4 cze 2007

Lassen Peak

Na razie powolutku wrzucam zdjęcia, bo jeszcze nie wszystkie przefiltrowałem. A było super, jak się uda to wieczorem wszystko opiszę. :-)

Lassen Peak
Fern Canyon i Avenue of the Giants

Dzień jak zwykle zaczyna się od wstawania, tym razem niestety bardzo wcześnie, bo o 5:30 już wyjechaliśmy. Droga aż do samego Redding przebiegła zupełnie bez żadnych problemów. Pogoda trochę nie dopisywała - było niestety pochmurnie i niezbyt duża widoczność. Oczywiście jak na warunki amerykańskie. ;-) W Redding zatankowaliśmy tym razem przezornie, żeby nie utknąć później na jakimś pustkowiu i pojechaliśmy do Lassen. Park zaczyna się sympatycznie od czegoś w rodzaju błotnego wulkanu. Jest na zdjęciach, a ciężko jest to wytłumaczyć. :-P
Następnie zatrzymaliśmy się przy małym zamarzniętym jeziorku, które znajduje się prawie przy samym początku szlaku na Lassen Peak. Przebraliśmy się więc, spakowaliśmy rzeczy i wyruszyliśmy. Wycieczka jest dość prosta i szlak nie jest taki wymagający, więc po jakiejś półtorej godziny byliśmy na szczycie. Tutaj wspięliśmy się na same szczytowe skałki, porobiliśmy trochę zdjęć, bo i widoki niesamowite i zeszliśmy troszkę niżej, gdzie znajduje się krater. Rozłożyliśmy się, coś zjedliśmy, każdy porobił jakieś swoje rzeczy, ja jeszcze zebrałem się z Iloną i obeszliśmy krater naokoło. Niestety nie było widać żadnych dziur w ziemi ze względu na zalegający śnieg. Ale wszędzie są ślady siarki na skałach. Ja jako, że uwielbiam klimaty wulkaniczne, więc bawiłem się niesamowicie.
Potem zebraliśmy się na dół. I tutaj też świetnie bawiliśmy się, bo zamiast wracać szlakiem, zeszliśmy z niego i zbiegliśmy sobie po śniegu. Super zabawa, troszkę męcząca, ale bardzo relaksująca. :-)
Potem szybciutko do samochodu i pojechaliśmy zobaczyć resztę parku. Niestety nie było za dużo czasu, więc głównie pooglądaliśmy go z samochodu, ale tak czy siak widok samej góry Lassen jest niesamowity. Niestety żadna erupcja się nie wydarzyła, ale może kiedyś się uda. :-D
Wyjechaliśmy więc z Parku, na północy ładniej było widać Mount Shasta, zatrzymaliśmy się na obiad w Redding i pojechaliśmy do Eureki (na zachodnie wybrzeże). I tutaj przez tą drogę udało nam się dwa razy zostać zatrzymanym za przekroczenie prędkości, ale oba razy policjanci nas puścili bez niczego. Chyba naprawdę mam dużo szczęścia w życiu. :-D
Dotarliśmy w końcu do Eureki, niestety nie udało nam się na zachód (ale trzeci raz już nie chciałem ryzykować zostania zatrzymanym ;-)). Tutaj zadekowaliśmy się w motelu, udało się nawet wynegocjować całkiem przyjemną cenę i poszliśmy do lokalnego mikrobrowaru. Po paru pitcherach wróciliśmy sobie spokojnie spać, bo też mieliśmy plan zwiedzić parę rzeczy następnego dnia.

P.S.: No a reszta jutro. :-)

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Ved ... ostatnio strasznie mało piszesz :> Czekamy tu wszyscy na jakieś małe wypracowanie :>