3 mar 2007

Wulkany, wulkany...

No i teraz problem od czego tutaj zacząć. Więc (tak wiem, nie zaczyna się zdania od więc) wstałem o 4. Już samo to świadczy o stopniu upośledzenia. ;-) Z MV na południe, przedostałem się na drugą stronę zatoki, drogą 580 (albo 680, albo jedną i drugą) już
na północ w stronę Sacramento. Do samego miasta nie jechałem, tylko pojechałem trochę na przełaj i wjechałem na autostradę nr 5. Na wysokości Sacramento zatrzymałem się, żeby zrobić parę zdjęć wschodu słońca. ;-) W sumie wcześnie, tuż po wyjeździe mogłem
zrobić parę zdjęć księżyca (prawie pełnia), ale jeszcze się nie nauczyłem na tyle obsługiwać aparatu...

Po jakichś następnych 2 godzinach byłem w Red Bluff. Po drodze jeszcze minąłem dwa domy na kółkach (dosłownie, nawet są na zdjęciach). Z Red Bluff miałem zamiar już dać się w góry, więc jeszcze szybkie danie znać, że żyję i skręciłem na wschód. Tutaj niestety okazało się, że odcinek drogi 89 (N-S), który przechodzi przez Lassen National Volcanic Park, jest zamknięty. Z tego powodu musiałem sam park objechać naokoło. Na wschód od Red Bluff zaczyna się krajobraz postwulkaniczny. Akurat w tym wypadku oznaczało to dość bujny krajobraz (bardzo dużo zieleni) z mnóstwem karłowatych drzewek i wszędzie porozrzucanych kamieni (na oko to wyglądało na coś podobnego do bazaltu, ale pewnie się mylę :-P).




Trochę bardziej na północ zaczął się już krajobraz wyżynno-górski. Z zastrzeżeniem takim, że wszystkie góry w okolicy to kratery wulkanów. W zależności od tego jak stare - takie miały kształty. No a z daleka dało się już dostrzec Mt. Shasta. :-) Dla uściślenia - tak nazywa się góra, ale także miasteczko u jej podnóża. Tak więc zahaczyłem o to miasteczko, ale okazało się, że nic ciekawego w nim nie ma, więc rozpocząłem kolejny etap podróży, czyli kierunek Lava Beds National Monument. Tuż za Mt. Shasta zaczęła się mgła (wjechałem w dolinę), a właściwie to bardziej niskie chmury. Parę mil dalej zatrzymałem się w McDonaldzie na kolejną kawę w miejscowości o pięknej nazwie Weed. :-D Obsłużyła mnie całkiem całkiem pani (jak mnie żadna nie zechce, to przynajmniej wiem gdzie mam wracać :-P) i pojechałem dalej. Miasteczko przypadło mi do gustu (ze względu na nazwę, kto nie wie o co chodzi niech sobie przetłumaczy nazwę). :-D

Chwil parę później wyjechałem z doliny i moim oczom ukazał się naprawdę ładny widok na Mt. Shasta. Do tego akurat szczęśliwie leciał jakiś samolot na południe, więc na zdjęciach wygląda to jakby z krateru puszczali fajerwerki. ;-)



Droga już do samego LBNM przebiegła bez żadnych emocji. Po drodze rzecz jasna parę przystanków na robienie zdjęć i byłem na miejscu. Na początek poszła rzeka magmy, następnie dwa postwulkaniczne kominy. Byłem w swoim żywiole. Nie wiem dlaczego, ale z jakichś powodów uwielbiam wszystko co związane z wulkanami. :-) Następnie Zaliczyłem dwie jaskinie i udawałem się do trzeciej o malowniczej nazwie Skull Cave, kiedy mój dobry humor przerwało delikatne "kling! kling! kling!" i na desce rozdzielczej wyświetlił się napis "LOW FUEL"... Stary, a głupi. Do najbliższej stacji benzynowej było jakieś 30 mil. Bogu dzięki jakoś udało mi się dotoczyć do stacji. Ku mojej zgrozie okazało się, że nie przyjmują kart kredytowych. Ku jeszcze większej zgrozie okazało się, że także nie przyjmują pieniędzy i żeby zatankować trzeba mieć jakąś specjalną kartę... Zaglądnęło mi widmo zapieprzania po benzynę 4 mile dalej do następnego miasteczka. Na szczęście udało mi się odkupić benzynę od innego gościa, który akurat posiadał takową kartę. Tak więc okazało się, że nie ma nadziei, Chwastek żyć będzie. :-P

Udałem się więc przez Merrill w stronę Crater Lake. Po drodze minąłem Upper Klamath Lake. Ech. No piękny krajobraz - biało na około, góry na około, na środku jezioro, piękna pogoda. Strasznie żałuję, że tak mało zdjęć udało mi się zrobić tego jeziora, ale niestety żywcem nie było miejsca, żeby się zatrzymać. :-( No ale może następnym razem uda mi się operatora aparatu ze sobą zabrać. ;-)

Niedługo później byłem już w Crater Lake - właściwie dosłownie, bo samo jezioro znajduje się w kraterze wulkanu i można sobie spokojnie tam wjechać. Niestety było późno, więc nie miałem za bardzo czasu, żeby pochodzić. Podobno normalnie można załapać się z Rangerem na przechadzkę z użyciem rakiet śnieżnych. :-)
Ponieważ pogoda była ładna, a mnie się wyjątkowo dobrze prowadziło (pełnia w końcu, księzyc wzeszedł zaraz po zachodzie słońca ;-P), postanowiłem więc dojechać sobie na wybrzeże. Po drodze zostałem bardzo miło zaskoczony przez sprzedawcę na stacji benzynowej, który stwierdził, że skoro biorę tylko kawę to "Have a good night!" i dostałem ją za darmo. :-)



Tak więc do Crescent City dotarłem bez większych problemów, troszkę tylko żałuję tej jazdy nocą, bo pomiędzy Grants Pass a Crescent zaczynają się lasy Redwood (nie Sherwood :-P) i było parę fajnych drzew. No ale na szczęście co się odwlecze, to nie uciecze i udało mi się parę fajnych drzew zobaczyć dnia następnego. No ale to już jutro. :-)

1 komentarz:

une_petite_poulette pisze...

hej ho, cie nosi, polez w lozku i poogladaj seriale jak na hamerykanca przystalo;)ja wlasnie odkrylam Desperate Housewives, tak wiem wiem jak zwykle ostatnia, i za nic w swiecie nie chce mi sie z lozka wychodzic:)buziaki