Status update?
Jak widać drugi miesiąc pracy tutaj zaczyna się arcyciekawie... No ale nie ma co narzekać, po prostu chwilowo zmienia się częstotliwość umieszczania postów oraz godzina. ;-) Tak więc siedzę sobie spokojnie po śniadanku i stukam w klawiaturę...
Wczorajszy dzień dość spokojny, chociaż nie powiem, żebym się nie nadenerwował przez tego laptopa. Tak to jest jak się człowiek sam weźmie za naprawianie różnych rzeczy... ech... ;-) Na szczęście nie wygląda to na nic poważnego, tylko trzeba znaleźć jakiś serwis. W tym celu właśnie wczoraj udałem się do SF - znalazłem na sieci sklep, wziąłem adres i pojechałem sobie busikiem z naszej firmy do miasta. Sklep był niedaleko od przystanku, jakieś 3-4 przecznice. Niestety nie wiem z jakiego powodu pomyliły mi się znowu ulice, skutkiem czego nadłożyłem jakieś 4 mile drogi (na dystansie pół mili :>). No ale przy okazji udało mi się zwiedzić bibliotekę, komisariat - same miłe rzeczy. ;-)
Poza tym tak się złożyło, że musiałem pochodzić po mieście i trochę pobłądzić, więc nie były to okolice Market St. i innych równie wytwornych ulic. Jak się okazało SF wcale nie jest takim pięknym i zadbanym miastem na jakie wygląda na pierwszy rzut oka. Trochę smutne widoki (oraz oczywiście jak to w Stanach, jak z filmu), jacyś narkomani w ślepej uliczce, ludzie żebrzący na ulicy, śmieci rozrzucane przez wiatr, sterty gazet... Takie trochę inne spojrzenie na Wielką Amerykę...
Oczywiście z laptopem nic nie załatwiłem, bo najzwyczajniej okazało się, że sklep nie istnieje. Tak więc z powrotem Caltrainem do MV i na nóżkach do domu. Po drodze ze stacji zaczepił mnie jeszcze Felipe właśnie wracający z pracy (jakbym spał do 10, to też bym mógł wychodzić z pracy o 21 :P) i wspólnie do domu.
No i się wreszcie ogoliłem... :-)
A za 1.5h przemawia u nas niejaki Murray Gell-Mann. Na który to wykład mam zamiar się udać. :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz