Powrót
Druga część podróży była zdecydowanie mniej obfita w w ciekawe wydarzenia. No ale też wstałem dopiero o 5:30, więc nie było dużo czasu na jeżdżenie. Na koniec jeszcze miła pani na recepcji zaproponowała mi "donata" na śniadanie (grzecznie odmówiłem) i ruszyłem... na drugą stronę ulicy po kawę i w drogę. ;-)
Na początek poszły widoczki z samego Crescent City - trochę zdjęć plaży, portu, okolic. W sumie miasteczko jak miasteczko, nic ciekawego, nastawione na turystów i przejezdnych.
Tak więc przez następne n mil, aż do Orick zatrzymywałem się co jakiś czas i robiłem zdjęcia wybrzeża. Całkiem ładne. ;-) Później skręciłem sobie gdzieś na wschód, żeby zwiedzić Fern Canyon. Po drodze udało mi się sfotografować stado dzikich jeleni czy jakkolwiek to się w tych Stanach nazywa. No jaja... właśnie sprawdziłem i "elk" oznacza łosia europejskiego... I niech mi ktoś powie, że to nie jest nienormalny kraj. :-P
Niestety okazało się, że droga do Fern Canyon jest zamknięta jakieś 2 mile przed samym kanionem, a na drodze stoi rzeczka. Na tyle głęboka i zimna, że stwierdziłem, że nie będę ryzykował przeprawy. Tak więc postrzelałem parę kolejnych zdjęć i pojechałem dalej.
Tak więc zawinąłem o miasteczko o nazwie Eureka na kawkę i dalej 101 na południe. Już myślałem, że jestem po zwiedzaniu Dużych Drzew (tm), ale okazało się, że na szczęście przede mną jeszcze jest Avenue of the Giants. :-) Tutaj zrobiłem zdecydowanie dużo zdjęć. W porównaniu z drzewami z parków Redwood, drzewa z Sequoia Park są naprawdę małe. Niestety na zdjęciach jest to ciężko ująć, ale mam nadzieję, że przynajmniej częściowo mi się udało. W każdym razie widoki są naprawdę imponujące kiedy jedzie się taką drogą, wokół której brzegów rosną 80-100 metrowe drzewa. :-D
Avenue of the Giants ma jakieś 30 mil długości i później trzeba jechać już normalnie autostradą. Jeszcze udało mi się zahaczyć o "drzewo przejazdowe" (drive thru tree) na samym końcu i zanosiło się na powrót. No ale nie tak szybko, udało mi się po drodze jeszcze dostać mandat za przekroczenie prędkości, tak więc dalsza część drogi była trochę w zwolnionym tempie. ;-)
W Legget skręciłem więc nad Pacyfik i wybrzeżem przez Fort Bragg, Mendocino i Albion, a potem drogą 128 z powrotem na autostradę. Rzecz jasna bez zdjęć się nie obeszło. No i okazało się, że te dolinki przez które przechodzi 128 są też całkiem zacne. Niestety zdjęć za dużo nie ma, bo już się powoli zaczynałem spieszyć do domu (jak się przestrzega ograniczenia prędkości to się strasznie podróż wydłuża :-P). 
No i ostatni dystans przez 101 do domu już przebiegł bez żadnych zakłóceń ani przystanków - dojechałem sobie grzecznie na rezerwie paliwa... ciekawe gdzie następnym razem...? :-)
PS: Jutro jeszcze wrzucę mapkę, tutaj łącze jest trochę za wolne na ściąganie map. :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz