Fern Canyon
Pobudka na szczęście nie była taka trudna na jaką by się mogła zapowiadać. Ustaliliśmy więc, że najpierw jedziemy zwiedzić kanion, a potem wracamy na "brunch" do Eureki. Pojechaliśmy więc na północ, gdzie przy Elk Meadow skręca się nad wybrzeże. Jak sama nazwa wskazuje, udało nam się pooglądać troszkę łosi. Przejechaliśmy więc drogą przez las do parku, gdzie udało nam się zobaczyć jeszcze więcej łosi. Najfajniejszym widokiem były wystające tylko poroża z trawy. :-) Niedużo dalej zatrzymaliśmy się na parkingu i na nogach już poszliśmy zwiedzić Fern Canyon.
Sam kanion nie jest duży (na pewno w porównaniu z Wielkim Kanionem ;>), ale jest miejscem dość sympatycznym. Przede wszystkim mnóstwo zieleni, ściany porośnięte mchami, pnączami. Na dnie leży trochę zwalonych drzew, płynie sobie rzeczka, jednym słowem atmosfera sielankowa. Oprócz rzecz jasna momentów, kiedy trzeba było się wspinać na te drzewa, żeby przejść dalej, ale nie było tak źle. Popstrykaliśmy sobie trochę zdjęći zrobiliśmy pełne okrążenie pętli, bo szlak wracał górą kanionu.
Spakowaliśmy się więc z powrotem do samochodu i pojechaliśmy do Eureki na obiad. Tam wyjątkowo przesiadłem się na siedzenie pasażera i zakimałem. ;-)
Obudziłem się już na Avenue of the Giants, bo Ilonie i Jurkowi udało się przegapić wyjazd na Scenic Byway. ;-) No ale dzięki temu poszło trochę szybciej. Trochę przeszliśmy się między drzewami na Founders Grove. Po krótkim spacerze znowu zachciało mi sie spać. ;-) Obudziłem się więc przy właściwie prawie samym końcu Ave, czyli przy "One-log house". Oglądnęliśmy, zakupiliśmy sobie lody i pojechaliśmy z powrotem. W rezultacie zatrzymaliśmy się jeszcze pod sam koniec przy Golden Gate, ale cała okolica mostu była w chmurach, więc dużo nie zobaczyliśmy. Stąd już zebraliśmy się do domu - na tradycyjne piwko do St. Stephen'si spać. :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz