Miesiąc
Tak. W sumie to już miesiąc jak opuściłem nasz piękny, rodzinny kraj... Dzisiaj to już nawet miesiąc i jeden dzień. Niedługo będę musiał napisać jakieś sprawozdanie dla CDS chyba (ta organizacja, przez którą rzekomo byłem tutaj ściągany). Znowu jakaś papierkowa robota. No to zostało jeszcze pół roku. Ech... no ale miejmy nadzieję, że minie równie szybko. Nie ma się co rozczulać, przejdźmy do rzeczy.
W piątek wyszedłem trochę wcześniej z roboty, żeby wypożyczyć samochód. Poza tym miałem plan nocowania gdzieś nad Pacyfikiem. No i chciałem zdjęcia zachodu słońca porobić... no i jak zwykle wyszło z tego tyle...
Najpierw wyszedłem z pracy koło 15. Na przeciwko budynku jeździ Caltrans, którym się można za darmo dostać na stację kolejową. Niestety jakoś tak się złożyło, że ten w okolicach trzeciej nie przyjechał... Tak więc na nóżkach do wypożyczalni, czyli jakieś 50 minut. Po czekaniu prawie pół godziny na autobus, byłem więc prawie o w pół do piątej w wypożyczalni. Potem jeszcze do domu po bety i można było jechać. Plan obejmował przejechanie przez Sunnyvale na południe do Santa Cruz, tam trochę zdjęć, a potem wzdłuż Pacyfiku do LA. A właściwie gdzieś w okolice, rozważałem nawet opcję spania na plaży. No ale. Najpierw w samym MV wpakowałem się w korek. Potem okazało się, że jak nie jeden korek, to drugi do Santa Cruz też istnieje. Jednym słowem, zanim znalazłem się w Santa Cruz było już dawno po zachodzie i zdjęcia mogłem sobie co najwyżej na pocztówkach zobaczyć (nota bene nie widziałem tutaj jeszcze pocztówek... :>). Zresztą nad zatoką (akurat ta okolica się nazywa Half Moon Bay) byłem na tyle późno, że nawet żadnych zachodnich łun nie było już.

No ale nic, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem powiedziałem sobie i pojechałem na południe. Co by się nie nudzić, nie pojechałem autostradą 101, tylko pojechałem drogą nr 1 nad samym brzegiem. W sumie bardzo dobrze, bo trzeba na tyle często kręcić kółkiem, że szansa zaśnięcia jest zerowa. ;-) Po drodze co i rusz mijałem jakieś stejt parki, ale niestety ze względu na brak światła już raczej nie pozwiedzałem. Po dojechaniu do San Luis Obispo z ulgą przyjąłem zmianę drogi... :-) Niestety, jako że to wszystko nad oceanem dziura na dziurze, to nawet zasięgu nie było, żeby chociaż można komuś było sygnał puścić (nie może w końcu tak być, że ja nie śpię, a wy śpicie przecież... :-P). W każdym razie nocleg miałem zaplanowany w okolicach Santa Barbara. No ale im dłużej jechałem tym bardziej to przekładałem. Na początek przełożyłem w okolice Ventura. Od okolicy Ventura przez jakieś następne 25 mil (na wschód, bo nie mówię ile się dodatkowo najeździłem) szukałem jakiegokolwiek noclegu. Tutaj jest taki dobry zwyczaj, że na autostradzie pisze na znakach - lodging, next right. Jest napisane. :-P Co z tego, jeśli miejsc noclegowych nigdzie nie ma...
Trochę zdenerwowany znalazłem wreszcie miejsce w jakimś motelu (który był na tyle duży, że było widać jego szyld z autostrady) w Malibu, gdzie też złożyłem do snu moje zacne ciało. ;-) Reszta jeszcze dzisiaj (nawet prawdopodobnie nawet waszego czasu), ale później, bo muszę jeszcze iść parę rzeczy załatwić. :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz