11 mar 2007

Remont

Tak więc drugi dzień zaczął się niestety wcześnie, bo jakoś koło 7 już jechałem. Piękną rzeczą w amerykańskich samochodach jest 'cruise mode'. Wciska się dwa przyciski i... "CRUISE ENGAGED". :-D No i można tak jechać i jechać. Pedałów żadnych naciskać nie trzeba. Skrzynia automatyczna, więc jedną rękę się ma wolną, można sobie palić, dłubać w nosie czy kto co tam bardziej lubi. ;-)

Przejechałem przez LA, pogoda była na tyle brzydka, że nie chciało mi się zatrzymywać. Zresztą nie spodobało mi się. Pewnie jakbym pojechał bardziej do centrum, to inaczej by to wyglądało. Tak więc przemknąłem przez miasto i pojechałem na południe wzdłuż wybrzeża. W Carlsbad skręt na wschód i przez Escondido dalej. W Escondido udało mi się zaliczyć klasyczne zgubienie się, więc juz mogłem być spokojny na dalszą część podróży. ;-)

Za chwilę zrobiła się naprawdę piękna pogoda, do tego fajne widoczki. Tak więc - zimny łokieć i jazda. :-D Przez jakiś czas jechałem otoczony szpalerem harlejowców. Ech, to jest taki moment, kiedy by się chciało mieć motor i sobie tak jeździć... No ale dzięki temu też podróż upłynęła przyjemniej i szybciej i zanim się zorientowałem byłem już na terenie Anza-Borrego. Hot. I to dosłownie, bo w szczytowym momencie było 94 stopnie Fahrenheita (czyli prawie 35 stopni...). Jak na pustyni. ;-)





Kolejna śmieszna rzecz to to, że tuż za pustynią mają tam wewnętrzne morze. Nie powiem, żeby mi się jakoś bardzo spodobało, a w dodatku bardzo śmierdziało. Tak więc parę zdjęć i w dalszą drogę. :-)

Trochę niestety pojechałem za daleko, tak więc zahaczyłem o Caochella do maka na kawkę i autostradą 10 na wschód do południowego wjazdu do Joshua. Ech, no fajne mają tam widoczki, powiedziałbym wręcz, że eksportowe. :-) Bardzo ładny park. Trochę się niestety już spieszyłem, więc bardzo dużo nie pozwiedzałem, ale tak czy siak nie powiem, żebym mógł na cokolwiek narzekać. :-) Na koniec jeszcze w okolicach Joshua Tree (tak się miasteczko nazywa) porobiłem jakieś siakieś zdjęcia zachodu i ruszyłem w drogę powrotną.





Długą drogę powrotną. W rezultacie, na szczęście bez większych perypetii, dotarłem do domu koło godziny drugiej nad ranem. Niestety usnąć od razu się nie dało (nie po takich ilościach kawy... :-P), na szczęście już było z kim porozmawiać na sieci... :-)





No a niedziela dość leniwa, ale to później. ;-) Porobiłem trochę zdjęć zachodu słońca, są na picasie. :-)

Brak komentarzy: