16 kwi 2007

Eagle Lake

Dla kolejności wydarzeń zacznę od piątku. Skoczyliśmy z Mathieu do REI, gdzie zakupiłem sobie plecak i wypożyczyliśmy rakiety (takie do chodzenia po śniegu dla jasności ;-)). Następnie udaliśmy się jeszcze zjeść jakiś obiad - odwiedziliśmy lokalny "zakład", gdzie robią burrito. Wbrew pierwszemu wrażeniu okazało się, że robią naprawdę świetne żarcie. :-)

Po zjedzeniu wróciliśmy do Firmy i pojechałem do domu ostatnim busem. No i tutaj tradycyjne wieczorne zajęcia, trochę posprzątałem, spakowałem się, zrobiłem sobie krótką przebieżkę i oglądnąłem film, który pożyczył mi kierowca busa. Nic naprawdę konkretnego, tak ot można sobie rzucić okiem. :-)
W rezultacie na skutek tych przedłużonych różnych aktywności położyłem się spać około 1.

Na szczęście udało mi się wstać bez większych problemów i przygotować się na umówioną godzinę 7, kiedy to Laurent z Mathieu mieli po mnie przyjechać. Rzecz jasna reszta ludzkiej populacji jest normalna i nie wstaje o tej porze, więc okazało się, że jeszcze śpią. Z lekkim, 45-minutowym poślizgiem zebraliśmy się i pojechaliśmy. Droga na szczęście naprawdę była prosta. Chłopaki poszli spać, ja prowadziłem. No i prowadziło się naprawdę dobrze w sumie dopóki Mathieu się nie obudził i nie zaczął mnie pilotować (wiem, że to nieładnie zwalać na nieobecnych, ale na kogoś trzeba :-P).

Prawidłowo nasza droga powinna była wyglądać następująco:




A wyglądała tak...




No ale na szczęście po lekkich korektach udało się nam jakoś dotrzeć na miejsce i wziąć się powoli za wspinaczkę (rozpoczęliśmy w miejscu dużej czarnej kropki na mapie):




Pogoda była dość średnia, ale skoro już byliśmy na miejscu, to trochę bez sensu byłoby siedzieć w motelu. ;-) Nie wydawało nam się, żeby było na tyle śniegu, więc rakiety zostawiliśmy w bagażniku. Jak się okazało mylnie. ;-) Na samym początku doszliśmy do Eagle Lake. Odległość nie była duża, ale ze względu na wysokość człowiek bardzo szybko się męczy (że o braku kondycji nie wspomnę). Ponieważ szło nam całkiem nieźle postanowiliśmy udać się dalej w stronę Lower Velma Lake. I tutaj zaczęły się schody, bo nagle okazało się, że śniegu jest po kolana momentami, a szlak nie jest za dobrze oznaczony. Do tego padający śnieg, nasza amatorszczyzna, dzikie pumy i niedźwiedzie... Jednym słowem, dobrze, że dalej żyjemy. No i to by była wersja dla pań, panowie i tak pewnie wiedzą, że to oznacza, że nie zaszliśmy za daleko. ;-)

Jak widać na zdjęciach - momentami było naprawdę stromo, ale za to i widoki bardzo ładne, do tego trochę śmiechu, więc i humory lepsze. Doszliśmy do małej dolinki, gdzie zatrzymaliśmy się na jedzenie i postanowiliśmy powoli wracać ze względu na porę (oraz zmęczenie mimo naszej żelaznej kondycji... ;-)).

Przy schodzeniu oczywiście dużo większy ubaw i jakoś bezpiecznie dotarliśmy do samochodu. Wróciliśmy do South Lake Tahoe i znaleźliśmy sobie motel. Szybki prysznic i poszliśmy do lokalnego irlandzkiego pubu, w którym zjedliśmy kolację. Po kolacji przesiedliśmy się do sekcji bardziej knajpianej, gdzie odbywał się koncert lokalnej kapeli funk-jazz. Nie grali nawet tak źle. ;-)

Oprócz tego, jak życie dowodzi, najciekawszych ludzi poznaje się na papierosie. A ponieważ w Stanach na papierosa wychodzić trzeba na pole, więc jest to dobre miejsce do integracji i mówienia o sobie. Tak więc trochę poznałem się z barmanem i dziewczyną perkusisty (która jak się okazało pracowała w Montrealu, więc Mathieu znalazł z nią wspólny temat), parę razy wszyscy wspólnie wyszliśmy na papierosa i wymieniliśmy uwagi na temat okolicy. ;-)

Po spożyciu kilku piw skończył się koncert i zostaliśmy chyba jedynymi klientami knajpy, więc również zebraliśmy się do motelu. No i okazuje się, że podobnie jak śnieg w dużej ilości, po piwie też było śmiechu co niemiara (zwłaszcza w momencie kiedy Laurent usiłował wyłączyć wiatrak, który przypadkiem włączył :-P)...

Na dobranoc jeszcze włączyliśmy sobie TV i tak jakoś zasnęliśmy po udanym dniu...

Ciąg dalszy nastąpi... :-)

PS: Dodałem jeszcze do obu albumów parę zdjęć.

Brak komentarzy: