Organizacja i takie tam
I po raz kolejny okazuje się, że wszyscy niby psioczą na ten nasz naród, ale z jak przychodzi problem to zawsze jesteśmy najlepsi w załatwianiu wszelakich spraw. W piątek trzeba było załatwić drugi samochód, więc musiałem się tym zająć (bo oczywiście nikt nie ma czasu). Tak więc oczywiście zajęło to dużo czasu, bo oprócz tego nikt nie chciał wziąć samochodu na siebie... Na szczęście na sam koniec znalazł się kolega Edwina - Stephen, który zaofiarował się, że weźmie samochód, a i tak ze względu na problemy z kartą musiałem za to zapłacić. ;-) No ale było minęło.
Zgodnie z umówionym czasem o godzinie 18 zebraliśmy się na parkingu z betami w celu wyruszenia. Wszyscy. A właściwie prawie, bo na Edwina musieliśmy czekać prawie pół godziny. Potem utknęliśmy na chwilę w korku w okolicach Gilroy, ale reszta drogi przebiegła bez większych problemów. Oprócz inercji wszelkich działań wywołanej obecnością 7 chłopa (7 wspaniałych? ;-P). Tak więc na godzinę pierwszą w nocy z krótkimi przerwami znaleźliśmy się w San Fernando już w motelu. Prędkość średnia całkiem całkiem jak na taki dystans, na szczęście udało nam się nie złapać żadnego mandatu. :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz