9 kwi 2007

Łikend po amerykańsku (cz. 1)

I to wyjątkowo. Udało się zaliczyć parę klasycznych amerykańskich rozrywek. No ale po kolei, bo inaczej się w tym wszystkim nie odnajdę. ;-)

Na początek zadzwonił do mnie w piątek wieczorem Mathieu z propozycją wyskoczenia na imprezę. Do Laurenta przyjechał znajomy z NY (niejaki Oliver), który z kolei ma znajomych na kampusie Stanford, więc mieliśmy nagraną imprezę. Kampus przyjemny, jakkolwiek do miasteczka AGH się rzecz jasna nie umywa. ;-) Do tego okazało się, że jest to impreza fizyków... No ale nie było na szczęście tak tragicznie jak to brzmi. :-)
Zostaliśmy poczęstowani lokalnie warzonym piwem, które o dziwo okazało się całkiem niezłe. Mówiąc lokalnie warzonym mam na myśli lokalnie w akademiku. :-) Jedną z ciekawszych części wieczoru był "beer-pong". Nie do końca rozumiem zasady tej gry, ale chyba oni też do końca nie wiedzieli jaki jest cel. Szczęśliwie udało mi się uniknąć udziału, ale i tak był problem ze wstawaniem następnego dnia. Zresztą problem ze wstawaniem mieli wszyscy, jako że impreza zakończyła się dla nas koło godziny 3 nad ranem. ;-) No i oczywiście zakończyła się w kuchni, jak to każda porządna impreza.

Następny dzień był naprawdę ciężki. W rezultacie Laurent (który chyba wstał pierwszy z towarzystwa) zadzwonił do mnie koło godziny 14, że może po mnie przyjechać. Plan na sobotę obejmował koncert The Killers. Tutaj małe wtrącenie: mój bilet znajdował się w rękach Edwina, którego w życiu nie widziałem na oczy. Udaliśmy się więc do Firmy, jako że na intranecie można znaleźć zdjęcia pracowników. Niestety Edwina tam nie było, ale na wszelki wypadek zostawiłem mu numer telefonu do mnie. Następnie pojechaliśmy po resztę towarzystwa i zarezerwowaliśmy sobie hotel w SF. Tutaj wyróżnił się Oliver, który prowadził negocjacje cenowe ("130 for the two rooms? Wait, I'll ask my associates and call you back" :-D). Udaliśmy się więc na miejsce, zrzuciliśmy rzeczy do pokoi i wyruszyliśmy w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Polecono nam bar z kebabami, który na szczęście okazał się całkiem sympatyczny i smaczny. W międzyczasie zadzwonił Edwin i umówiliśmy się przed samym koncertem w okolicy. Ponieważ było jeszcze trochę czasu, skoczyliśmy więc na szybko do baru. Czas zleciał szybko, udałem się z Laurent po Edwina, spotkaliśmy się w umówionym miejscu i poszliśmy na koncert. Przed wejściem czekała już na nas reszta towarzystwa. Na początek zagrały dwa zespoły supportowe. Nie spodobały mi się jakoś szczególnie, ale też nie były takie złe. ;-) No i w końcu pojawił się długo oczekiwany zespół. Pojawił się efektownie. W ogóle cała oprawa koncertu była przygotowana niesamowicie profesjonalnie. Wszystkie światła, efekty, aranżacje piosenek. Naprawdę bardzo spodobał mi się koncert, mimo że nie jestem żadnym specjalnym fanem Killersów. :-) Jedynym minusem jest, że zagrali trochę krótko, no ale nie można mieć wszystkiego. Na koniec udaliśmy się zakończyć miły wieczór w barze. Bar okazał się również całkiem miły. Tutaj spotkała mnie dość śmieszna sytuacja. W Stanach (a przynajmniej większości stanów) nie wolno palić w lokalach. Skutkiem czego zawsze na zewnątrz baru ustawia się kolejka - co również sprzyja integracji. W każdym razie śmiesznym akcentem było to, że akurat gdy stałem sobie przed lokalem, wszyscy którzy akurat przychodzili do tego baru brali mnie za "bramkarza" i pokazywali na wejściu swoje ID. :-)
W końcu o godzinie 2 zamknęli knajpę, więc poszliśmy spokojnie do hotelu spać.

No a już za chwilkę wrzucę zdjęcia i drugą część opisu, bo niedziela może nie tak bardzo, ale również obfitowała w różne wydarzenia. :-) Zdjęcia z samego koncertu dorzucę jutro, bo adres strony na której Herve ma swoje zdjęcia zostawiłem w pracy... Na razie tylko parę fotek, które zrobiłem w San Francisco. :/

STATUS UPDATE: Zdjęcia dorzucone, jakkolwiek nie jest to szczytowa technika i jakość, ale zawsze daje jakiś tam obraz koncertu. :)

Brak komentarzy: