31 sie 2007

Koniec

Jak się powie 'a' to trzeba i powiedzieć 'b' jak przypomniała mi Paulina przed wyjazdem. Prawie 7 miesięcy temu wyjechałem. W lutym się zaczęło, teraz się kończy. Jeszcze dwa tygodnie podróży po Stanach i wylot z NYC do Krakowa. :)

A jak się zaczynało to było:
- 6 miesięcy i 3 tygodnie temu,
- 11 kilogramów temu :D,
- 23 tysiące mil temu (nie licząc przelotów do Polski),
- 2373 zdjęcia opublikowane na sieci temu,
- hektolitry piwa temu.

The Googletrip has ended...

28 sie 2007

Swatanie... ;-)

Dla niewtajemniczonych Maniek to kobieta... ;-)

[14:55:06] Maniek: dalej z ta marta?
[14:55:09] VeD: no
[14:55:14] Maniek: o znudzilaby mu sie no naprawde

27 sie 2007

Great Basin National Park

No i udało się. Przejechaliśmy trochę, pozwiedzaliśmy, było miło i sympatycznie. Na razie wrzucam zdjęcia, jak wrócę z pracy to postaram się podać więcej szczegółów.

I tak to się trochę poprzeciągało, ale to już czas ostatnich zakupów i ostatecznego pakowania...

Tak więc wyruszyliśmy wieczorem w piątek po mojej pracy. Jak zwykle wpakowaliśmy się w korki na 680 (w końcu piątek) i w okolicach Tracy. Na szczęście później nie było tak źle. Przeznaczenie: Great Basin National Park.




Jak się okazało gdzieś za Fallon zaczęło brakować nam benzyny... Do najbliższej stacji 60 mil... Środek Nevady, czyli stanu, którego towarem eksportowym są pustynie i bezludzia... ;-) Na szczęście udało nam się dojechać jakoś do Austin. Po drodze minęliśmy jedną stację bezynową, która była zamknięta, a jak wiadomo nie bardzo chciało nam się budzić jakiegoś amerykańskiego rednecka. ;-) Druga stacja była spalona, więc też niewiele nam pomogła... ;-)

Przekimaliśmy na parkingu w Ely. Rano skoczyliśmy do jakiegoś sklepu, gdzie Piotrek ku naszemu rozbawieniu znalazł książeczkę mówiącą o tym, że droga która przejechaliśmy jest najbardziej zadupiastą drogą w USA. :) Do samego parku nie było już żadnych problemów. Udało nam się załapać na wycieczkę po Lehman Caves. Potem rozbiliśmy się na polu campingowym pod samym Wheeler Peak. Oczywiście nie potrafiłem się oprzeć pokusie i wyszedłem sobie na tą górę. Piotrek w międzyczasie sobie odsypiał. Górka bardzo sympatyczna, 4000 m bez 20. ;-)

Wróciłem sobie na wieczór, rozpaliliśmy ognisko, coś tam zjedliśmy i położyliśmy się spać.

Następny dzień to przede wszystkim wracanie, jakkolwiek krajobraz Nevady jest na swój sposób fascynujący. Podróż powrotna obejmowała jeszcze wizytę w największym ghost townie w CA - Bodie. Zdjęcia są, ciężko tutaj powiedzieć coś więcej. Fajnie się to zwiedzało, tylko strasznie dużo turystów. :)





No a potem już do domu... kolejne 1400 mil przejechanych... :)

23 sie 2007

Paintball

W tą sobotę wybrałem sie po raz pierwszy w życiu na paintball. Było bardzo sympatycznie, dodaktowo udało się załapać ma partię w lesie, więc doszły jakieś (teoretycznie) elementy stategii. ;-) Z mniej wesołych rzeczy nabawiłem sie trochę siniaków oraz częściowo rozwaliłem sobie prawą rękę. Na szczęście niezbyt poważnie, więc chwilę pokrwawiło i tyle. :) Polecam każdemu.

Tutaj troszeczkę zdjęć. Z oczywistych powodów (świstające kule i takie tam) nie dało się robić zdjęć podczas strzelania. A korespondentów wojennych nie było. ;-)

17 sie 2007

Stany w jednym zdaniu :-D

Natrafiłem na taki to piękny opis próbując się dowiedzieć jak wyjść sobie na Mount Tyndall:
"No permits are required for one-day hiking. Check with Inyo National Forest (1-760-873-2408). Needless to say, if you do want/need a permit, it is an absolute nightmare. Make sure you have an unlimited amount of patience and you are willing to deal with a level of stupidity that defies Darwinian evolution."

16 sie 2007

Boat Cruise

Wczoraj mieliśmy wycieczkę statkiem po zatoce dla prawie wszystkich stażystów, więc znów nie udało się uzupełnić, mam nadzieję, że jakoś uda się przed weekendem. :-) No a wycieczka była bardzo sympatyczna i można było zobaczyć parę miłych widoków. :-)

14 sie 2007

Cancel cancel? ;-)

Bardzo mnie to rozśmieszyło...

13 sie 2007

Seki -> Red Rock -> DV -> Yose

Długa wycieczka. :) Na razie wrzucam zdjęcia, później będzie opis.

Zdjęcia

Zdjęcia trochę później, jako że zapomniałem wczoraj wziąć zasilacza od laptopa do domu...

Czas najwyższy! :-) Zeszło trochę, ale teź trochę rzeczy się ostatnio działo. Po kolei więc...

Wycieczka miała skład 3-osobowy: Benjamin, Paweł i ja. Wyruszyliśmy z samiuteńkiego rana, odebrałem chłopaków o 5:30. Benjamin mieszka w SF, ale na szczęście okazało się, że może przenocować u Pawła, więc zaoszczędziło to trochę czasu. Po drodze nic ciekawego się nie wydarzyło i udaliśmy się zgodnie z planem do Kings Canyon National Park. Kanion jest bardzo podobny do Yosemite Valley w niektórych miejscach. Porobliliśmy trochę zdjęć, oglądnęliśmy troszkę gigantycznych sekwoi (tamtejsze wyglądają zdecydowanie inaczej niż te z Redwoods) i pojechaliśmy dalej, tym razem na południe, przez Sequoia National Park. Tutaj jak sama nazwa wskazuje też były duże drzewa... ;-) Wyjazd z parku od strony południowej jest naprawdę miły, ma się wrażenie jakby jechało się przez jakiś archaiczny las z czasów dinozaurów, tylko patrzeć aż coś wyskoczy zza jakiegoś krzaka. :-)

Po wyjechaniu z parku dalej na południe w stronę Red Rock Canyon. Po drodze udało nam się jeszcze zobaczyć pasące się lamy. Czego to nie ma w tej Kalifornii... ;-) O zachodzie byliśmy więc na miejscu. Tu znowu tradycyjna sesja zdjęciowa i szybka podróż do pobliskiego Ridgecrest, czyli największej wsi... znaczy się miasteczka w okolicy. Dość śmieszny był moment, gdy główna ulica skręca, a my pojechaliśmy na wprost, znajdując się nagle przed wejściem do bazy wojskowej. Trochę skonfundowaniu zawróciliśmy i skręciliśmy nie w tą stronę w którą trzeba było. Skąd wiedzieliśmy, że nie w tą?? Ano po napisie przy drodze: 'Explosives deliveries only'... :-P

W końcu udało nam sie znaleźć motel i jakiś bar, gdzie grzecznie zakończyliśmy dzień...

A dnia następnego okazało się dlaczego tamtejsze piwo nazywa się 'Lobotomy Bock'. ;-) Wstaliśmy znowu z samego rana i pojechaliśmy do Doliny Śmierci. Zrobiliśmy sobie krótki spacer po piaszczystych diunach, potem podjechaliśmy do Visitor Center, pooglądaliśmy parę rzeczy. Byliśmy tam w okolicach godziny 10, a już było ponad 42 stopnie... :-) Po tej krótkiej przerwie pojechaliśmy na północ, przez Nevadę do Tonopah. Jak się okazuje towarem eksportowym Nevady chyba są właśnie pustynie. :) Za to po drodze widzieliśmy kilka miniaturowych trąb powietrznych. Niektóre miały nawet całkiem przyzwoite rozmiary (około 30 metrów wysokości), bardzo fajnie się je obserwowało, przede wszystkim kiedy jedna z nich 'przekraczała' drogę.

Za Tonopah zawróciliśmy już na zachód w kierunku Yosemite. Po drodze jeszcze zahaczyliśmy o Mono Lake i Mono Mills, przy czym bardzo spodobała mi się ta tabliczka. Potem jeszcze parę przystanków w Yosemite, przejazd przez całą dolinę, wyjechaliśmy południową drogą, trafił się nam bardzo ładny zachód i już prościutko do San Francisco i do domu. W całości przejechaliśmy jakieś 1300 mil, a wycieczka bardzo udana i sympatyczna!

7 sie 2007

Kraków - moja duma :-D

Dobrze wiedzieć, że mieszka się w mieście z kompetetnymi lekarzami:
news

Crater Lake, Lava Beds, Burney Falls

Na razie same zdjęcia:
Crater Lake
Lava Beds i Burney Falls

Wstałem w okolicach godziny 4 nad ranem (sic!), pojechałem po Yashę, a następnie wspólnie udaliśmy się do San Martin po Pawła. Tak więc spokojnie o godzinie 6 wyruszyliśmy zgodnie z planem w drogę. Na szczęście w soboty z rana ruch nie jest za duży, więc droga przebiegała szybko. Już na I-5 "pościgaliśmy" się z miłą panienką w czerwonej Maździe. Ściganie nie jest może tutaj najlepszym słowem, ale przez dobry czas jechaliśmy równo (że równo powyżej ograniczenia prędkości to sprawa oczywista ;>), wyprzedzając się co jakiś czas. Niestety zabawę zepsuł Paweł, który zażyczył sobie przerwy na toaletę... ;-) Ech... szybkie kobiety i piękne samchody... :-P

Na miejsce przeznaczenia dotarliśmy więc zgodnie z planem między godziną 13 a 14. No i widok poraża... Krystalicznie czyste jezioro w kraterze o średnicy około 5 kilometrów. :-)

Porobiliśmy trochę zdjęć, przespacerowaliśmy się, następnie wyszliśmy na jedną z górek, które otaczają krater. Stąd widok był jeszcze lepszy... :-) Potem jeszcze objechaliśmy całe jezioro i udaliśmy się do Klamath Falls na nocleg. Udało się znaleźć coś nawet szybko, więc udaliśmy się zjeść kolację i na krótkie piwo. :-)

Rano wstałem pierwszy, udałem się na "complimentary breakfast", czyli muffina oraz kawkę. Po jakimś czasie reszta ekipy się również podniosła z łóżek i o 8 wyruszyliśmy w drogę.

Do Lava Beds daleko nie jest, więc byliśmy na miejscu dość szybko. Pooglądaliśmy kilka z naprawdę niesamowitych jaskiń, które się tam znajdują. Yasha trochę panikował pod ziemią, ale przez to było jeszcze ciekawiej. :-D Po dobrych kilku godzinach pojechaliśmy więc dalej, czyli do McArthur-Burney Falls Memorial State Park. Jak nietrudno się domyślić, pooglądaliśmy sobie tam wodospad mniej więcej o wysokości 40 metrów. I trzeba przyznać, że jest ładny. :-)

A z parku już nie tak daleko było nam do Lassen, przez które postanowiliśmy przejechać. I które wygląda zupełnie inaczej niż wtedy kiedy byłem tam ostatnio. Praktycznie zero śniegu, za to wszędzie i wszystko zielone lub porośnięte jakimś fioletowym kwieciem. I naprawdę ładne jeziorka. Naprawdę ładne. :-)

Z Lassen już pojechaliśmy prosto do domu, umilając sobie czas podróży rozmową z Pawłem.

Miło tak wrócić "po własnych śladach" do miejsca, w którym się już było...

2 sie 2007

Scavenger Hunt

Mieliśmy sobie w Firmie coś takiego. Przeznaczone tylko dla stażystów, ale za to wszystkich, czyli w tym momencie jakieś około 300 osób, z tego zjawiło się niecałe 250. Najpierw zapakowali nas w busy i pojechaliśmy do SF. Tam wysadzili nas pod budynkiem Ghirardhelli i wytłumaczyli o co chodzi w całej zabawie. Tak więc na początku jest się dzielonym na kilka teamów, z których każdy ma rozwiązać jak najwięcej zagadek (czytaj: zdobyć jak najwięcej punktów). Nasza grupa liczyła 8 osób: Lindsay, Alice, Tina, Behrooz, Dennis, Andrew, Jeszcze-Jedno-Trudne-Orientalne-Imię-Którego-Nie-Zapamiętałem i ja. :) Cała imprezka trwała niecałe 2 godziny, w pewnym momencie byliśmy nawet na pierwszym miejscu... w pewnym momencie. ;-) W zasadzie polegało to na tym, że lataliśmy w okolicach Pier 39, Fisherman's Wharf, etc. z GoGame, na którym wyświetlały się wskazówki i zadania do wykonania. Przy okazji można było zobaczyć parę ciekawych miejsc, dużo się pośmiać, porobić z siebie idiotów w miejscu publicznym, itp. :-) Na sam koniec pojechaliśmy z powrotem do Firmy, gdzie zaserwowano nam późny lunch i wyświetlono filmy, które trzeba było ponagrywać w niektórych zadaniach. Przy tym było zdecydowanie jeszcze więcej śmiechu. Bardzo fajna zabawa. :-) Tutaj parę zdjęć.