Crater Lake, Lava Beds, Burney Falls
Na razie same zdjęcia:
Crater Lake
Lava Beds i Burney Falls
Wstałem w okolicach godziny 4 nad ranem (sic!), pojechałem po Yashę, a następnie wspólnie udaliśmy się do San Martin po Pawła. Tak więc spokojnie o godzinie 6 wyruszyliśmy zgodnie z planem w drogę. Na szczęście w soboty z rana ruch nie jest za duży, więc droga przebiegała szybko. Już na I-5 "pościgaliśmy" się z miłą panienką w czerwonej Maździe. Ściganie nie jest może tutaj najlepszym słowem, ale przez dobry czas jechaliśmy równo (że równo powyżej ograniczenia prędkości to sprawa oczywista ;>), wyprzedzając się co jakiś czas. Niestety zabawę zepsuł Paweł, który zażyczył sobie przerwy na toaletę... ;-) Ech... szybkie kobiety i piękne samchody... :-P
Na miejsce przeznaczenia dotarliśmy więc zgodnie z planem między godziną 13 a 14. No i widok poraża... Krystalicznie czyste jezioro w kraterze o średnicy około 5 kilometrów. :-)
Porobiliśmy trochę zdjęć, przespacerowaliśmy się, następnie wyszliśmy na jedną z górek, które otaczają krater. Stąd widok był jeszcze lepszy... :-) Potem jeszcze objechaliśmy całe jezioro i udaliśmy się do Klamath Falls na nocleg. Udało się znaleźć coś nawet szybko, więc udaliśmy się zjeść kolację i na krótkie piwo. :-)
Rano wstałem pierwszy, udałem się na "complimentary breakfast", czyli muffina oraz kawkę. Po jakimś czasie reszta ekipy się również podniosła z łóżek i o 8 wyruszyliśmy w drogę.
Do Lava Beds daleko nie jest, więc byliśmy na miejscu dość szybko. Pooglądaliśmy kilka z naprawdę niesamowitych jaskiń, które się tam znajdują. Yasha trochę panikował pod ziemią, ale przez to było jeszcze ciekawiej. :-D Po dobrych kilku godzinach pojechaliśmy więc dalej, czyli do McArthur-Burney Falls Memorial State Park. Jak nietrudno się domyślić, pooglądaliśmy sobie tam wodospad mniej więcej o wysokości 40 metrów. I trzeba przyznać, że jest ładny. :-)
A z parku już nie tak daleko było nam do Lassen, przez które postanowiliśmy przejechać. I które wygląda zupełnie inaczej niż wtedy kiedy byłem tam ostatnio. Praktycznie zero śniegu, za to wszędzie i wszystko zielone lub porośnięte jakimś fioletowym kwieciem. I naprawdę ładne jeziorka. Naprawdę ładne. :-)
Z Lassen już pojechaliśmy prosto do domu, umilając sobie czas podróży rozmową z Pawłem.
Miło tak wrócić "po własnych śladach" do miejsca, w którym się już było...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz