Mount Shasta
Podróż zaczęła się już w piątek. Na początek wypożyczyliśmy drugi samochód (jako, że Jurek się z nami nie wybierał). Podjechaliśmy więc do AVIS, następnie z powrotem odwieźć kluczyki, po czym stwierdziliśmy, że jednak ani raki, ani czekany ani kaski nie są nam niezbędne i pojechaliśmy w kierunku Mount Shasta. 
Ponieważ zdecydowaliśmy się podchodzić od wschodniej strony, więc troszkę nam zajęło znalezienie odpowiedniego miejsca. Ale w końcu się udało i o północy położyliśmy się spać - Ilona na karimacie w lesie, ja w samochodzie (trzeba się szanować i dbać o to, żeby lokalne niedźwiedzie się Tobą nie zatruły ;>).
Pobudka niestety znowu bardzo wcześnie, bo jakieś 4 godziny później. W rezultacie przed 5 rano byliśmy już na szlaku. Powoli świtało i wschód zastał nas tuż przed samym Clear Creek. No i tutaj zaczęło się prawdziwe chodzenie po górach...
No i tutaj o tej górze można wiele powiedzieć. W skrócie jeśli nie ma śniegu to jest to jedno wielkie piarżysko. :-) Jak to ładnie określił Bielan w rozmowie: "czy było w przewodniku napisane, komu sie chciało tyle kamyczków na ta gore wnosić?". ;-)
Pokrótce opowiadając - wyjście z początku nie było dla mnie złe. Szło mi się naprawdę nieźle i właściwie to nie bardzo miałem ochotę się zatrzymywać. Po pierwszej przerwie jakoś rozdzieliliśmy nasze drogi z Ilona i ja bardziej przeszedłem przez pole śniegu i skały, za którymi się spotkaliśmy i zrobiliśmy sobie drugą przerwę. Gdzieś po naszej prawej stronie ukazał się pierwszy lodowiec (Mount Shasta utrzymuje własne lodowce ;-)), z daleka po lewej było widać inną morenę, więc widoki naprawdę ciekawe. Jak tylko człowiekowi brakowało tchu w piersi to zawsze mógł się odwrócić i popatrzyć jak w tle widnieje Lassen Peak na horyzoncie. I wszystko byłoby bardzo fajnie gdyby nie wysokość, piarg i wiatr. Gdzieś po godzinie drogi po drugiej przerwie dopadł mnie jakiś kryzys. :/ Który trwał do samego szczytu. :-) No i niestety to nie jest na żarty, jakoś mnie coś takiego dopadło. :-( No ale na szczęście jakoś udało się dotrzeć do samego końca. Właściwie to nie weszliśmy na sam szczyt tylko na Summit Plateau, ale nie zaopatrzyliśmy się w linę, a wyjście na sam szczyt bez niej przy wietrze rzędu 6-7 tam na górze nie było zbyt mądrym pomysłem. No ale powiedzmy, że to tylko kwestia formalności, bo to tylko jakieś 20-30 metrów prostej wspinaczki po skałach. :-)
Zejście było już dużo przyjemniejsze, trochę pobiegaliśmy sobie po polach śnieżnych, trochę po piargu, trochę się poślizgaliśmy. Generalnie była całkiem niezła zabawa. Jak tak się zejdzie dość szybko z wysokości ponad 4000 metrów na jakieś 3000 to aż czuć, że jest więcej tlenu w powietrzu. Niedużo, ale jest. ;-)
W drodze powrotnej spotkaliśmy jeszcze innych "hajkerów", którzy rozbijali obozy po drodze (dużo osób robi to podejście w dwa dni), chwilę pogadaliśmy i dostaliśmy się do samochodu. Postanowiliśmy, że jednak wrócimy do MV. W rezultacie w domu byliśmy koło 5 nad ranem (z przerwami po drodze - jednak trzeba było przekimać jakieś 2 godzinki po zejściu z góry ;-)).
I tak szczęśliwie mogę powiedzieć, że wyszedłem na Mount Shasta (4322m). Pobiłem swój życiowy rekord wysokości po raz kolejny. :-)))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz