18 kwi 2007

Robb's Hut

Rano ze wstawaniem było dość ciężko... ale nie fatalnie. Wstałem, zrzuciłem zdjęcia na laptopa i poszedłem do sklepu po jakieś jedzenie i coś do picia. Przy okazji udało mi się też zaopatrzyć w mapę okolicy. Do tego taki poranny spacer bardzo otrzeź... znaczy się budzi. ;-)

Wróciłem i reszta ekipy powoli stwierdziła, że możemy się zacząć zbierać. Seria szybkich pryszniców, zebraliśmy wszystkie bety i wpakowaliśmy się do samochodu. Zatrzymaliśmy się w lokalnym barze na śniadanie, następnie jeszcze w pobliskim sklepie, gdzie zakupiliśmy busolę, nauczeni doświadczeniami poprzedniego dnia.





Dotarcie na miejsce nie sprawiło nam żadnych trudności i po chwili byliśmy na miejscu. Droga do Robb's Hut została polecona Laurent przez panią ranger. Przed wyruszeniem zaopatrzyliśmy się przezornie w cały osprzęt, który posiadaliśmy i wyruszyliśmy. Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie, bo mimo, że było bardzo blisko do miejsca, w którym byliśmy dnia poprzedniego, to jednak tutaj śniegu było jak na lekarstwo. No i okazało się, żę trasa bardziej przeznaczona jest dla mam z wózkami niż dla tak doświadczonych i ekstremalnych ruchaczy jak my. ;-)

W okolicach szczytu znaleźliśmy trochę śniegu i udało nam się wypróbować rakiety śnieżne. Poza tym rozciągał się całkiem sympatyczny widok. No ale niestety jako, że trasa mało wymagająca, więc w samochodzie znaleźliśmy się dość szybko, tym razem Laurent trochę poprowadził i udaliśmy się na obiad do Sacramento. Znaleźliśmy całkiem sympatyczną pizzerię, w której prawie cała obsługa dodatkowo składała się z kobiet (i to całkiem zacnych w większości :-D).

Tym razem ja zasiadłem za kółkiem i udaliśmy się do MV. Tutaj odwiedziliśmy (już prawie tradycyjnie) znajomą barmankę w St. Stephen's Green, spożyliśmy parę piwek, chłopaki odwieźli mnie do domu i sami udali się spać.

Bardzo sympatycznie spędzony weekend. :-)



Brak komentarzy: