc drugi dzień zaczął się niestety wcześnie, bo jakoś koło 7 już jechałem. Piękną rzeczą w amerykańskich samochodach jest 'cruise mode'. Wciska się dwa przyciski i... "CRUISE ENGAGED". :-D No i można tak jechać i jechać. Pedałów żadnych naciskać nie trzeba. Skrzynia automatyczna, więc jedną rękę się ma wolną, można sobie palić, dłubać w nosie czy kto co tam bardziej lubi. ;-)

Przejechałem przez LA, pogoda była na tyle brzydka, że nie chciało mi się zatrzymywać. Zresztą nie spodobało mi się. Pewnie jakbym pojechał bardziej do centrum, to inaczej by to wyglądało. Tak więc przemknąłem przez miasto i pojechałem na południe wzdłuż wybrzeża. W Carlsbad skręt na wschód i przez Escondido dalej. W Escondido udało mi się zaliczyć klasyczne zgubienie się, więc juz mogłem być spokojny na dalszą część podróży. ;-)

Za chwilę zrobiła się naprawdę piękna pogoda, do tego fajne widoczki. Tak więc - zimny łokieć i jazda. :-D Przez jakiś czas jechałem otoczony szpalerem harlejowców. Ech, to jest taki moment, kiedy by się chciało mieć motor i sobie tak jeździć... No ale dzięki temu też podróż upłynęła przyjemniej i szybciej i zanim się zorientowałem byłem już na terenie Anza-Borrego. Hot. I to dosłownie, bo w szczytowym momencie było 94 stopnie Fahrenheita (czyli prawie 35 stopni...). Jak na pustyni. ;-)





Kolejna śmieszna rzecz to to, że tuż za pustynią mają tam wewnętrzne morze. Nie powiem, żeby mi się jakoś bardzo spodobało, a w dodatku bardzo śmierdziało. Tak więc parę zdjęć i w dalszą drogę. :-)

Trochę niestety pojechałem za daleko, tak więc zahaczyłem o Caochella do maka na kawkę i autostradą 10 na wschód do południowego wjazdu do Joshua. Ech, no fajne mają tam widoczki, powiedziałbym wręcz, że eksportowe. :-) Bardzo ładny park. Trochę się niestety już spieszyłem, więc bardzo dużo nie pozwiedzałem, ale tak czy siak nie powiem, żebym mógł na cokolwiek narzekać. :-) Na koniec jeszcze w okolicach Joshua Tree (tak się miasteczko nazywa) porobiłem jakieś siakieś zdjęcia zachodu i ruszyłem w drogę powrotną.





Długą drogę powrotną. W rezultacie, na szczęście bez większych perypetii, dotarłem do domu koło godziny drugiej nad ranem. Niestety usnąć od razu się nie dało (nie po takich ilościach kawy... :-P), na szczęście już było z kim porozmawiać na sieci... :-)





No a niedziela dość leniwa, ale to później. ;-) Porobiłem trochę zdjęć zachodu słońca, są na picasie. :-)

Miesiąc

Tak. W sumie to już miesiąc jak opuściłem nasz piękny, rodzinny kraj... Dzisiaj to już nawet miesiąc i jeden dzień. Niedługo będę musiał napisać jakieś sprawozdanie dla CDS chyba (ta organizacja, przez którą rzekomo byłem tutaj ściągany). Znowu jakaś papierkowa robota. No to zostało jeszcze pół roku. Ech... no ale miejmy nadzieję, że minie równie szybko. Nie ma się co rozczulać, przejdźmy do rzeczy.

W piątek wyszedłem trochę wcześniej z roboty, żeby wypożyczyć samochód. Poza tym miałem plan nocowania gdzieś nad Pacyfikiem. No i chciałem zdjęcia zachodu słońca porobić... no i jak zwykle wyszło z tego tyle...

Najpierw wyszedłem z pracy koło 15. Na przeciwko budynku jeździ Caltrans, którym się można za darmo dostać na stację kolejową. Niestety jakoś tak się złożyło, że ten w okolicach trzeciej nie przyjechał... Tak więc na nóżkach do wypożyczalni, czyli jakieś 50 minut. Po czekaniu prawie pół godziny na autobus, byłem więc prawie o w pół do piątej w wypożyczalni. Potem jeszcze do domu po bety i można było jechać. Plan obejmował przejechanie przez Sunnyvale na południe do Santa Cruz, tam trochę zdjęć, a potem wzdłuż Pacyfiku do LA. A właściwie gdzieś w okolice, rozważałem nawet opcję spania na plaży. No ale. Najpierw w samym MV wpakowałem się w korek. Potem okazało się, że jak nie jeden korek, to drugi do Santa Cruz też istnieje. Jednym słowem, zanim znalazłem się w Santa Cruz było już dawno po zachodzie i zdjęcia mogłem sobie co najwyżej na pocztówkach zobaczyć (nota bene nie widziałem tutaj jeszcze pocztówek... :>). Zresztą nad zatoką (akurat ta okolica się nazywa Half Moon Bay) byłem na tyle późno, że nawet żadnych zachodnich łun nie było już.





No ale nic, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem powiedziałem sobie i pojechałem na południe. Co by się nie nudzić, nie pojechałem autostradą 101, tylko pojechałem drogą nr 1 nad samym brzegiem. W sumie bardzo dobrze, bo trzeba na tyle często kręcić kółkiem, że szansa zaśnięcia jest zerowa. ;-) Po drodze co i rusz mijałem jakieś stejt parki, ale niestety ze względu na brak światła już raczej nie pozwiedzałem. Po dojechaniu do San Luis Obispo z ulgą przyjąłem zmianę drogi... :-) Niestety, jako że to wszystko nad oceanem dziura na dziurze, to nawet zasięgu nie było, żeby chociaż można komuś było sygnał puścić (nie może w końcu tak być, że ja nie śpię, a wy śpicie przecież... :-P). W każdym razie nocleg miałem zaplanowany w okolicach Santa Barbara. No ale im dłużej jechałem tym bardziej to przekładałem. Na początek przełożyłem w okolice Ventura. Od okolicy Ventura przez jakieś następne 25 mil (na wschód, bo nie mówię ile się dodatkowo najeździłem) szukałem jakiegokolwiek noclegu. Tutaj jest taki dobry zwyczaj, że na autostradzie pisze na znakach - lodging, next right. Jest napisane. :-P Co z tego, jeśli miejsc noclegowych nigdzie nie ma...

Trochę zdenerwowany znalazłem wreszcie miejsce w jakimś motelu (który był na tyle duży, że było widać jego szyld z autostrady) w Malibu, gdzie też złożyłem do snu moje zacne ciało. ;-) Reszta jeszcze dzisiaj (nawet prawdopodobnie nawet waszego czasu), ale później, bo muszę jeszcze iść parę rzeczy załatwić. :-)

Południe

No. Powróciłem. Konkretnie to nie powiedziałem prawie nikomu, że wyjeżdżam. ;-) No ale jestem, zdjęcia już wrzucone, jak odeśpię, to wszystko opiszę. ;-)

8 mar 2007

Pierwszy czwartek tygodnia

Jak niektórzy mawiają - czwartek studencki. Niestety nie jest to piękne miasto Kraków i wyjście na miasto i spotkanie studentów to raczej problem. Nota bene jestem ciekaw jak wyglądają tutaj studenckie imprezy... No nic - Laurent podobno zna tutaj jakichś ludzi i ma kiedyś załatwić wejście na imprezę bractwa. To też coś co mnie ciekawi, ale parę pytań, które chciałbym zadać będzie musiało poczekać do tej imprezy. :-)

No i znowu ten dystans do miasta się odezwał. Najpierw chciałem złapać autobus, szczęśliwie się złożyło, że akurat jechał. Nieszczęśliwie się złożyło, że się nie zatrzymał. ;-) No więc na nóżkach - do miasta i z powrotem. Jeszcze przy okazji dostałem ochrzan przy bramie NASA, że nie zadzwoniłem dzwonkiem, żeby przejść przez przejście dla pieszych (sic!) - You know, we don't want you to get hit by a car... Bez komentarza...

W pracy jak to w pracy. Zrobiłem co trzeba było, przesunąłem spotkanie z Saurabhem na wtorek (mające na celu omówienie moich postępów), poszedłem do domu. No i w międzyczasie obiad z Elą w ramach integracji z polskim społeczeństwem na miejscu. Bardzo miła dziewczyna, pracuje tutaj od kilku miesięcy jako inżynier. Miła nawet jak na to, że jest z Wawy (oczywiście podczas rozmowy sobie z tego pożartowaliśmy). Tak więc obiad w miłym towarzystwie, po obiedzie dalsza praca. Zaczęło mi parę rzeczy działać, Saurabh pochwalił mnie za moje poprzednie zadanie (tada!) i poszedł pracować z ludźmi z innego projektu.

Poza tym nadrobiłem oglądanie prizonbrejków i lostów w ostatnie dni. Dochodzę do wniosku, że takie głupie rzeczy dzieją się tylko w filmach i w Stanach. ;-) No ale, zawsze jest sobie czym zająć na chwilę głowę (zamiast spać albo pracować :-P).

W dniu tym w takim razie Wszystkiego Najlepszego z Okazji Dnia Kobiet dla wszystkich pięknych pań (jak napiszę 'nie tylko' to będę mieć przechlapane ;>)!

No i wreszcie nadszedł czas na ciężko zapracowane (i ciężko przyniesione) piwo. Tym optymistycznym żegnam. :-)

PS: Powiększyli Picasę, będzie więcej zdjęć. :-D

7 mar 2007

Gdzie się podziały...

Ech. No właśnie. Czemu oni nie transmitują meczy z Ligi Mistrzów. Chociażby z jakimś opóźnieniem. Tak to człowiek musi słuchać audycji w radiu internetowym albo ślepić się w lajwskora. No i co to za emocje... :/ No ale plus taki, że przynajmniej kto miał odpaść to odpadł, a kto miał przejść to przeszedł. :-)

Oprócz tego planujemy kolejną wycieczkę. Jeszcze nie wiemy gdzie, ale na razie wstępnie z Laurent pogadaliśmy na lunchu. Padła propozycja wyjazdu do Doliny Napa w celu degustacji win. Niech im będzie - oni sobie podegustują, ja sobie pojeżdżę samochodem. Może być ciekawie. :-) No i poznaliśmy jednego z pracowników, gość akurat się do nas przysiadł, bo nie bardzo było miejsce. Przyjechał na 2-tygodniową wizytę, normalnie pracuje w NY. Poopowiadaliśmy sobie trochę różnych rzeczy, doradził nam tanie bilety lotnicze do San Diego

Tak całkiem poza tym to bardzo fajny dzień - super humor, z rana co prawda pogody nie było, ale później się zrobiło bardzo przyjemnie, do tego w robocie też mi jakoś idzie. A na dodatek zamówiłem sobie parę fajnych koszulek na sieci. Niestety tej najfajniejszej akurat nie ma na stanie, ale nie można mieć przecież wszystkiego... No a przynajmniej od razu. ;-) Heh... do tego wszystkiego jeszcze znalazłem, że w przyszłą sobotę G3 gra w Berkeley, ewentualnie w niedzielę w LA, ale to już trochę dalej. Tak więc na 90% się wybieram, chociaż fajniej by było mieć kogo wziąć ze sobą, no ale jak już mówiłem... No i na co tu człowiek może narzekać w takiej sytuacji? :-)

Planowałem dzisiaj zrobić mały remanent z blogiem i zmienić trochę wystrój (szatę graficzną i takie tam pierdoły), ale niestety nie starczyło czasu. Może jutro? A co masz zrobić jutro... Tutaj mała wstawka z mojego idola i dobrej nocy życzę (a właściwie to miłego dnia ;->):

6 mar 2007

Men at work

Wczoraj wreszcie załatwiłem sobie konto. Najpierw 20 minut zajęło nam znalezienie Citibanku. Felipe wydrukował nawet jakieś mapy, ale i tak się zgubiliśmy... Potem sprzedawca w banku przekonywał nas jakie to konto nie jest wspaniałe i tak dalej. Wszystko za darmo, do tego rachunek nazywa się ładnie Citigold. Potem stwierdziliśmy, że może jednak zaglądniemy do innego banku. Dla porównania. Porównanie z Bank of America zajęło nam jakieś pół godziny. W wyniku porównania stwierdziliśmy, że rzucamy monetą w celu wybrania rachunku. Ostatecznie jednak nie rzucaliśmy tylko poszliśmy do Citibanku - samochód stał akurat bliżej. Co nie zmienia faktu, że jak zwykle musiałem czekać na Felipe. Nie wiem - nad nim krąży jakieś fatum czy coś takiego - jak gdzieś z nim jadę, to zawsze się zgubimy, jak gdzieś dzwoni to zawsze zajmuje mu to pół godziny, jak coś kupuje, to zawsze mu coś nie pasuje... No cóż. Szanujemy i takich ludzi.
Całe szczęście, że samochód miałem oddać dopiero wieczorem, bo autobusem zajęłoby nam to jeszcze więcej czasu. Co nie zmienia faktu, że z lunchem zajęło nam 3 godziny... Potem oddać samochód na okolice 17, skutkiem czego za wiele po południu nie porobiłem. Przez to musiałem zostać dzisiaj dłużej. No ale udało mi się ruszyć do przodu jedną dużą rzecz, mam nadzieję, że teraz już pójdzie z górki. :-)

Poza tym to miałem dzisiaj ciężki dzień. Miałem naprawdę ochotę pracować, ale są takie dni, kiedy nic nie wychodzi. Na dodatek cały dzień z bólem głowy, a im później tym gorzej. Do tego jeszcze siedziałem dłużej jak już mówiłem, więc spędziłem jakieś niecałe 12 godzin w pracy... Jutro moja pierwsza praca ma trafić do repozytorium. Mam nadzieję, że to nie popsuje jakichś dziwnych rzeczy. W sumie nie ma prawa. No może szansa jedna na milion. Ale jak wszyscy wiedzą szanse jeden na milion sprawdzają się w 99,99% przypadków (to chyba z Pratchetta :-P).

Co więcej - wczoraj wymieniłem sobie w pracy klawiaturę i myszkę. Z myszki jestem zadowolony. Z klawiatury nie bardzo, co prawda jest płaska i ma mały skok klawiszy jak w klawiaturze laptopowej, ale ma dziwny układ i nie jestem do niej przyzwyczajony. Co objawia się wzmożonym używaniem klawisza Backspace. Co z kolei objawia się wzmożonym używaniem klawisza "\", bo klawisz Backspace jest mały i zwykle w niego nie trafiam. Jeszcze by się znalazło pewnie parę sekwencji klawiszy, które wciskam starając się wcisnąć jakiś klawisz, ale nie sądzę, żeby to kogoś obchodziło. :)

No to koniec na dzisiaj, bo mi zaraz łeb odpadnie. Do tego papierosy się skończyły, piwa w lodówce nie ma, Felipe zasmrodził pokój jakimś odgrzewanym żarciem.

Ech... o tempora, o mores... ;-)

5 mar 2007

Powrót

Druga część podróży była zdecydowanie mniej obfita w w ciekawe wydarzenia. No ale też wstałem dopiero o 5:30, więc nie było dużo czasu na jeżdżenie. Na koniec jeszcze miła pani na recepcji zaproponowała mi "donata" na śniadanie (grzecznie odmówiłem) i ruszyłem... na drugą stronę ulicy po kawę i w drogę. ;-)

Na początek poszły widoczki z samego Crescent City - trochę zdjęć plaży, portu, okolic. W sumie miasteczko jak miasteczko, nic ciekawego, nastawione na turystów i przejezdnych.
Tak więc przez następne n mil, aż do Orick zatrzymywałem się co jakiś czas i robiłem zdjęcia wybrzeża. Całkiem ładne. ;-) Później skręciłem sobie gdzieś na wschód, żeby zwiedzić Fern Canyon. Po drodze udało mi się sfotografować stado dzikich jeleni czy jakkolwiek to się w tych Stanach nazywa. No jaja... właśnie sprawdziłem i "elk" oznacza łosia europejskiego... I niech mi ktoś powie, że to nie jest nienormalny kraj. :-P
Niestety okazało się, że droga do Fern Canyon jest zamknięta jakieś 2 mile przed samym kanionem, a na drodze stoi rzeczka. Na tyle głęboka i zimna, że stwierdziłem, że nie będę ryzykował przeprawy. Tak więc postrzelałem parę kolejnych zdjęć i pojechałem dalej.

Tak więc zawinąłem o miasteczko o nazwie Eureka na kawkę i dalej 101 na południe. Już myślałem, że jestem po zwiedzaniu Dużych Drzew (tm), ale okazało się, że na szczęście przede mną jeszcze jest Avenue of the Giants. :-) Tutaj zrobiłem zdecydowanie dużo zdjęć. W porównaniu z drzewami z parków Redwood, drzewa z Sequoia Park są naprawdę małe. Niestety na zdjęciach jest to ciężko ująć, ale mam nadzieję, że przynajmniej częściowo mi się udało. W każdym razie widoki są naprawdę imponujące kiedy jedzie się taką drogą, wokół której brzegów rosną 80-100 metrowe drzewa. :-D



Avenue of the Giants ma jakieś 30 mil długości i później trzeba jechać już normalnie autostradą. Jeszcze udało mi się zahaczyć o "drzewo przejazdowe" (drive thru tree) na samym końcu i zanosiło się na powrót. No ale nie tak szybko, udało mi się po drodze jeszcze dostać mandat za przekroczenie prędkości, tak więc dalsza część drogi była trochę w zwolnionym tempie. ;-)


W Legget skręciłem więc nad Pacyfik i wybrzeżem przez Fort Bragg, Mendocino i Albion, a potem drogą 128 z powrotem na autostradę. Rzecz jasna bez zdjęć się nie obeszło. No i okazało się, że te dolinki przez które przechodzi 128 są też całkiem zacne. Niestety zdjęć za dużo nie ma, bo już się powoli zaczynałem spieszyć do domu (jak się przestrzega ograniczenia prędkości to się strasznie podróż wydłuża :-P).



No i ostatni dystans przez 101 do domu już przebiegł bez żadnych zakłóceń ani przystanków - dojechałem sobie grzecznie na rezerwie paliwa... ciekawe gdzie następnym razem...? :-)



PS: Jutro jeszcze wrzucę mapkę, tutaj łącze jest trochę za wolne na ściąganie map. :-)

4 mar 2007

Redwood

No dobra. Dzisiaj niestety też nie napiszę nic mądrego, bo mi odcinają internet za pół godziny. Tak więc napiszę sobie ładnie wszystko na sucho, a jutro z rana tylko wrzucę, więc proszę o chwilę cierpliwości, dopiero co udało mi się wrócić. :-) Zdjęcia już są wrzucone. Nie sortowałem, na razie poszło wszystko co było (oprócz filmików :-D), jutro może zrobię z tym jakiś porządek. Do-bra-noc :-)

3 mar 2007

Wulkany, wulkany...

No i teraz problem od czego tutaj zacząć. Więc (tak wiem, nie zaczyna się zdania od więc) wstałem o 4. Już samo to świadczy o stopniu upośledzenia. ;-) Z MV na południe, przedostałem się na drugą stronę zatoki, drogą 580 (albo 680, albo jedną i drugą) już
na północ w stronę Sacramento. Do samego miasta nie jechałem, tylko pojechałem trochę na przełaj i wjechałem na autostradę nr 5. Na wysokości Sacramento zatrzymałem się, żeby zrobić parę zdjęć wschodu słońca. ;-) W sumie wcześnie, tuż po wyjeździe mogłem
zrobić parę zdjęć księżyca (prawie pełnia), ale jeszcze się nie nauczyłem na tyle obsługiwać aparatu...

Po jakichś następnych 2 godzinach byłem w Red Bluff. Po drodze jeszcze minąłem dwa domy na kółkach (dosłownie, nawet są na zdjęciach). Z Red Bluff miałem zamiar już dać się w góry, więc jeszcze szybkie danie znać, że żyję i skręciłem na wschód. Tutaj niestety okazało się, że odcinek drogi 89 (N-S), który przechodzi przez Lassen National Volcanic Park, jest zamknięty. Z tego powodu musiałem sam park objechać naokoło. Na wschód od Red Bluff zaczyna się krajobraz postwulkaniczny. Akurat w tym wypadku oznaczało to dość bujny krajobraz (bardzo dużo zieleni) z mnóstwem karłowatych drzewek i wszędzie porozrzucanych kamieni (na oko to wyglądało na coś podobnego do bazaltu, ale pewnie się mylę :-P).




Trochę bardziej na północ zaczął się już krajobraz wyżynno-górski. Z zastrzeżeniem takim, że wszystkie góry w okolicy to kratery wulkanów. W zależności od tego jak stare - takie miały kształty. No a z daleka dało się już dostrzec Mt. Shasta. :-) Dla uściślenia - tak nazywa się góra, ale także miasteczko u jej podnóża. Tak więc zahaczyłem o to miasteczko, ale okazało się, że nic ciekawego w nim nie ma, więc rozpocząłem kolejny etap podróży, czyli kierunek Lava Beds National Monument. Tuż za Mt. Shasta zaczęła się mgła (wjechałem w dolinę), a właściwie to bardziej niskie chmury. Parę mil dalej zatrzymałem się w McDonaldzie na kolejną kawę w miejscowości o pięknej nazwie Weed. :-D Obsłużyła mnie całkiem całkiem pani (jak mnie żadna nie zechce, to przynajmniej wiem gdzie mam wracać :-P) i pojechałem dalej. Miasteczko przypadło mi do gustu (ze względu na nazwę, kto nie wie o co chodzi niech sobie przetłumaczy nazwę). :-D

Chwil parę później wyjechałem z doliny i moim oczom ukazał się naprawdę ładny widok na Mt. Shasta. Do tego akurat szczęśliwie leciał jakiś samolot na południe, więc na zdjęciach wygląda to jakby z krateru puszczali fajerwerki. ;-)



Droga już do samego LBNM przebiegła bez żadnych emocji. Po drodze rzecz jasna parę przystanków na robienie zdjęć i byłem na miejscu. Na początek poszła rzeka magmy, następnie dwa postwulkaniczne kominy. Byłem w swoim żywiole. Nie wiem dlaczego, ale z jakichś powodów uwielbiam wszystko co związane z wulkanami. :-) Następnie Zaliczyłem dwie jaskinie i udawałem się do trzeciej o malowniczej nazwie Skull Cave, kiedy mój dobry humor przerwało delikatne "kling! kling! kling!" i na desce rozdzielczej wyświetlił się napis "LOW FUEL"... Stary, a głupi. Do najbliższej stacji benzynowej było jakieś 30 mil. Bogu dzięki jakoś udało mi się dotoczyć do stacji. Ku mojej zgrozie okazało się, że nie przyjmują kart kredytowych. Ku jeszcze większej zgrozie okazało się, że także nie przyjmują pieniędzy i żeby zatankować trzeba mieć jakąś specjalną kartę... Zaglądnęło mi widmo zapieprzania po benzynę 4 mile dalej do następnego miasteczka. Na szczęście udało mi się odkupić benzynę od innego gościa, który akurat posiadał takową kartę. Tak więc okazało się, że nie ma nadziei, Chwastek żyć będzie. :-P

Udałem się więc przez Merrill w stronę Crater Lake. Po drodze minąłem Upper Klamath Lake. Ech. No piękny krajobraz - biało na około, góry na około, na środku jezioro, piękna pogoda. Strasznie żałuję, że tak mało zdjęć udało mi się zrobić tego jeziora, ale niestety żywcem nie było miejsca, żeby się zatrzymać. :-( No ale może następnym razem uda mi się operatora aparatu ze sobą zabrać. ;-)

Niedługo później byłem już w Crater Lake - właściwie dosłownie, bo samo jezioro znajduje się w kraterze wulkanu i można sobie spokojnie tam wjechać. Niestety było późno, więc nie miałem za bardzo czasu, żeby pochodzić. Podobno normalnie można załapać się z Rangerem na przechadzkę z użyciem rakiet śnieżnych. :-)
Ponieważ pogoda była ładna, a mnie się wyjątkowo dobrze prowadziło (pełnia w końcu, księzyc wzeszedł zaraz po zachodzie słońca ;-P), postanowiłem więc dojechać sobie na wybrzeże. Po drodze zostałem bardzo miło zaskoczony przez sprzedawcę na stacji benzynowej, który stwierdził, że skoro biorę tylko kawę to "Have a good night!" i dostałem ją za darmo. :-)



Tak więc do Crescent City dotarłem bez większych problemów, troszkę tylko żałuję tej jazdy nocą, bo pomiędzy Grants Pass a Crescent zaczynają się lasy Redwood (nie Sherwood :-P) i było parę fajnych drzew. No ale na szczęście co się odwlecze, to nie uciecze i udało mi się parę fajnych drzew zobaczyć dnia następnego. No ale to już jutro. :-)

Volcano Road ;-)

No dobra, zgadzam się, wczorajszy wpis był wyjątkowo bezbarwny i bez polotu. Dzisiaj się też niczym nie popiszę, zdam relację jak wrócę, na razie jestem padnięty, od 19h na nogach i przejechałem 900 mil. Siedzę sobie właśnie w motelu w Crescent City, zdjęcia już wrzuciłem, zapraszam do oglądania. :-)

2 mar 2007

piątek jak to piątek...

Dzisiaj się chyba wreszcie wyspałem, jakkolwiek jakieś dziwne sny mnie dręczyły. No ale poranek bez problemów z wstawanie, pogoda piękna, brak jakiejkolwiek chmurki na niebie, więc dzień zapowiadał się przyjemnie. Tak więc poranne oczekiwanie na busa, potem w pracy szybkie śniadanko, kawka, papierosek i można się było zabrać za robotę.

Zacząłem robić wreszcie nowe rzeczy. Właściwie to robię je już od paru dni, ale wreszcie zaczęło mi coś z nich wychodzić. Oprócz tego poczytałem jakieś dokumenty i tak właściwie zleciał dzień w pracy. Na sam koniec przyszedł Laurent, żeby mnie wyciągnąć na TGIF. Tym razem znowu normalny, czyli obecni byli i Sergey i Larry. Kupa śmiechu, szkoda, że nie wolno tego opisywać. Zresztą nie zostałem na cały TGIF, bo musiałem zdążyć do AVIS.

Oprócz tego obmyśliłem sobie mniej więcej plan podróży, zobaczymy co z niego wyjdzie. Mam nadzieję, że uda mi się pokonać cały dystans, a wyszło tego trochę. Chłopaki jadą jutro do San Francisco na tą chińską paradę po południu. Ja mam nadzieję, że będę już wtedy w okolicach Medford po zwiedzeniu Crater Lake. No zobaczymy co to wyjdzie z tych wszystkich planów... W każdym razie wstać niestety trzeba bardzo wcześnie, żeby zaliczyć wszystko po drodze (hehehe... ;>).

Na podróż wypożyczony jest Chevrolet Cobalt, auto wydaje się prowadzić dość przyzwoicie. Wersja Coupe. ;-) Jutro się okaże co można z niego wycisnąć. Jadę sobie spokojnie sam (tak, wiem, już parę osób mi powiedziało, że nie jestem normalny :-P), trzeba odpocząć od tej całej amerykańskiej hałastry. ;-)

1 mar 2007

Powrót do przyszłości...

No. To już tylko parę rzeczy i znowu jesteśmy na bieżąco. Czyli znowu trzeba zorganizować jakąś wycieczkę. Wstępny plan obejmuje okolice Lassen Volcanic Park (niestety sam park jest zamknięty chwilowo, a przynajmniej drogi w nim), Mt Shasta (ale tylko oglądanie niestety), Lava Beds National Monument. Na drugi dzień prawdopodobnie Crater Lake National Park i Redwood National Park. Zanosi się ciekawie. Zobaczymy jaka będzie pogoda i co z tego wszystkiego wyjdzie.

W międzyczasie towarzystwo tutaj zaproponowało wypad do San Francisco w sobotę, jako że jest jakaś impreza w China Town (z okazji ichniejszego karnawału czy coś). W związku z tym ma się odbyć trwająca 3 godziny parada, a China Town w SF to podobno największe w Stanach. Tak więc alternatywa na wycieczkę istnieje. :-)

No a całkiem w ostateczności to posiedzę w domu i pooglądam sobie zaległe Prison Breaki i Losty. :-P

W pracy regularnie spotykam tego niewidomego, o którym wspominałem. W Firmie, żeby się poruszać po jej terenie należy posiadać kartę elektroniczną, która otwiera drzwi. Najśmieszniejsze jest, że ten pies przewodnik również taką posiada. ;-)
Oprócz tego było ostatnio parę fajnych TechTalks, na kilku się nawet pojawiłem na chwilę. Jest to bardzo ciekawa sprawa, bo z jednej strony mam tuż obok swojego biurka salę, w której odbywają się te wykłady (w tej sali regularnie po parę dziennie). A jeśli nie odbywają się akurat tutaj, to zwykle w tej sali są zdalnie wyświetlane. W takim wykładzie można sobie uczestniczyć, zadawać pytania, wchodzić, wychodzić. Czyli prawie jak na uczelni, tylko zainteresowanie większe i kompetencje wykładowców również. ;-)

Kierowca naszego busa szkoli sobie pomagiera - okazało się, że (jak większość miejscowych) jest Amerykaninem tylko z urodzenia, bo jego rodzice to Grecy. Zastanawiam się czy tutaj mieszka ktoś dłużej niż jedno pokolenie. :-D

Tak poza tym to człowiek w tym tygodniu się stał starszy, ale niby nic się nie zmieniło. Ludzie ci sami, łącze w NASA tak samo słabo działa i tak samo je wyłączają o północy, bus przyjeżdża o 7:30 jak przyjeżdżał i tak można by wymieniać... tylko jakoś tak głupio samemu się urodziny obchodzi... Na ale nie narzekam. Dzięki wszystkim serdecznie za życzenia. :-)

Tak więc miłego dnia Wam, a sobie miłej nocy, życzę. :-)