29 cze 2007

I tak dalej...

Piątek. Czas w drogę...

24 cze 2007

Monterey - Big Sur

Tak sobie dzisiaj wsiadłem w samochód i udałem się samotnie porobić troszeczkę zdjęć nad wybrzeże...

Okolice Big Sur

Half Dome

No i Half Dome zdobyty. Póki co również wrzucam zdjęcia, na razie opisu mi się nie chce. :-)

Half Dome

Strasznie mało czasu ostatnio niestety mam, czasem nawet nie mam czasu na własnego bloga zaglądnąć. Bardzo dużo do zrobienia w pracy, ale dzisiaj wreszcie jakiś mały sukces. Jest szansa, że mój duży projekt ruszy wreszcie z kopyta. :-)

Co do Half Dome to tym razem z Iloną wyjechaliśmy jednak w sobotę rano koło 4. W rezultacie na 8 byliśmy już na miejscu (Yosemite) i rozpoczęliśmy wychodzenie na górę. O szlaku nie można powiedzieć za dużo ciekawych rzeczy. Jednak na pewno trzeba przyznać, że widoki po drodze są naprawdę ładne. :) No i trzeba przyznać, że narzuciliśmy naprawdę niezłe tempo, co chwila mijając jakichś ludzi. W rezultacie w niecałe 5 godzin byliśmy na miejscu. Po drodze minęliśmy 2 wodospady, za drugim zrobiliśmy sobie troszeczkę dłuższą przerwę. Druga dłuższa przerwa była dopiero pod samym szczytem, gdzie zaczynają się kable. Ten szlak jest bardzo popularny, więc normalnie żeby dostać się do kabli musielibyśmy czekać jakąś godzinę lub więcej. Dlatego poszliśmy na zewnątrz kabli, co zajęło nam jakieś 10 minut, żeby dostać się na górę. Ludzie nie protestowali, ale co najmniej dziwnie spoglądali. ;-)

Na górze chwila odpoczynku, robienie zdjęć, po czym zebraliśmy się z powrotem. Oczywiście też na zewnątrz kabli, bo ludzie w środku schodzili naprawdę powoli. :-D
Szczęśliwie bez żadnych problemów doszliśmy na dół i poszliśmy dalej. No i tutaj niestety po drodze podwichnąłem sobie kostkę. Dość nieprzyjemnie schodzi się szlakiem w takim stanie, ale jakoś się udało. Jeszcze zatrzymaliśmy się przy małym jeziorku, trochę wychłodziłem sobie nogę w wodzie (a niedaleko nas jakaś parka kąpała się na waleta ;-)). Potem ostatni przystanek jeszcze w okolicach drugiego wodospadu i prosto do samochodu. Na samym dole jeszcze spotkaliśmy dwie sympatyczne Rosjanki, więc rozmowa trochę umiliła schodzenie. No a potem już tylko droga powrotna do domu i koło północy byliśmy na miejscu. :-)

19 cze 2007

Roger Waters

Byłem na koncercie Rogera Watersa. Tak. Tego Rogera Watersa. Atmosfera taka sobie, ale i tak wyobraźcie sobie, że słyszałem "prawie" Pink Floyd na żywo. :-) To był koncert z cyklu "Dark Side of the Moon Tour". Pierwsza część to różne przeboje zespołu, druga część to cała ta płyta. Dalej ciężko mi uwierzyć, że tam byłem.

Wish You were here...

18 cze 2007

Kup pan cegłę

[14:47:45] Dominie: chwast!
[14:47:51] Dominie: nei hccesz kotka:>?
[14:47:55] Dominie: mam 5 kociakw
[14:47:59] Dominie: do wydania :)
[14:48:02] VeD: chcialbym
[14:48:03] VeD: ale nie moge
[14:48:14] Dominie: ale koty sa prawie bezobsługowe ;)
[14:48:17] VeD: nie mam miejsca dla takiego zwierzaka
[14:48:24] Dominie: poza tym mzna je wozik w samlocie w kabinie normlanie :)
[14:48:29] VeD: a poza tym moj brat jest alergikiem potwornym na koty
[14:48:33] Dominie: aaaa
[14:48:35] Dominie: no tak ;)
[14:48:41] Dominie: ale zobacz jaki to bylby pretekst
[14:48:45] Dominie: zbey go nie zapraszać :D

Mount Shasta

Podróż zaczęła się już w piątek. Na początek wypożyczyliśmy drugi samochód (jako, że Jurek się z nami nie wybierał). Podjechaliśmy więc do AVIS, następnie z powrotem odwieźć kluczyki, po czym stwierdziliśmy, że jednak ani raki, ani czekany ani kaski nie są nam niezbędne i pojechaliśmy w kierunku Mount Shasta.



Ponieważ zdecydowaliśmy się podchodzić od wschodniej strony, więc troszkę nam zajęło znalezienie odpowiedniego miejsca. Ale w końcu się udało i o północy położyliśmy się spać - Ilona na karimacie w lesie, ja w samochodzie (trzeba się szanować i dbać o to, żeby lokalne niedźwiedzie się Tobą nie zatruły ;>).
Pobudka niestety znowu bardzo wcześnie, bo jakieś 4 godziny później. W rezultacie przed 5 rano byliśmy już na szlaku. Powoli świtało i wschód zastał nas tuż przed samym Clear Creek. No i tutaj zaczęło się prawdziwe chodzenie po górach...
No i tutaj o tej górze można wiele powiedzieć. W skrócie jeśli nie ma śniegu to jest to jedno wielkie piarżysko. :-) Jak to ładnie określił Bielan w rozmowie: "czy było w przewodniku napisane, komu sie chciało tyle kamyczków na ta gore wnosić?". ;-)
Pokrótce opowiadając - wyjście z początku nie było dla mnie złe. Szło mi się naprawdę nieźle i właściwie to nie bardzo miałem ochotę się zatrzymywać. Po pierwszej przerwie jakoś rozdzieliliśmy nasze drogi z Ilona i ja bardziej przeszedłem przez pole śniegu i skały, za którymi się spotkaliśmy i zrobiliśmy sobie drugą przerwę. Gdzieś po naszej prawej stronie ukazał się pierwszy lodowiec (Mount Shasta utrzymuje własne lodowce ;-)), z daleka po lewej było widać inną morenę, więc widoki naprawdę ciekawe. Jak tylko człowiekowi brakowało tchu w piersi to zawsze mógł się odwrócić i popatrzyć jak w tle widnieje Lassen Peak na horyzoncie. I wszystko byłoby bardzo fajnie gdyby nie wysokość, piarg i wiatr. Gdzieś po godzinie drogi po drugiej przerwie dopadł mnie jakiś kryzys. :/ Który trwał do samego szczytu. :-) No i niestety to nie jest na żarty, jakoś mnie coś takiego dopadło. :-( No ale na szczęście jakoś udało się dotrzeć do samego końca. Właściwie to nie weszliśmy na sam szczyt tylko na Summit Plateau, ale nie zaopatrzyliśmy się w linę, a wyjście na sam szczyt bez niej przy wietrze rzędu 6-7 tam na górze nie było zbyt mądrym pomysłem. No ale powiedzmy, że to tylko kwestia formalności, bo to tylko jakieś 20-30 metrów prostej wspinaczki po skałach. :-)
Zejście było już dużo przyjemniejsze, trochę pobiegaliśmy sobie po polach śnieżnych, trochę po piargu, trochę się poślizgaliśmy. Generalnie była całkiem niezła zabawa. Jak tak się zejdzie dość szybko z wysokości ponad 4000 metrów na jakieś 3000 to aż czuć, że jest więcej tlenu w powietrzu. Niedużo, ale jest. ;-)
W drodze powrotnej spotkaliśmy jeszcze innych "hajkerów", którzy rozbijali obozy po drodze (dużo osób robi to podejście w dwa dni), chwilę pogadaliśmy i dostaliśmy się do samochodu. Postanowiliśmy, że jednak wrócimy do MV. W rezultacie w domu byliśmy koło 5 nad ranem (z przerwami po drodze - jednak trzeba było przekimać jakieś 2 godzinki po zejściu z góry ;-)).
I tak szczęśliwie mogę powiedzieć, że wyszedłem na Mount Shasta (4322m). Pobiłem swój życiowy rekord wysokości po raz kolejny. :-)))

15 cze 2007

Coś podnoszącego na duchu

Natknąłem się na to przypadkiem. Super.

12 cze 2007

Niespodziewane spotkanie

W poniedziałek (albo wtorek) zawitali do mojego biura goście. Zupełnie niespodziewani. Nagle usłyszałem wymawiane moje nazwisko (i to poprawnie) i do pokoju wparowała trójką Polaków - Paweł, Tomek oraz Radek. Z Radkiem znamy się jeszcze z liceum, a Paweł dawał u nas tech talka (z tego co wiem ;-)). Umówiliśmy sie na piwo.

Piwo w SF, więc trzeba było dojechać. No ale na szczęście można było wziąć firmowego busa, więc na miejsce dotarłem bez problemów. Znaleźliśmy pub niedaleko Civic Center (jeszcze raz stwierdzam, że włóczenie się po południowym SF jest przerażające ze względu na ludzi na ulicy). Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, pośmialiśmy się chwilę, wypiliśmy parę piw i było bardzo sympatycznie. Potem mniej sympatyczną sprawą było wracanie do MV Caltrainem, ale cóż poradzić. Nie ma co narzekać, przynajmniej była okazja porozmawiać trochę po polsku i spotkać miłych ludzi.

Nigdy nie wiadomo kogo się spotka i na którym końcu świata. :-)

11 cze 2007

Męska niedojrzałość

Chyba rzeczywiście każdy facet ma w sobie coś z dziecka. Oto bardzo ładny cytat, na który natrafiłem przy przeglądaniu stronki SummitPost:

"What I look forward to is continued immaturity followed by death." 
-- Dave Barry

10 cze 2007

Devils Postpile

Pobudka znowu z samego rana, wstałem nie wiem o której, ale zdecydowałem, że jeszcze się prześpię. ;-) W końcu jakoś obudziłem się po raz drugi, zaczęliśmy się jakoś zbierać i przed 8 byliśmy w drodze. Muszę przyznać, że czułem się zadziwiająco dobrze jak na wycieczkę poprzedniego dnia... pomijając straszną ilość siniaków (które zresztą mam do tej pory ;->).

Podjechaliśmy więc do Bishop, gdzie zatrzymaliśmy się w bardzo przyjemnej restauracji na śniadanie. Potem podeszliśmy jeszcze do piekarni na przeciwko, kupiliśmy jakieś pączki i ciastka i pojechaliśmy do Mammoth Lakes. Tam zatrzymaliśmy się w visitor center, dowiedzieliśmy się co należy zwiedzić w okolicy i pojechaliśmy na parking. Tutaj przesiedliśmy się na autobus, który zawiózł nas do doliny. W dolinie jest parę ciekawych rzeczy do zwiedzenia (oraz prawdopodobnie można sobie ciekawie pochodzić). W rezultacie poszliśmy tylko oglądnąć Devils Postpile - formację bazaltowych kolumn. Najpierw pooglądaliśmy sobie to z dołu, potem poszliśmy na górę, gdzie zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę (a Ilonie się przykimało z dobry kwadrans :-D). Zeszliśmy więc z powrotem do doliny i na busa. Ten wywiózł nas na górę, przesiedliśmy się z powrotem do samochodu, przejechaliśmy scenic route, która okazała się zupełnie nie scenic i pojechaliśmy oglądać tufy nad Mono Lake. No i trzeba przyznać, że są naprawdę sympatyczne (oprócz much nad jeziorem, które jak się dowiedziałem ze stojącego obok znaku są jadalne po obraniu ich ze skorupek... no dobra już nie opowiadam ;-P).
Przesiedliśmy się więc, ja troszkę przekimałem i obudziłem się jakoś w środku Yosemite. Zatrzymaliśmy się w miasteczku tuż za Yosemite w mcdonaldzie i przesiedliśmy się z powrotem. Reszta drogi przebiegła zupełnie spokojnie. Po drodze jeszcze udało nam się zobaczyć mały pożar wzgórza - prawdopodobnie runął jeden z wiatraków stojących na wzgórzu i zapalił trawy. :-) Ale na nic poważnego to nie wyglądało. W rezultacie w MV byliśmy trochę po ósmej i jeszcze udało nam załapać się na tradycyjne niedzielne piwo powycieczkowe. :-)

9 cze 2007

Diamond Peak oraz okolice

Udało się, wyszliśmy. Diamond Peak zdobyty. :-)

Na razie wrzucam zdjęcia, opis pewnie jakoś po pracy:
Diamond Peak - zdjęcia

Więc trochę się opóźniło, ale miałem parę rzeczy na głowie. Tak więc nasza weekendowa wycieczka rozpoczęła się w piątek w okolicach godziny 16-17. Wyjechaliśmy z pracy, pojechaliśmy do AVIS w celu wypożyczenia samochodu, potem podrzuciliśmy Jurkowi kluczyki i jeszcze zaglądnęliśmy do REI. Udało mi się zakupić bardzo fajne spodnie North Face'a z odpinanymi nogawkami. No i najważniejsze, że zaprasowane w kantkę, bo przecież wszyscy wiedzą, że w górach trzeba przede wszystkim porządnie wyglądać. :-D
Po szybkich zakupach w REI wyruszyliśmy w drogę. Niestety utknęliśmy chwilowo w korkach najpierw w okolicach Los Altos, a potem w okolicach Tracy.



Przez to wszystko przez Yosemite już przejeżdżaliśmy po ciemku. Dodatkowo zatrzymał nas patrol Rangerów... zgadnijcie za co - dla ułatwienia dodam, że prowadziłem... :-D Ranger pouczył nas, że jechanie 57 mph przy ograniczeniu 25 nie jest najlepszym pomysłem, ale na szczęście nas puścił. Znowu się udało. :-)
Po przejechaniu gór wskoczyliśmy na 395 i już udaliśmy się na południe. W końcu ze względu na zmęczenie zatrzymaliśmy się na parkingu i przekimaliśmy chwilkę w samochodzie. Konkretnie to ja przekimałem w samochodzie, a Ilona poszła do pobliskiego lasku z karimatą i śpiworami. Wolny kraj. ;-) Tak więc w okolicach północy przykimaliśmy, a wstaliśmy o 3. Pojechaliśmy do Bishop, gdzie zjedliśmy dość wczesne śniadanie i potem już na parking koło Independence, gdzie zaczynał się szlak na Baxter's Pass. Tym sposobem tuż przed 6 rano udało nam się już wyruszyć w drogę - spakowani, zwarci i gotowi. Droga szła nam naprawdę dość dobrze, szliśmy całkiem sympatyczną dolinką, po bokach góry, słońce dopiero co wzeszło, błękitne niebo. Wszystko bardzo fajnie poza tym, że trzeba było iść w górę. Udało nam się raz zgubić szlak, ale na szczęście nie bardzo był wybór którędy iść, więc zaraz natrafiliśmy na niego z powrotem. :-)
Ostatecznie przed najgorszym podejściem zatrzymaliśmy się na Tallus Field (a przynajmniej wydaje mi się, że tak to się nazywa). Stąd trzeba już było dość ostro podchodzić żlebem na górę. Z początku przeszliśmy piarżyskiem pod sam żleb, a potem Ilona udała się środkiem przez śnieg, a ja po skałkach wzdłuż brzegu i ścian. Wszystko przez to, że się strasznie ślizgałem, ale w sumie było całkiem przyjemnie. No i w ten sposób doszliśmy na samą górę, na małą przełęcz tuż pod szczytem. I jak trzymałem się naprawdę nieźle jak na tą wysokość, to w tym momencie rozbolała mnie głowa. Zrobiliśmy sobie chwilę przerwy, zostawiliśmy plecaki i podeszliśmy na sam szczyt. Tutaj parę zdjęć, chwila odpoczynku, żeby nie zwymiotować, itepe itede. ;-)
No i mogę powiedzieć - wyszedłem na czterotysięcznik! :-D
Tyle dobrego, bo już było bardzo późno, więc wyruszyliśmy z powrotem na dół. Ja głównie zjechałem sobie po śniegu na spodniach, Ilona trochę spokojniej zeszła. Znowu chwila przerwy w dolinie i wyruszyliśmy z powrotem do samochodu. Niestety trochę przeliczyliśmy się z dystansem, skutkiem czego byliśmy przy samochodzie już po zmroku. Na szczęście przynajmniej jedno z nas myśli i Ilona wzięła czołówkę. Szybko wskoczyliśmy do samochodu i udaliśmy się na miejsce kampingowe jakieś 2-3 mile niżej. Rozłożyliśmy namiot, wyjęliśmy śpiwory, a potem pamiętam już tylko chrapiącą Ilonę i że zasnąłem jakieś 2 minuty później.
Podsumowanie:
- jakieś 17-18 mil zrobionych na nogach,
- 17-godzinna wycieczka,
- 2300 metrów różnicy wysokości,
- zdobyty szczyt o wysokości 4001 metrów,
- potworny ból głowy,
- skrajne wyczerpanie, włącznie z pomniejszymi halucynacjami. ;-)

8 cze 2007

I oto kolejny week-end

Na razie plan zapowiada się ciekawie, póki co pozostawię go dla siebie, jak się nam uda to się pochwalimy. Jak się nie uda to i tak się pochwalimy i powiemy, że akurat to chcieliśmy zrobić. :-D

6 cze 2007

Fern Canyon

Pobudka na szczęście nie była taka trudna na jaką by się mogła zapowiadać. Ustaliliśmy więc, że najpierw jedziemy zwiedzić kanion, a potem wracamy na "brunch" do Eureki. Pojechaliśmy więc na północ, gdzie przy Elk Meadow skręca się nad wybrzeże. Jak sama nazwa wskazuje, udało nam się pooglądać troszkę łosi. Przejechaliśmy więc drogą przez las do parku, gdzie udało nam się zobaczyć jeszcze więcej łosi. Najfajniejszym widokiem były wystające tylko poroża z trawy. :-) Niedużo dalej zatrzymaliśmy się na parkingu i na nogach już poszliśmy zwiedzić Fern Canyon.
Sam kanion nie jest duży (na pewno w porównaniu z Wielkim Kanionem ;>), ale jest miejscem dość sympatycznym. Przede wszystkim mnóstwo zieleni, ściany porośnięte mchami, pnączami. Na dnie leży trochę zwalonych drzew, płynie sobie rzeczka, jednym słowem atmosfera sielankowa. Oprócz rzecz jasna momentów, kiedy trzeba było się wspinać na te drzewa, żeby przejść dalej, ale nie było tak źle. Popstrykaliśmy sobie trochę zdjęći zrobiliśmy pełne okrążenie pętli, bo szlak wracał górą kanionu.
Spakowaliśmy się więc z powrotem do samochodu i pojechaliśmy do Eureki na obiad. Tam wyjątkowo przesiadłem się na siedzenie pasażera i zakimałem. ;-)
Obudziłem się już na Avenue of the Giants, bo Ilonie i Jurkowi udało się przegapić wyjazd na Scenic Byway. ;-) No ale dzięki temu poszło trochę szybciej. Trochę przeszliśmy się między drzewami na Founders Grove. Po krótkim spacerze znowu zachciało mi sie spać. ;-) Obudziłem się więc przy właściwie prawie samym końcu Ave, czyli przy "One-log house". Oglądnęliśmy, zakupiliśmy sobie lody i pojechaliśmy z powrotem. W rezultacie zatrzymaliśmy się jeszcze pod sam koniec przy Golden Gate, ale cała okolica mostu była w chmurach, więc dużo nie zobaczyliśmy. Stąd już zebraliśmy się do domu - na tradycyjne piwko do St. Stephen'si spać. :-)

4 cze 2007

Lassen Peak

Na razie powolutku wrzucam zdjęcia, bo jeszcze nie wszystkie przefiltrowałem. A było super, jak się uda to wieczorem wszystko opiszę. :-)

Lassen Peak
Fern Canyon i Avenue of the Giants

Dzień jak zwykle zaczyna się od wstawania, tym razem niestety bardzo wcześnie, bo o 5:30 już wyjechaliśmy. Droga aż do samego Redding przebiegła zupełnie bez żadnych problemów. Pogoda trochę nie dopisywała - było niestety pochmurnie i niezbyt duża widoczność. Oczywiście jak na warunki amerykańskie. ;-) W Redding zatankowaliśmy tym razem przezornie, żeby nie utknąć później na jakimś pustkowiu i pojechaliśmy do Lassen. Park zaczyna się sympatycznie od czegoś w rodzaju błotnego wulkanu. Jest na zdjęciach, a ciężko jest to wytłumaczyć. :-P
Następnie zatrzymaliśmy się przy małym zamarzniętym jeziorku, które znajduje się prawie przy samym początku szlaku na Lassen Peak. Przebraliśmy się więc, spakowaliśmy rzeczy i wyruszyliśmy. Wycieczka jest dość prosta i szlak nie jest taki wymagający, więc po jakiejś półtorej godziny byliśmy na szczycie. Tutaj wspięliśmy się na same szczytowe skałki, porobiliśmy trochę zdjęć, bo i widoki niesamowite i zeszliśmy troszkę niżej, gdzie znajduje się krater. Rozłożyliśmy się, coś zjedliśmy, każdy porobił jakieś swoje rzeczy, ja jeszcze zebrałem się z Iloną i obeszliśmy krater naokoło. Niestety nie było widać żadnych dziur w ziemi ze względu na zalegający śnieg. Ale wszędzie są ślady siarki na skałach. Ja jako, że uwielbiam klimaty wulkaniczne, więc bawiłem się niesamowicie.
Potem zebraliśmy się na dół. I tutaj też świetnie bawiliśmy się, bo zamiast wracać szlakiem, zeszliśmy z niego i zbiegliśmy sobie po śniegu. Super zabawa, troszkę męcząca, ale bardzo relaksująca. :-)
Potem szybciutko do samochodu i pojechaliśmy zobaczyć resztę parku. Niestety nie było za dużo czasu, więc głównie pooglądaliśmy go z samochodu, ale tak czy siak widok samej góry Lassen jest niesamowity. Niestety żadna erupcja się nie wydarzyła, ale może kiedyś się uda. :-D
Wyjechaliśmy więc z Parku, na północy ładniej było widać Mount Shasta, zatrzymaliśmy się na obiad w Redding i pojechaliśmy do Eureki (na zachodnie wybrzeże). I tutaj przez tą drogę udało nam się dwa razy zostać zatrzymanym za przekroczenie prędkości, ale oba razy policjanci nas puścili bez niczego. Chyba naprawdę mam dużo szczęścia w życiu. :-D
Dotarliśmy w końcu do Eureki, niestety nie udało nam się na zachód (ale trzeci raz już nie chciałem ryzykować zostania zatrzymanym ;-)). Tutaj zadekowaliśmy się w motelu, udało się nawet wynegocjować całkiem przyjemną cenę i poszliśmy do lokalnego mikrobrowaru. Po paru pitcherach wróciliśmy sobie spokojnie spać, bo też mieliśmy plan zwiedzić parę rzeczy następnego dnia.

P.S.: No a reszta jutro. :-)