Łikend po amerykańsku (cz. 2)
Udało się wstać mniej więcej o godzinie 11... ;-) No i całe szczęście, bo check-out time był pół godziny później. Zebraliśmy się więc tak zwanym szybciorem i zmyliśmy się z hotelu. Niedaleko była kafejka, więc udaliśmy się na śniadanie. Zamówiłem sobie pyszne, wielkie ciacho waniliowo-rumowo-orzechowe (o ile dobrze pamiętam) z truskawkami. Mieliśmy więc namiastkę śniadania Wielkanocnego. Taką małą, ale jednak człowiek docenia, że w takim momencie nie siedzi zupełnie sam. :-)
Po śniadaniu nadeszła pora na udanie się na stadion, jako że mieliśmy oglądnąć mecz bejsbola. ;-) Jako, że doczepił się do nas niespodziewany Edwin (co nie znaczy, że niechciany, bardzo miły gościu z Kolumbii i nawet w Polsce był i mu się podobało :>), więc nie było na tyle miejsca w samochodzie. No ale pogoda była naprawdę bardzo ładna, więc stwierdziłem, że się przejdę. Na stadion to jakieś 30-40 minut na nogach z tego miejsca, w którym byliśmy, więc Mathieu stwierdził, że również skorzysta z aury. ;-)
No i co można powiedzieć o tej grze, a przynajmniej o oglądaniu, to że jest to nudne. I to naprawdę. Emocje zdarzają się raz na pół godziny, a i to nie zawsze. Skoro jednak jesteśmy już w Stanach, to grzechem byłoby nie oglądnąć przynajmniej jednego meczu. :-) Na stadionie spotkaliśmy się jeszcze z Khalidem. Wszyscy więc oglądnęliśmy sobie meczyk, do tego oczywiście trzeba było zakupić sobie tradycyjne na meczu hot-dogi. :) Generalnie było bardzo fajnie, do tego super słońce, więc jeszcze się można było przy okazji opalić.
Po meczu Khalid i Edwin udali się z powrotem do MV, a my wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy jeszcze chwilkę zobaczyć w SF coś, co nazywa się Painted Ladies. A co ciekawsze jest to 6 domów o specyficznym stylu. Z tego co pamiętam to powinny być gdzieś na zdjęciach. Przy okazji trochę popatrzyliśmy na latawce, które ludzie sobie puszczali i jakieś pół godziny później wyruszyliśmy do Berkeley. Tam spotkaliśmy się ze znajomymi Olivera - niejakim Benem z Niemiec, oraz jego dziewczyną z Kolumbii - Camillą. Wspólnie zawitaliśmy do baru o nazwie Jupiter, gdzie spędziliśmy wszyscy wieczór. Przy okazji poznaliśmy również dwie doktorantki z tamtejszego uniwersytetu. Wszyscy sobie pogadali, pośmialiśmy się trochę i udaliśmy się w drogę powrotną do MV.
Tak więc generalnie weekend udany, parę amerykańskich "activities" zaliczonych, poznani nowi ludzie, czyli w sumie chyba nie ma na co narzekać? :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz