Hajking, kamping, drinking
Korzystając z chwili czasu oraz tego, że moi towarzysze właśnie odsypiają wczorajsze wieczorne wyjście na miasto wrzucę przynajmniej wczorajsze zdjęcia. :-)
Zapraszam do oglądania. :-)
Opis weekendu już za parę godzin, opóźnienia wynikają jak zwykle z poniedziałku. ;)
No i nadchodzi. ;-)
Cała wycieczka zaczęła się w piątek moim popołudniowym wyjazdem do San Francisco po laptopa. W firmowym busie było dość ciasno, co zmusiło mnie (a naprawdę nie miałem takiego zamiaru :-P) do przycupnięcia koło miłej Japonki z HR-u. No i podróż upłynęłaby bardzo miło, szybko i przyjemnie gdyby nie tradycyjne popołudniowe korki na 101 i to jeszcze dodatkowo spotęgowane przez piątek. Skutkiem pod Civic Center znalazłem się dopiero o godzinie 18:10. Wysiedliśmy więc i poszliśmy... eee... poszedłem (się czasem człowiek rozmarzy ;>) do serwisu. Udało mi się tam dotrzeć szczęśliwie 5 minut przed zamknięciem i odebrać laptopa. :-)))
Z resztą moich towarzyszy (Laurent, Mathieu i Khalid) podróży weekendowej uzgodniliśmy, że wyruszą z pracy (mieli wypożyczyć samochód w MV) o godzinie 18. Zadzwoniłem więc do nich, żeby się upewnić, że już wyjechali. Kiedy więc upewniłem się, że jednak jeszcze nie wyjechali, postanowiłem znaleźć sobie jakąś kafejkę. Na całe szczęście jedna znajdowała się tuż obok, więc uzbrojony w laptopa i kawę mogłem sobie skorzystać z internetu. Chłopakom udało sie wreszcie dotrzeć do SF (po paru telefonach i uzgodnieniu gdzie się spotykamy) koło godziny 20:30... ;-)
Wskoczyłem więc do ciepłego samochodu (SF należy niestety do dość zimnych miast) i ruszyliśmy w drogę. W okolicach Santa Rosa zatrzymaliśmy się jeszcze na krótką przekąskę i pomknęliśmy dalej na północ. Ta część podróży jest mi już mniej znana ze względu na sen, który mnie zmorzył. ;-) Obudziłem się w okolicach Laytonville, gdzie tankowaliśmy. Jak się okazało na całe szczęście, bo Mathieu (wskutek wrogiej propagandy oraz czarnego PR-u) myślał, że mamy zamiar jechać aż do samego Crescent City. Uzgodniliśmy szybko, że wystarczy zatrzymać się w miasteczku Eureka, gdzie znaleźliśmy się gdzieś około 2 w nocy. Szybkie poszukiwania motelu, nawet udało się znaleźć jakiś z WiFi, więc mogłem sobie porozmawiać z krakowskim towarzystwem leczącym kaca po piątku. ;-)

Rano zwlekliśmy się z łóżka koło godziny 8 i pojechaliśmy z Mathieu i Khalidem do okolicznego sklepu po prowiant na dzień. Zajęło to jakieś 20 minut, wróciliśmy po Laurenta i pojechaliśmy do Visitor Center w Orick. Tam z panią Ranger uzgodniliśmy sobie trasę do chodzenia na cały dzień. Pani była słusznych rozmiarów i stwierdziła, że wyglądamy zdrowo i jej ta trasa zajęłaby jakieś 3 godziny. Tak więc postanowiliśmy trochę tą trasę poszerzyć i podjechaliśmy sobie na miejsce, gdzie trasa miała się zacząć, czyli Elk Prairie Campground.

Tutaj już wysiadka z samochodu, spakowanie plecaków, zmiana butów i w drogę. Na początku nie zapowiadało się zbyt ciekawie, jednak za chwil parę wyszło słońce i pogoda zrobiła się wręcz idealna do wycieczki na nogach. Wszystko bardzo ładnie sprzyjało naszej wycieczce. Co prawda ja uważam, że wcale nie sprzyjały temu podejścia, ale reszta towarzyszy miała na ten temat inne zdanie... ;-) W każdym razie przechadzka po lesie wśród 100-metrowych sekwoi robi wrażenie. Przynajmniej robi wrażenie przez pierwsze parę chwil, dopóki to reszta moich towarzyszy też nie stwierdziła, że naoglądała się dużych drzew za wszystkie czasy.

Pierwsza część pieszej podróży obejmowała West Ridge Trail, następnie przez Zig Zag #2 zeszliśmy na drogę i weszliśmy na szlak, który nazywał się Rhodendron Trail. :-) Po drodze spotkaliśmy jeszcze paru innych turystów, wymieniliśmy standardowe uprzejmości i poszliśmy dalej. Ten fragment opuszczę, bo chyba nikt nie jest zainteresowany spoconymi, męskimi ciałami, mięśniami napiętymi do granic wytrzymałości, etc. ;-) W rezultacie jak się okazało, nie należy ludzi oceniać po wyglądzie, bo może tej pani Ranger ta trasa zajęłaby 3 godziny, ale my po 3 godzinach nie byliśmy jeszcze nawet w połowie. :-P Zmusiło nas to troszkę do zmiany trasy (trasę postaram się na mapkach zaznaczyć jutro, bo obecnie siedzę na polu z racji słabego zasięgu w pokoju, jest jakieś 10 stopni i zimno w dupę ;->). Szczęśliwie w końcu dotarliśmy do samochodu. Dodam, że w stadium zmęczenia i obcowania z naturą, w którym byliśmy, namawianie nas na akcję ratowania sekwoi czy inne takie nie byłoby dobrym pomysłem...

Wsiedliśmy więc szybciutko w samochód i udaliśmy się w podróż powrotną do Eureki. Tym razem znaleźliśmy trochę tańszy motel. Szybki prysznic w wykonaniu wszystkich i udaliśmy się do lokalnego mikrobrowaru. Jak się okazuje jednak mają całkiem niezłe piwa momentami. ;-) Ten fragment również pominę w opisie, jako że jest dość oczywisty: sobotni wieczór, 4 facetów (niby tylko 3 pijących, ale zawsze), miły bar (ale rzecz jasna nie tak miły jak Awaria. :-D
No i reszta opisu oraz update statusu już jutro, zmykam zanim nabawię się jakiegoś wilka czy innej lokalnej odmiany odmrożenia dupska. ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz