31 maj 2007

Kanion Kolorado i Las Vegas

Z Williams do kanionu jest jakieś 50 mil, więc mniej więcej godzina drogi. W Tusayan zatrzymaliśmy się jeszcze na śniadanie, ale to w sumie najmniej interesująca część dnia. ;-)
Więc: tak, Kanion robi wrażenie. Na początek jedzie się naprawdę, naprawdę płaskim kawałkiem ziemi aż dojedzie się do samego Kanionu. Wtedy wysiada się z samochodu, podchodzi do barierki i mówi: "Wow!". Ewentualnie nic się nie mówi. Ewentualnie Amerykanie mówią "Holy fu**** shit!". Ewentualnie Polacy mówią "O kur**!". I tak dalej. :-) Kanion mierzy pomiędzy południową i północną krawędzią jakieś 10 mil. Między najwyższym punktem a najniższym jest jakieś 1.5 mili różnicy wysokości. Naprawdę jest to jedna z rzeczy, które chce się zobaczyć.

Tak więc zaparkowaliśmy samochód prawie na całkiem zachodnim brzegu parku i rozpoczęliśmy zejście do Kanionu. Zakładaliśmy, że może uda nam się zejść aż do Kolorado, ale troszkę przeliczyliśmy się z czasem. ;-) W rezultacie zeszliśmy na Plateau Point - wysunięty kawałek równiny jakieś 6 mil wgłąb kanionu i jakieś 800 metrów w dół. Zajęło nam to jakieś 4 godziny w naprawdę solidnym upale powyżej 40 stopni. Dla uwagi dodam tylko, że Kanion Kolorado znajduje się na pustyni (jak i cały południowy-zachód Stanów...), więc nie ma za dużo drzew (żeby nie powiedzieć, że nie ma żadnych żadnych). Miłym urozmaiceniem po drodze było Indian Springs, czyli swoistego rodzaju "oaza". Właściwie wyglądało to bardziej na coś w rodzaju ogrodu z kaktusami. ;-)

Na Plateau Point doszliśmy w największym upale około 14. Posiedzieliśmy tam chwilkę, każdy z nas porobił jakieś swoje rzeczy i udaliśmy się z powrotem. Co śmieszne droga z powrotem zajęła nam tyle samo czasu ile zejście, przez co troszkę się zmęczyliśmy. Steve wręcz poprosił mnie o zdjęcie: "Could you make me a picture so I can know how bad I felt?". :-D

Spiekło nas wszystkich bardzo strasznie, co zresztą troszkę widać na zdjęciach. Wsiedliśmy do samochodu i zgodnie z planem udaliśmy się do Las Vegas. Steve zasnął już po pierwszym zakrętem. ;-) Ilona potowarzyszyła mi jeszcze rozmową przez jakiś czas i również zasnęła. Żeby nie okazało się, że przegapiliśmy którąś z tradycyjnych części naszych podróży okazało się na Hoover Dam, że zapomnieliśmy zatankować. Na szczęście udało nam się jakoś wtoczyć na tamę i zjechać na drugą stronę, gdzie znaleźliśmy jakąś stację. :-D

Po Hoover Dam wyjeżdża się już na równinę na której znajduje się Las Vegas. I tutaj drugi raz tego samego dnia można było powiedzieć "Wow!". W sumie dość szczęśliwie, że przyjechaliśmy w nocy, bo zobaczyliśmy całą równinę rozświetloną. Jutro może uda mi się uzyskać jakieś zdjęcia od Steve'a. :-)
Znaleźliśmy więc motel i udaliśmy się na The Strip. Nevada jest pięknym stanem, w którym dodatkowo można sobie chodzić z piwem po ulicy, więc zakupiliśmy sobie po piwku i udaliśmy się w drogę po kasynach. Najlepszy był Steve, który podszedł do pierwszej lepszej maszyny, wrzucił 5 dolarów, zagrał za całe 5 i wygrał 110. :-) Mnie w rezultacie udało się jakoś wyjść na plus, ale dużo nie grałem, a Ilona straciła z jakieś 20 dolarów. Jak stwierdziła: "Ja to chyba będę mieć jakiegoś zajebistego kochanka!". ;-) Chodzenie po kasynach zakończyliśmy na Bellagio i udaliśmy się z powrotem do motelu spać. Dzień i wieczór jak najbardziej udany. :-)

Podróż do kanionu

Dramatis personæ:



Wyruszyliśmy z samego rana. Okazało się, że Ilona ma wypożyczony samochód służbowy, dzięki czemu nie musieliśmy przynajmniej na to wykładać kasy. :-) Ilona podjechała pode mnie, później odebraliśmy Steve'a z SJSU i wyruszyliśmy w drogę. Która na szczęście okazała się dość prosta, zresztą jechałem już tamtędy po raz kolejny, więc była mniejsza szansa na zgubienie się. ;-) Większą przerwę zrobiliśmy sobie dopiero w Barstow (chyba ;)) około południa. W sumie nic rewelacyjnego, ale po kilku godzinach jazdy każdy z przyjemnością na chwilę rozprostował kości. Zajęło to wszystko naprawdę tylko chwilkę i udaliśmy się dalej do Baker, gdzie zjechaliśmy z autostrady, żeby przejechać przez Mojave National Preserve z północy na południe. Już w Barstow było "dość" ciepło, a w Baker wręcz gorąco - 104 stopnie Fahrenheita. Jak się można domyślić, po wjechaniu do Mojave wcale nie zrobiło się chłodniej. ;)

W samym rezerwacie zatrzymaliśmy się na chwilkę dłużej przy diunach, które miały dość imponujące rozmiary. Niestety ze względu na brak czasu nie udało nam się na nie wyjść, ale przynajmniej poczuliśmy troszkę klimat prawdziwej pustyni piaszczystej. ;-)

Z Mojave na spokojnie wyjechaliśmy już na autostradę na południu i udaliśmy się w stronę Williams, gdzie zdecydowaliśmy się nocować. Co okazało się bardzo fajnym pomysłem, bo Williams znajduje się na Route 66 i jest miasteczkiem naprawdę w starym westernowym stylu. Większość facetów chodziła w kapeluszach, "flanelowych" koszulach w spodniach i w mokasynach. Do tego miasteczko posiada właściwie jedną, główną ulicę, czyli wygląda zupełnie jak z filmu. Udaliśmy się więc na spokojną kolację i wróciliśmy do motelu spać.
Przebieg dnia: 800 mil mniej więcej. :-)

30 maj 2007

Zdjęcia

Wrzuciłem na razie zdjęcia, opisy później :)

Przejazd pierwszego dnia przez Mojave
Zejście na Plateau Point w Grand Canyon
Przejazd przez Death Valley i Yosemite

UPDATE:
Niestety opisy się troszkę opóźnią, ponieważ mieliśmy małe problemy z połączeniem sieci... No ale o tym też później. ;-) Wrzuciłem jeszcze parę zdjęć z nowego domu.

25 maj 2007

Długi week-end = wycieczkowanie

Jako, że w poniedziałek jest tutaj Memorial Day, czyli generalnie wolne, więc jedziemy sobie spokojnie spożytkować te trzy dni na jakąś długa wycieczkę. W składzie: Ilona, Stephen oraz ja. Chyba, że ewentualnie uda się kogoś jeszcze dołapać, ale to już wątpliwe o tej porze. W sumie to się dziwię co ci ludzie robią, że nie chcą podróżować. :-)

Update więc prawdopodobnie we wtorek, może w poniedziałek uda mi się wrzucić jakieś zdjęcia z miejsc gdzie będziemy!

Fotografia hobbistycznie ;-)

[13:54:38] Dominie: może powinnam sobie zrobic zdjecie wlasnych piersi :D
[13:54:56] Dominie: przetestuje zoom w aparacie :D
[13:55:10] VeD: mowilas, ze nie masz obiektywu makro
[13:55:12] VeD: :P
[13:55:16] VeD: :D
[13:55:16] Dominie: buahhahahaha
[13:55:18] Dominie: buhahahahahaha
[13:55:20] Dominie: świnia :D

Nowe warunki

Nowe mieszkanie, w całkiem nowym miejscu. Na szczęście bus z pracy pozostaje ten sam. Trochę było załatwiania z tym wszystkim, więc i za bardzo czasu nie było, żeby coś napisać. No a za chwilę Ilona tak samo przyjeżdża podwieźć mnie do roboty, więc też czasu nie ma. Dzisiaj odzyskam aparat, więc jeśli tylko mi się uda to w przerwie między pracą a piwem porobię jakieś zdjęcia mieszkania i coś zaktualizuję to wszystko.

22 maj 2007

Stany część II

No i znowu jestem tutaj. W Polsce było cudownie, szkoda, że to tak wszystko szybko zleciało. No ale będzie dobrze, czas do następnego spotkania zleci szybciej niż by się to wydawało. Dziękuję wszystkim za ten wspaniały tydzień. :-) A Niektórym bardzo szczególnie, było niezapomnianie.

12 maj 2007

A tak w ogóle...

A tak w ogóle to jestem w Krakowie. Dostępu do sieci nie mam za bardzo, więc może być troszkę zaległości. Kontakt - najlepiej telefoniczny. :-)

PS: Chociaż w sumie może najprościej to w Awarii... :-P

10 maj 2007

Zaległości

Ech i znowu porobiły się zaległości, ale ten tydzień wyjątkowo zajęty. Teraz sobie przypomniałem, że zapomniałem napisać, że w zeszłym tygodniu bylismy z Laurent na koncercie Arctic Monkeys w San Francisco. Laurent to bardzo zachwalał, ale szczerze mówiąc mnie się koncert za bardzo nie podobał. :) No ale przynajmniej miałem co robić wieczorem.

Przedwczoraj widziałem się z Jackiem Krzywińskim, jest tutaj konsultantem w SLAC i przyjeżdża raz na miesiąc. Jesteśmy umówieni na piwo następnym razem. ;-) Śmieszne to, bo to znajomy mojego ojca, czyli parę dekad starszy. ;-) Bardzo sympatycznie było się spotkać, w sumie nie widzielismy się kupę lat i kto by pomyślał ostatnim razem, że następne nasze spotkanie nastąpi w Kalifornii? :)

A poza tym różne inne rzeczy, ale mało ważne. W tym tygodniu pokłóciłem się trochę z Felipe, ale w sumie to tylko takie męskie przepychanki i już jest w porządku.

No i na tym chyba póki co koniec, jak sobie coś przypomnę to dopiszę. :-)

8 maj 2007

North Chalone Peak

Obudziłem się naprawdę wypoczęty - nie ma to jak porządnie się zmęczyć przed snem. Wstałem więc i pojechałem do pracy sprawdzić czy nie odezwali się Greg z Edwinem w sprawie wycieczki. Nie odezwali się, ale dziećmi już nie są, nie będę wszystkiego za nich organizować. :)

Wydrukowałem więc parę map, porozmawiałem chwilę na sieci i wróciłem do NASA, żeby się ogolić. ;-) W końcu nigdy nie wiadomo kogo się spotka na szlaku. ;-) Z NASA prosto do Pinnacles National Monument. Oczywiście map, które wydrukowałem zapomniałem, ale na szczęście droga jest naprawdę prosta. Dotarłem więc dość szybko, pogoda piękna, praktycznie brak jakichkolwiek chmur. Niestety oznaczało to straszny upał, ale nie ma co narzekać. Z parkingu busikiem podjechałem sobie do Visitor Center, skąd zaczynał się szlak. Po sobocie przewidziałem coś prostszego, więc i wysokości i dystans dużo mniejszy niż w przypadku Alta Peak.

Na samym początku szlak przechodzi przez jaskinie i wchodzi do całkiem przyjemnej, schowanej dolinki. Zresztą widać to na zdjęciach. Dodatkowo w dolince znajduje się także małe jeziorko, które dodaje trochę uroku temu miejscu. Z Bear Gulch Reservoir (tak nazywa się jeziorko) szlak prowadził już na sam North Chalone Peak. Trasa nie była zbytnio wymagająca, ale z pewnością panujący upał dawał się we znaki, brak jakichkolwiek chmur, czasami tylko troche wiatru, a i tak gorący. Bez żadnych przygód udało mi się dotrzeć na szczyt. Tutaj tradycyjnie sesja fotograficzna, coś przekąsić i z powrotem.

Drogę powrotną przebyłem w towarzystwie sympatycznej Rosjanki, więc trochę pogadaliśmy, okazało się, że pracuje w Yahoo. Na rozmowie czas szybko mija, więc zaraz byliśmy z powrotem przy jeziorku, ja wróciłem przez jaskinie, ona udała się w jakąś inną trasę. W sumie śmieszne, ale nawet nie wiem jak miała na imię. :-)

Dotarłem więc spokojnie na parking, skąd z powrotem busem do samochodu i spokojnie do domu. :-) Dotarłem z powrotem w miarę wcześnie, więc udało mi się jeszcze porobić trochę własnych rzeczy.

No a na sam koniec weekendu na spokojne, zasłużone piwko do St. Stephen's. :)

7 maj 2007

Alta Peak

Zaczęło się w piątek. Spakowałem się. Z kolei w sobotę również zaczęło się wcześnie, wyruszyłem mniej więcej o 4 nad ranem. Wschód słońca zastał mnie tuż za Pacheco Pass na wysokości San Luis. Grzecznie kupiłem sobie kawkę w McDonaldzie i pojechałem dalej. Generalnie droga bez żadnych większych przeżyc. Po drodze tylko zaczęło mi tradycyjnie brakować benzyny, ale na szczęście na rezerwie jakoś udało mi się dojechać do stacji. Około 8 byłem juz w Visitor Center gdzie zakupiłem mapę, a potem udałem się do Wolverton, skąd zaczynała się moja trasa. Pogoda na początku zapowiadała się naprawdę pięknie. Wyruszyłem więc spokojnie zaopatrzony w mapę. Mapa miała mieć naniesione znaki topograficzne, o czym przekonywała mnie przy kupnie pani ranger, ale niestety okazało się, że "nigdy nie wierz kobiecie". ;-)

Z początku trasa nie była trudna i szła mi bardzo dobrze, pierwsze 1.8 mili pokonałem szybciutko i dotarłem do połączenia z następnym szlakiem. Zaczęło się niestety chmurzyć i być zimniej, ale również trasa zaczęła być bardziej wymagająca. Chwilę dalej zrobiłem sobie pierwszą przerwę na skonsumowanie jakichś słodyczy. Porobiłem jeszcze trochę zdjęć przeciwległej części doliny na całe szczęście, bo później przyszły już chmury i właściwie to końca wycieczki chodziłem we mgle. No i od tego momentu zaczęło się już bardzo konkretne wychodzenie, bardzo stromo, momentami przedzieranie się przez krzaki czy też skały. Oczywiście to wszystko w śniegu. Naprawdę nie było łatwo, momentami miałem ochotę rzucić to wszystko i wrócić do samochodu. Na szczęście jakoś się udało dotrzeć. :-)

Na górze dłuższa przerwa na jakiś posiłek i zacząłem wracać po własnych śladach na dół. Troszkę śmiesznie było kiedy w środku lasu, na takim totalnym zadupiu, usłyszałem w oddali wycie wilka. ;-) Właściwie to było to dla mnie mało śmieszne, ale szczęśliwie i wilki i niedźwiedzie udało mi się jakoś ominąć i wróciłem do samochodu.

Zmęczony, ale bardzo zadowolony. Alta Peak - 3415 metrów, różnica wysokości z Wolverton na szczyt - 1300 metrów, dystans całkowity - około 22 kilometrów. :-)

Polecam takie przeżycie - fajnie jest sobie udowodnić, że potrafi się zrobić coś czego się nie potrafi zrobić. :-)

3 maj 2007

Greckie przekręty

Mamy busa z klimatyzacją. Ostatnio było naprawdę gorąco, a klimatyzacja się popsuła. Ale mamy nowego busa na kursy powrotne. Co się stało? Dino powiedział w swoim biurze, że miał na pokładzie ciężarną kobietę i musiała wysiąść z powodu upału. :-D

W każdym razie wszyscy się cieszą. ;-)

2 maj 2007

Anthony Chabot Regional Park - hiking

Pobudka z lekkim opóźnieniem. Wszyscy po imprezie dnia wczorajszego odsypiali. Dodatkowo warunki niezbyt komfortowe, jakkolwiek jestem bardzo zadowolony ze śpiworów, które pożyczyliśmy z REI. Mnie było ciepło i dość przyjemnie. Co prawda camping, więc trochę rzeczy mi się przypomniało, ale nie ma co rozpaczać, wspomnienia miłe, a jeszcze milsze pewnie będą. :-)

Oczywiście wszyscy wstali z opóźnieniem oprócz mnie. Może to zboczenie z tym nie spaniem, może to przyzwyczajenie, może jakaś głupia żądza przygody. Stawiałbym na to pierwsze. ;-) Poszedłem więc porobić troszeczkę zdjęć nad jezioro. Niestety zejść na sam brzeg mi się nie udało (jak widać na zdjęciach), a poza tym za chwilkę wyczerpały mi się baterie od aparatu, więc musiałem wracać. Przywitałem się grzecznie z sąsiadami i powoli towarzystwo zaczęło się budzić. Szybkie prysznice i pojechaliśmy do Oakland na spóźnione śniadanie. Lokal całkiem w porządku, chociaż zanim doczekałem się na dolewkę kawy minęło trochę. ;-)
Wróciliśmy więc do parku, tym razem w inną okolicę i udaliśmy się na pieszą wędrówkę. Na początku zapowiadało się bardzo sympatycznie, bo z górki. Dodatkowo drzewa tutaj tworzą dość niesamowitą atmosferę, bo są Duże (tm). Nie tak duże jak w Redwood, ale jednak o niebo większe niż w Polsce.
Na szczęście okazało się, że droga powrotna, mimo że musieliśmy nadrobić na małym odcinku dość sporą odległość, jest dość krętą ścieżką, więc nie jest tak stroma. Po udanym podejściu wywaliliśmy się na polanie i poopalaliśmy się troszkę. Reszta drogi przebiegła już bardzo szybko i przyjemnie. Rozochoceni kąpielą słoneczną moi towarzysze stwierdzili, że udadzą się na okoliczny basen (nie ma to jak brak kąpielówek). Na szczęście nie nudziłem się w międzyczasie, bo udało mi się zaobserwować wiewiórkę, która komuś z kąpielowiczów próbowała zwędzić kapelusz. :-)

Po przyjemnej kąpieli pojechaliśmy do Berkeley, do już raz odwiedzonego baru na kolację. Tutaj też troszkę śmiesznych sytuacji, ale generalnie nie zostaliśmy długo i pojechaliśmy do domu. Tutaj wylewnie pożegnałem się ze Stephanie i Mathieu, mniej wylewnie z Denis (facet Stephanie) i udałem się spokojnie spać. :-)

A dzisiaj/wczoraj pełnia, więc z braku snu mogę spokojnie siedzieć na polu na patio (gdzie jest zasięg) i uzupełniać wpisy. :-)