Seki -> Red Rock -> DV -> Yose
Długa wycieczka. :) Na razie wrzucam zdjęcia, później będzie opis.
Zdjęcia
Zdjęcia trochę później, jako że zapomniałem wczoraj wziąć zasilacza od laptopa do domu...
Czas najwyższy! :-) Zeszło trochę, ale teź trochę rzeczy się ostatnio działo. Po kolei więc...
Wycieczka miała skład 3-osobowy: Benjamin, Paweł i ja. Wyruszyliśmy z samiuteńkiego rana, odebrałem chłopaków o 5:30. Benjamin mieszka w SF, ale na szczęście okazało się, że może przenocować u Pawła, więc zaoszczędziło to trochę czasu. Po drodze nic ciekawego się nie wydarzyło i udaliśmy się zgodnie z planem do Kings Canyon National Park. Kanion jest bardzo podobny do Yosemite Valley w niektórych miejscach. Porobliliśmy trochę zdjęć, oglądnęliśmy troszkę gigantycznych sekwoi (tamtejsze wyglądają zdecydowanie inaczej niż te z Redwoods) i pojechaliśmy dalej, tym razem na południe, przez Sequoia National Park. Tutaj jak sama nazwa wskazuje też były duże drzewa... ;-) Wyjazd z parku od strony południowej jest naprawdę miły, ma się wrażenie jakby jechało się przez jakiś archaiczny las z czasów dinozaurów, tylko patrzeć aż coś wyskoczy zza jakiegoś krzaka. :-)
Po wyjechaniu z parku dalej na południe w stronę Red Rock Canyon. Po drodze udało nam się jeszcze zobaczyć pasące się lamy. Czego to nie ma w tej Kalifornii... ;-) O zachodzie byliśmy więc na miejscu. Tu znowu tradycyjna sesja zdjęciowa i szybka podróż do pobliskiego Ridgecrest, czyli największej wsi... znaczy się miasteczka w okolicy. Dość śmieszny był moment, gdy główna ulica skręca, a my pojechaliśmy na wprost, znajdując się nagle przed wejściem do bazy wojskowej. Trochę skonfundowaniu zawróciliśmy i skręciliśmy nie w tą stronę w którą trzeba było. Skąd wiedzieliśmy, że nie w tą?? Ano po napisie przy drodze: 'Explosives deliveries only'... :-P
W końcu udało nam sie znaleźć motel i jakiś bar, gdzie grzecznie zakończyliśmy dzień...
A dnia następnego okazało się dlaczego tamtejsze piwo nazywa się 'Lobotomy Bock'. ;-) Wstaliśmy znowu z samego rana i pojechaliśmy do Doliny Śmierci. Zrobiliśmy sobie krótki spacer po piaszczystych diunach, potem podjechaliśmy do Visitor Center, pooglądaliśmy parę rzeczy. Byliśmy tam w okolicach godziny 10, a już było ponad 42 stopnie... :-) Po tej krótkiej przerwie pojechaliśmy na północ, przez Nevadę do Tonopah. Jak się okazuje towarem eksportowym Nevady chyba są właśnie pustynie. :) Za to po drodze widzieliśmy kilka miniaturowych trąb powietrznych. Niektóre miały nawet całkiem przyzwoite rozmiary (około 30 metrów wysokości), bardzo fajnie się je obserwowało, przede wszystkim kiedy jedna z nich 'przekraczała' drogę.
Za Tonopah zawróciliśmy już na zachód w kierunku Yosemite. Po drodze jeszcze zahaczyliśmy o Mono Lake i Mono Mills, przy czym bardzo spodobała mi się ta tabliczka. Potem jeszcze parę przystanków w Yosemite, przejazd przez całą dolinę, wyjechaliśmy południową drogą, trafił się nam bardzo ładny zachód i już prościutko do San Francisco i do domu. W całości przejechaliśmy jakieś 1300 mil, a wycieczka bardzo udana i sympatyczna!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz