1 kwi 2007

Grant Park

No to wrzucam zdjęcia, zapraszam do oglądania, u mnie czas spać... :-)

Grant County Park

No i dodaję zdjęcia z drugiego dnia, opis już niedługo:

Point Reyes National Seashore

W sobotę troszkę zamieszania, bo nie bardzo wiedziałem jak się maja plany weekendowe. Wstałem więc koło godziny 8, a koło godziny 9 zadzwonił Mathieu i obwieścił mi, że przyjadą po mnie niebawem. W ten sposób o godzinie 10 mniej więcej przyjechali, poznałem Herve. Nota bene bardzo sympatyczny człowiek i da się z nim o różnych rzeczach pogadać. Pojechaliśmy do MV na śniadanie oraz uzgodnić ostateczny szkic trasy na weekend. W rezultacie postanowiliśmy pojechać zwiedzić obserwatorium na szczycie góry Mount Hamilton. Na szczęście nie jest to daleko, więc nie przeszkadzała nam za bardzo trochę późna już pora.





Z MV udaliśmy się zaplanowaną trasą, ale nie posiadaliśmy zbyt dokładnej wiedzy na temat naszego miejsca przeznaczenia, w związku z czym udało nam się zaliczyć klasyczne zgubienie i trasa wyglądała w następujący sposób. ;-)





Po tych krótkich perypetiach udało nam się trafić na właściwą trasę i już spokojnie udaliśmy się do obserwatorium. Po drodze minęliśmy też parę ciekawych samochodów (jak na jednym ze zdjęć - Lotus). Na szczycie okazało się, że jednak jeśli chcemy sobie pochodzić po górach, to lepiej jest to zrobić w Parku Granta (Grant County Regional Park). Zjechaliśmy więc do doliny i udaliśmy się w trasę. Super pogoda, więc i przyjemnie się podróżowało, cały czas słońce, lekki wiatr, żeby nie było za gorąco. Idyllicznie wręcz, pomijając sprawę, że trzeba było iść pod górę. ;-) No ale na szczęście jest to tylko część Diablo Range, a nie Gór Skalistych, więc jakoś daliśmy radę. Dotarliśmy więc na szczyt (z paroma postojami) i postanowiliśmy sobie zrobić trochę dłuższą trasę. W rezultacie udało się nam trafić na stado krów puszczonych luzem. Po chwili wahania (w końcu ich było więcej) jakoś przeszliśmy. Tutaj prawdziwym bohaterem okazał się Mathieu, który przepędził krowy głośnymi okrzykami. Herve i ja mieliśmy trochę bardziej mieszane uczucia jeśli chodzi o stawianie czoła 20-30 krowom. No ale skończyło się na kupie śmiechu i poszliśmy dalej.

Większym problemem okazały się za to byki, które znajdowały się poniżej. Tutaj stwierdziliśmy, że jednak nie będziemy ryzykować i obeszliśmy je tchórzliwie łukiem.





Na koniec jeszcze trafiliśmy na pojedyncze dziki i wróciliśmy do samochodu. Jak się okazało w samą porę, bo na parkingu już czekała na nas pani Ranger (parkingi parkowe są zwykle zamykane o zachodzie słońca, żeby ludzie nie spali na dziko na takich parkingach). Porozmawialiśmy chwilę i udaliśmy się w podróż powrotną. Szczęśliwie jakoś dojechaliśmy, bo oczywiście zapomnieliśmy zatankować wcześniej.

Udaliśmy się do San Jose, Herve zaproponował jakąś meksykańską restaurację. Znaleźliśmy więc jakiś w miarę przytulny kąt i zamówiliśmy jedzenie. Ech... po takim męczącym dniu jedzenie naprawdę smakuje nieźle, a chyba do tego było nieźle przyrządzone. :-)

No a na sam koniec dnia stwierdziliśmy, że udamy się do MV na piwko, co też uczyniliśmy. Było miło i sympatycznie, Herve służył za szofera i mnie potem odwiózł do NASA. Umówiliśmy się na telefon znowu w okolicach 9 i poszedłem grzecznie lulu. No a przeżycia niedzielne już niedługo, tutaj czas najwyższy spać, bo później Felipe znowu będzie marudził, że mu świecę światło po nocy. ;-) Miłego dnia! :-)

Brak komentarzy: