30 kwi 2007

Dawidowi...

Dawidowi gratulujemy ostatniej suwerennej decyzji w życiu...

Pogrążeni w żalu koledzy z piwa

A tak na serio. :-)

Dawid Ostrowki, lat 24 (prawie) oświadczył się. Cytując mojego kuzyna:
"
no staryyyyyyyy!!!
gosc sie oswiadczyl pod Wielkim Łukiem w Paryzu.
ania nie skorzystala z przyslugujacego jej prawa "veta"
poniewaz zostala oslepiona i zaskoczona polaczeniem zlota i brylantu."

Cieszę się bardzo! Będą małe Dawidki! :-D

PS: Dalsze informacje w toku, ze względu na bardzo dupne połączenie zostaną dostarczone później. :)

Anthony Chabot Regional Park - camping

Już wieczorem... a w nim piękne kobiety, straszne historie, groźne zwierzęta, przygoda, akcja oraz wszystko czego potrzebujecie. ;-)

A tak na serio to wypadałoby trochę popracować.

Zdjęcia już wrzucone:
Alcatraz
Anthony Chabot Regional Park

No i się przedłużyło, ale niestety poradzić się na to za dużo nie da. Czasami łącze w NASA jest tak tragiczne, że naprawdę niczego nie da się zrobić. No ale nie ma co narzekać... ;-)

Rano zaczęło się od tego, że pojechaliśmy z Laurent po samochód, który dzień wcześniej zostawiliśmy w okolicach polskiej restauracji. Wróciliśmy czym prędzej po resztę i zebraliśmy się na Pier 33, skąd mieliśmy statek na Alcatraz. Cudem zdążyliśmy dokładnie co do minuty na moment kiedy statek już miał odpływać.

Alcatraz jest wbrew swojej opinii wyspą bardzo ładną i nie składa się tylko z więzienia. Wysłuchaliśmy bardzo fajnie zorganizowanego audio tour i w sumie spędziliśmy na wyspie jakieś 4 godziny. Bardzo fajnie spędzone 4 godziny, rozciąga się niesamowity widok na całe SF, jedynym minusem jest, że strasznie wieje. ;-)

Po zejście z powrotem na ląd udaliśmy się w okolice Pier 39, gdzie spożyliśmy na spokojnie obiad. Po obiedzie przeszliśmy jeszcze kawałek pooglądać sobie lwy morskie i udaliśmy się na camping. Na całe szczęście okazało się, że jest dla nas miejsce. Zostawiliśmy dzieci, żeby zajęły się rozbijaniem namiotów, a my pojechaliśmy po zakupy na grilla. :)

Przy okazji udało się nam zobaczyć całkiem ładną panoramę na zatokę ze wzgórz nad Oakland.


Po jakiejś godzinie powróciliśmy na camping i grillem suto zakrapianym piwem zakończyliśmy dzień. ;-)

Polish restaurant, Irish bar

Wyruszyliśmy z Firmy zgodnie z planem. Właściwie to ja wybyłem do NASA zostawić trochę rzeczy i w okolicach godziny 7 Mathieu z Laurent przyjechali po mnie i udaliśmy się w stronę SF. Podróż przebiegła w atmosferze zaciekłej dyskusji. Na szczęście udało się jakoś w końcu dotrzeć - najpierw do hotelu, a później do restauracji. Pogubiliśmy się trochę i przyznam się, że to moja wina... ;-)

Lokal ciekawie urządzony, do tego polska obsługa. Bardzo przyjemne jedzenie (miło sobie przypomnieć na co się narzeka w Polsce co dnia :->). Reszcie towarzystwa bardzo się wszystko spodobało, z czego się bardzo cieszę, bo restauracja nie należy do najtańszych. :/ No ale jednorazowo można sobie pozwolić na trochę większe wydatki.
Wielkie emocje, zwłaszcza w Mathieu :-D, wzbudziła grupka dziewczyn siedząca parę stolików dalej. Od razu zostałem przez kompanów zasypany pytaniami czy w Polsce wszystkie kobiety są takie ładne (a trzeba przyznać, że co najmniej jedna z tych dziewczyn była urody nieprzeciętnej.. :-)). Mathieu nawet stwierdził, że wydłuży sobie swój pobyt w Europie, żeby móc zahaczyć o Polskę. Co prawda nie wiemy zupełnie czy były to dziewczyny z Polski (na pewno nie wszystkie), ale sądząc po urodzie jest to co najmniej prawdopodobne. :-)

Po zjedzeniu kolacji udaliśmy się do Irish pubu parędziesiąt metrów dalej. Jako, że w restauracji już uraczyliśmy się polskim piwem (wreszcie w normalnych porcjach :-)), więc po chwili w pubie nastroje zrobiły się co najmniej sprzyjające. Było bardzo sympatycznie i o godzinie 2 nad ranem zostaliśmy "wyrzuceni" i udaliśmy się taksówką na spoczynek do hotelu.

27 kwi 2007

Friday Night in San Francisco

Tym razem nie chodzi o album muzyczny. Plan z polską restauracją został przesunięty na dzisiaj. Tak więc wybieramy się do Old Krakow na obiadokolację z całym towarzystwem. Potem pewnie gdzieś na miasto. Się będzie działo. ;-)

26 kwi 2007

Dino



Dino to kierowca autobusu o którym już pewnie nie raz wspominałem. Ma 74 lata a wygląda na góra 60. Dalej szuka dziewczyny. ;-) Po 4 żonach.
Sam mówi o sobie, że jest postrzelony (w sensie umysłowym, bo tak naprawdę został postrzelony podczas wojny, ale to później). I jest w tym trochę racji. Jest Grekiem. Właściwie to jest Amerykaninem, bo urodził się tutaj, ale cytując: "I was started in Greece, I was finished here". Jego rodzina pochodzi z okolic Sparty.
Dzisiaj mieliśmy w busie trochę dłuższą rozmowę i opowiedział mi trochę o wojnie w Korei, w której brał udział. Zapisał się na ochotnika, miał wtedy 17 lat, skłamał w zeznaniu, więc go wzięli. Jego jednostka była jednostką rezerwy - stacjonowali w Teksasie, kiedy ogłoszono mobilizację. Z całego oddziału (czy jak to się tam zwie) liczącego 200 chłopa na front wzięto tylko 2. Zgadnijcie kogo?
Był 2 razy ranny, dostał 2 purpurowe serca. Za pierwszym razem było to oficjalne - został postrzelony. Za drugim razem... hmmm... Zacytuję: "I am probably the only man in US who got a Purple Heart for frost-bite!". I mówi to z uśmiechem. Wróciwszy spędził 3 miesiące w szpitalu psychiatrycznym. Po wojnie był przez 3,5 roku policjantem. Dużo więcej o nim nie wiem, zdjęcie umieszczę jak tylko zrobię.

Mówi na mnie w żartach "the damn Polak". :-) Zawsze cieszy mnie wracanie z nim busem.

Niesamowity człowiek.

25 kwi 2007

Intern Field Day

Trochę się tych zaległości porobiło niestety. Trochę mi się w moje notatki lenistwa wkradło, ale w sumie jakoś specjalnie dużo ciekawych rzeczy się nie działo o których można by wszystkim poopowiadać. Tak to jest, że akurat jak się ma jakiś pomysł na napisanie czegoś to nie ma się albo czasu albo komputera pod ręką, a jak się ma to akurat się nie ma co mądrego powiedzieć. :-)

Dzisiaj mieliśmy Intern Field Day. Oznaczało to, że stażyści z MV zebrali się wszyscy w parku pod Firmą i robili różne głupoty na polu (w odróżnieniu od głupot, które na codzień robią w biurze ;)). Całkiem sympatycznie pograliśmy sobie w nogę, gra zakończyła się remisem. Było dość zabawnie, bo większość ludzi nie bardzo miała pojęcie w ogóle o zasadach gry, już nie mówiąc o wykazywanych zdolnościach. ;-)
Sposobem tym popołudnie zleciało całkiem szybko. Wczoraj z kolei przyjechała siostra Laurent z chłopakiem, więc wieczorem wyskoczyliśmy do St. Stephen's na szybkie piwko. Co zaowocowało tym, że dnia dzisiejszego jednak pojechałem późniejszym busem, czyli za dużo w pracy nie porobiłem, trzeba będzie nadrobić przez resztę tygodnia. Jutro mamy plan wybrać się do polskiej restauracji w SF - Old Kraków. Miejmy nadzieję, że będzie sympatycznie. :-)

Venice Beach, Getty Museum

Pobudka z rana koło godziny 9. Jak zwykle wstałem pierwszy i nie bardzo miałem co robić. Wyszedłem sobie więc na patio i pozrzucałem zdjęcia z aparatu na komputer. Chwilę później obudził się Michał i posiedzieliśmy chwilę i pogadaliśmy. Przy okazji wykonałem parę telefonów i jakoś powoli wszyscy zaczęli się budzić.
Zebraliśmy się więc do centrum Laguna Beach i znaleźliśmy jakiś lokal na śniadanie. Które nota bene było całkiem niezłe mimo tego, że Khalid zapieprzył mi mój Veggie Omelette przez przypadek... ;-) No ale nie można gościa pobić o coś takiego, jeszcze wybuchłyby zamieszki na tle religijnym. ;-) Po śniadaniu skoczyliśmy na chwilę na plażę, porzucaliśmy sobie frisbee i było sympatycznie. Plan na dalszą część dnia obejmował w dalszej kolejności oglądnięcie Venice Beach, co też uczyniliśmy. Rozdzieliliśmy się na parę grupek, część udała się bulwarem wzdłuż plaży, ja skoczyłem sobie na samą plażę popstrykać trochę zdjęć.
Spotkaliśmy się z powrotem za mniej więcej godzinę przy samochodach i udaliśmy się w dalszą drogę, czyli do Getty Museum. Do samego muzeum, które usytuowane jest na górze, dojeżdża się kolejką. No i znajdują się w owym muzeum przenajróżniejsze obrazy, rzeźby, etc. Mnie jakoś specjalnie to nie zaciekawiło, ot muzeum. ;-) Fajniejszy i ładniejszy był ogród oraz widok, który się z niego rozciągał (jak na standardy miastowe). Około godziny 18 wyrzucili nas wszystkich i pojechaliśmy do Pasadeny na kolację oraz odwieźć Michała. Znaleźliśmy sympatyczną restaurację, trochę problemu mieli ze skombinowaniem dla mnie kawy, ale jakoś im się udało. Następnie podrzuciliśmy Michała pod sam dom, a my udaliśmy się w drogę powrotną. Na początku strasznie lało, zwłaszcza przy wyjeździe z LA. Potem pogoda się troszkę uspokoiła i w całkiem niezłym tempie dojechaliśmy na miejsce. :-)

24 kwi 2007

Santa Monica, Laguna Beach

Rano pobudka i z Laurentem zebrałem się i pojechałem po Michała, znajomego który ma staż w Caltechu w Pasadenie. Zajęło to nam chwilkę, ale wszystko odbyło się w miarę sprawnie. Zgodnie z planem wyruszyliśmy więc do Malibu, gdzie znaleźliśmy sobie miejsce na śniadanie (dość płynny termin w tym kontekście ze względu na godzinę 11 ;>). Po posiłku zakupiliśmy jeszcze frisbee i pojechaliśmy w stronę Santa Monica, gdzie spotkaliśmy się z Peterem, znajomym Laurenta, w lokalnej siedzibie Firmy.
Poszliśmy więc na molo, które okazało się średnio ciekawe. Za to centrum Santa Monica wydaje się dość ciekawe. Niestety nie zatrzymaliśmy się dłużej ze względu na brak czasu. Z Santa Monica udaliśmy się na przejażdżkę Mulholland Drive aż do samego Hollywood wraz z jego słynnym znakiem. Trzeba przyznać, że LA jest ogromne, porobiliśmy trochę zdjęć i wysiedliśmy w Hollywood oglądnąć Kodak Theatre. Sam Hollywood jest trochę śmieszny i zdecydowanie bardziej żywy niż większość miast w Stanach. Bardzo dużo artystów ulicznych, mnóstwo turystów rzecz jasna i trochę wszystko sztuczne, ale chyba bardziej podoba mi się takie życie na ulicy niż jego brak. Poza tym, że LA mi się nie podoba. ;-)
Rozdzieliliśmy się więc i każdy trochę pobuszował w okolicach kina. Nasza mniejsza grupka (Peter, Mathieu, Laurent oraz mła) udaliśmy się zjeść naleśniki w małej obskurnej knajpce na którymś piętrze kina. ;-)

Z Hollywood pojechaliśmy oglądnąć Beverly Hills (ale to tak tylko przejazdem) oraz River Road. Czyli jak się dowiedziałem ulicę na której Julia Roberts robiła zakupy w "Pretty Woman". No cóż...

Po krótkiej debacie postanowiliśmy, że wszyscy łącznie z Peterem jedziemy do Laguna Beach, gdzie znajdziemy sobie motel oraz jakiś bar na noc (albo na odwrót, kto co lubi ;)). Tak więc udało się znaleźć dość sympatyczną restaurację, przed którą niestety musieliśmy czekać prawie godzinę, żeby się do niej dostać. Zjedliśmy więc kolację, w zamian za czekanie zostaliśmy przez managera knajpy nagrodzeni darmowym deserem, czyli ciastem czekoladowym z lodami. ;-P
No i tutaj wyszedł przy okazji pierwszy kwas, bo okazało się, że Peter nagle wymyślił, że musi wrócić tego samego dnia do Santa Monica... W rezultacie popsuło mi to trochę humor i stwierdziłem, że go odwiozę (żeby nie musieć się bawić w organizację szukania motelu i knajpy :-P). Skończyło się na tym, że wracając do Laguna Beach utknęliśmy w korku o godzinie 1:30 w nocy... No ale jakoś w końcu udało się dotrzeć i spokojnie pójść spać.




PS: Dostawa następnego posta opóźniona ze względu na dostawę piwa. ;-)

23 kwi 2007

Organizacja i takie tam

I po raz kolejny okazuje się, że wszyscy niby psioczą na ten nasz naród, ale z jak przychodzi problem to zawsze jesteśmy najlepsi w załatwianiu wszelakich spraw. W piątek trzeba było załatwić drugi samochód, więc musiałem się tym zająć (bo oczywiście nikt nie ma czasu). Tak więc oczywiście zajęło to dużo czasu, bo oprócz tego nikt nie chciał wziąć samochodu na siebie... Na szczęście na sam koniec znalazł się kolega Edwina - Stephen, który zaofiarował się, że weźmie samochód, a i tak ze względu na problemy z kartą musiałem za to zapłacić. ;-) No ale było minęło.

Zgodnie z umówionym czasem o godzinie 18 zebraliśmy się na parkingu z betami w celu wyruszenia. Wszyscy. A właściwie prawie, bo na Edwina musieliśmy czekać prawie pół godziny. Potem utknęliśmy na chwilę w korku w okolicach Gilroy, ale reszta drogi przebiegła bez większych problemów. Oprócz inercji wszelkich działań wywołanej obecnością 7 chłopa (7 wspaniałych? ;-P). Tak więc na godzinę pierwszą w nocy z krótkimi przerwami znaleźliśmy się w San Fernando już w motelu. Prędkość średnia całkiem całkiem jak na taki dystans, na szczęście udało nam się nie złapać żadnego mandatu. :-)

LA

Nie podoba się. :)

No ale jakieś zdjęcia na razie umieszczę, wieczorem wrzucę opisy.
Santa Monica, Mulholland Drive, Hollywood, Laguna Beach
Venice Beach, Getty Museum

20 kwi 2007

I tak k... do zaj...

Jakby to rzekł Dawid. ;-)

Kolejny piątek. Dzisiaj w Firmie były jakieś ćwiczenia SWATu i policji. Śmiesznie jest obserwować takich ludzi, których się w sumie zna tylko z filmów. No a już za 3 godzinki zbieramy się wszyscy do Los Angeles na weekend. Zapowiada się sympatycznie, pogoda może też nie będzie tragiczna, więc mam nadzieję, że będą to dwa dni udane. :-)

Sunset Boulevard - here I come! :-)

19 kwi 2007

AdSense update

Google stwierdziło, że nie nadaję się na zarabianie pieniędzy za pomocą AdSense. :-) Blog zawiera prawdopodobnie jakieś zakazane treści (pornografia dziecięca, zwierzęca, etc.). :-P

18 kwi 2007

Ofsajt

Korzystając z chwili przerwy wywołanej kompilowaniem sie dwóch klientów mogę spokojnie opisać wczorajszy dzień. ;-)

Dzień zaczął się średnio przyjemnie, bo od niemożności znalezienia paszportu. Na szczęście okazało się, że zostawiłem go w samochodzie Mathieu... :-)

Raz na kwartał w Firmie przysługuje pewna kwota, która może zostać wykorzystana na tzw. offsite. Polega to mniej więcej na tym, że rzucany jest pomysł, który mieści się w granicach tej kwoty i cały team wyrusza na jakąś "wycieczkę". Tym sposobem wczoraj udaliśmy się na gokarty, pomysł się generalnie chyba spodobał wszystkim. Koło godziny 10 zebraliśmy się z biura z Saurabhem, Lee oraz Grześkiem (nasz menedżer), który zaoferował się nas podwieźć. :-)

Na miejscu podzieleni zostaliśmy na dwie grupy, kazano nam się przebrać w kombinezony wyścigowe (takie prawie full-proffessional ;>), założylismy kaski i zaczęliśmy jeździć. Na początek trochę rozgrzewki, następnie zeszliśmy z toru, potem sesja kwalifikacyjna i prawdziwy wyścig. Jeździ się generalnie bardzo fajnie, poza pewnymi szczegółami. Po pierwsze nie ma wspomagania kierownicy, więc czasami naprawdę ciężko jest takim samochodzikiem sterować. Po drugie nie dostaliśmy rękawiczek. :/ Po trzecie człowiek jednak dość szybko się męczy po takiej jeździe. Śmiesznie się później wysiada z pojazdu, bo okazuje się, że człowiek jest dużo bardziej zmęczony niż myślał. ;-)

Oprócz tego udało mi się dokończyć oglądanie filmu "Loose Change", w ramach wgłębiania się w teorie spiskowe. Nakręcone to jak nakręcone. Tak akurat mi wpadło do rąk, a chwilę zajmuje dojazd z pracy do domu (mimo, że teoretycznie jest bardzo blisko, to jednak Moffett Field jest ostatnim przystankiem w tą stronę), więc zwykle coś w tym czasie oglądam na komputerze. Albo rozmawiamy z kierowcą. Którymi to rozmowami regularnie poprawia mi humor. :-D

Przykładowo ostatnia rozmowa:
- Do you have a girl there in Poland?
- Not at the moment... ;-)
- Ohh... I'm looking for one too... Believe me, it is much easier at your age! :-)

A ma jakieś 50-55 lat. Gość jest momentami nieziemski. ;-)

AdSense

Zobaczymy jak to działa... ;-) Może uda mi się pozbierać na jakieś piwo do czasu powrotu. :-)

Gygy

Cytuję:
[10:25:01] Marta Wawszczyk: no jakies pospolite koszenie chyba w tym roku
[10:25:09] Marta Wawszczyk: nawe ksiaze williamjuz jest wolny :)

Robb's Hut

Rano ze wstawaniem było dość ciężko... ale nie fatalnie. Wstałem, zrzuciłem zdjęcia na laptopa i poszedłem do sklepu po jakieś jedzenie i coś do picia. Przy okazji udało mi się też zaopatrzyć w mapę okolicy. Do tego taki poranny spacer bardzo otrzeź... znaczy się budzi. ;-)

Wróciłem i reszta ekipy powoli stwierdziła, że możemy się zacząć zbierać. Seria szybkich pryszniców, zebraliśmy wszystkie bety i wpakowaliśmy się do samochodu. Zatrzymaliśmy się w lokalnym barze na śniadanie, następnie jeszcze w pobliskim sklepie, gdzie zakupiliśmy busolę, nauczeni doświadczeniami poprzedniego dnia.





Dotarcie na miejsce nie sprawiło nam żadnych trudności i po chwili byliśmy na miejscu. Droga do Robb's Hut została polecona Laurent przez panią ranger. Przed wyruszeniem zaopatrzyliśmy się przezornie w cały osprzęt, który posiadaliśmy i wyruszyliśmy. Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie, bo mimo, że było bardzo blisko do miejsca, w którym byliśmy dnia poprzedniego, to jednak tutaj śniegu było jak na lekarstwo. No i okazało się, żę trasa bardziej przeznaczona jest dla mam z wózkami niż dla tak doświadczonych i ekstremalnych ruchaczy jak my. ;-)

W okolicach szczytu znaleźliśmy trochę śniegu i udało nam się wypróbować rakiety śnieżne. Poza tym rozciągał się całkiem sympatyczny widok. No ale niestety jako, że trasa mało wymagająca, więc w samochodzie znaleźliśmy się dość szybko, tym razem Laurent trochę poprowadził i udaliśmy się na obiad do Sacramento. Znaleźliśmy całkiem sympatyczną pizzerię, w której prawie cała obsługa dodatkowo składała się z kobiet (i to całkiem zacnych w większości :-D).

Tym razem ja zasiadłem za kółkiem i udaliśmy się do MV. Tutaj odwiedziliśmy (już prawie tradycyjnie) znajomą barmankę w St. Stephen's Green, spożyliśmy parę piwek, chłopaki odwieźli mnie do domu i sami udali się spać.

Bardzo sympatycznie spędzony weekend. :-)



16 kwi 2007

Eagle Lake

Dla kolejności wydarzeń zacznę od piątku. Skoczyliśmy z Mathieu do REI, gdzie zakupiłem sobie plecak i wypożyczyliśmy rakiety (takie do chodzenia po śniegu dla jasności ;-)). Następnie udaliśmy się jeszcze zjeść jakiś obiad - odwiedziliśmy lokalny "zakład", gdzie robią burrito. Wbrew pierwszemu wrażeniu okazało się, że robią naprawdę świetne żarcie. :-)

Po zjedzeniu wróciliśmy do Firmy i pojechałem do domu ostatnim busem. No i tutaj tradycyjne wieczorne zajęcia, trochę posprzątałem, spakowałem się, zrobiłem sobie krótką przebieżkę i oglądnąłem film, który pożyczył mi kierowca busa. Nic naprawdę konkretnego, tak ot można sobie rzucić okiem. :-)
W rezultacie na skutek tych przedłużonych różnych aktywności położyłem się spać około 1.

Na szczęście udało mi się wstać bez większych problemów i przygotować się na umówioną godzinę 7, kiedy to Laurent z Mathieu mieli po mnie przyjechać. Rzecz jasna reszta ludzkiej populacji jest normalna i nie wstaje o tej porze, więc okazało się, że jeszcze śpią. Z lekkim, 45-minutowym poślizgiem zebraliśmy się i pojechaliśmy. Droga na szczęście naprawdę była prosta. Chłopaki poszli spać, ja prowadziłem. No i prowadziło się naprawdę dobrze w sumie dopóki Mathieu się nie obudził i nie zaczął mnie pilotować (wiem, że to nieładnie zwalać na nieobecnych, ale na kogoś trzeba :-P).

Prawidłowo nasza droga powinna była wyglądać następująco:




A wyglądała tak...




No ale na szczęście po lekkich korektach udało się nam jakoś dotrzeć na miejsce i wziąć się powoli za wspinaczkę (rozpoczęliśmy w miejscu dużej czarnej kropki na mapie):




Pogoda była dość średnia, ale skoro już byliśmy na miejscu, to trochę bez sensu byłoby siedzieć w motelu. ;-) Nie wydawało nam się, żeby było na tyle śniegu, więc rakiety zostawiliśmy w bagażniku. Jak się okazało mylnie. ;-) Na samym początku doszliśmy do Eagle Lake. Odległość nie była duża, ale ze względu na wysokość człowiek bardzo szybko się męczy (że o braku kondycji nie wspomnę). Ponieważ szło nam całkiem nieźle postanowiliśmy udać się dalej w stronę Lower Velma Lake. I tutaj zaczęły się schody, bo nagle okazało się, że śniegu jest po kolana momentami, a szlak nie jest za dobrze oznaczony. Do tego padający śnieg, nasza amatorszczyzna, dzikie pumy i niedźwiedzie... Jednym słowem, dobrze, że dalej żyjemy. No i to by była wersja dla pań, panowie i tak pewnie wiedzą, że to oznacza, że nie zaszliśmy za daleko. ;-)

Jak widać na zdjęciach - momentami było naprawdę stromo, ale za to i widoki bardzo ładne, do tego trochę śmiechu, więc i humory lepsze. Doszliśmy do małej dolinki, gdzie zatrzymaliśmy się na jedzenie i postanowiliśmy powoli wracać ze względu na porę (oraz zmęczenie mimo naszej żelaznej kondycji... ;-)).

Przy schodzeniu oczywiście dużo większy ubaw i jakoś bezpiecznie dotarliśmy do samochodu. Wróciliśmy do South Lake Tahoe i znaleźliśmy sobie motel. Szybki prysznic i poszliśmy do lokalnego irlandzkiego pubu, w którym zjedliśmy kolację. Po kolacji przesiedliśmy się do sekcji bardziej knajpianej, gdzie odbywał się koncert lokalnej kapeli funk-jazz. Nie grali nawet tak źle. ;-)

Oprócz tego, jak życie dowodzi, najciekawszych ludzi poznaje się na papierosie. A ponieważ w Stanach na papierosa wychodzić trzeba na pole, więc jest to dobre miejsce do integracji i mówienia o sobie. Tak więc trochę poznałem się z barmanem i dziewczyną perkusisty (która jak się okazało pracowała w Montrealu, więc Mathieu znalazł z nią wspólny temat), parę razy wszyscy wspólnie wyszliśmy na papierosa i wymieniliśmy uwagi na temat okolicy. ;-)

Po spożyciu kilku piw skończył się koncert i zostaliśmy chyba jedynymi klientami knajpy, więc również zebraliśmy się do motelu. No i okazuje się, że podobnie jak śnieg w dużej ilości, po piwie też było śmiechu co niemiara (zwłaszcza w momencie kiedy Laurent usiłował wyłączyć wiatrak, który przypadkiem włączył :-P)...

Na dobranoc jeszcze włączyliśmy sobie TV i tak jakoś zasnęliśmy po udanym dniu...

Ciąg dalszy nastąpi... :-)

PS: Dodałem jeszcze do obu albumów parę zdjęć.

Lake Tahoe

Całkiem ciekawy weekend, oczywiście wróciliśmy wczoraj w nocym, więc nie bardzo miałem już siłę produkować opisy i wrzucać zdjęcia.

Oto zdjęcia:
Eagle Lake
Robb's Hut

Opis(y) wieczorem jak wrócę z pracy.

Ha! Praca! Trzeba pracować... ;-)

14 kwi 2007

Spokojny dzień

Dzień spokojny jak mało kiedy. Jak mało który piątek, więc mało do napisania. Na pewno będzie więcej po weekendzie, a jak się uda to może i w weekend uda się coś wrzucić.
Zakupiłem plecak, wypożyczyliśmy rakiety śnieżne i idziemy jutro w góry. A właściwie to już dzisiaj.

Czas spać.

Czas podróżować.

12 kwi 2007

Rozmowa miesiąca

[14:36:43] VeD: dobra doszlo
[14:36:51] VeD: dziz
[14:36:52] VeD: :P
[14:36:57] Murdzasia: lol
[14:36:59] Murdzasia: glupek
[14:37:01] Murdzasia: :)
[14:37:23] Murdzasia: ej ladnie mi w tym kaski
[14:37:25] Murdzasia: kasku
[14:38:15] VeD: do twarzy rzeklbym
[14:38:15] VeD: :D
[14:38:25] Murdzasia: glupek
[14:38:26] Murdzasia: pffff
[14:38:32] VeD: powinnas na codzien w kasku chodzic
[14:38:33] VeD: :D
[14:38:35] Murdzasia: ide spac, bo mi jutro cycki badaja

No i to by chyba zamykało sprawę. ;-)

11 kwi 2007

Problem z tytułem

Tak na dłuższą metę to właśnie jest chyba największy problem dla takich codziennych dni. :-P

Dzisiejszy dzień rozpoczął się dość średnio, żeby nie powiedzieć źle. Ani się nie wyspałem, ani nie czułem się dobrze. Na szczęście humor poprawił mi transport koszulek, które sobie ostatnimi czasy zamówiłem (po prostu jak baba z zakupami ;)).

Ostatnio mam naprawdę dużo roboty w pracy, więc z małymi przerwami czas w ciągu dnia leci naprawdę szybko. Jak bym jeszcze potrafił spać dłużej niż 10 godzin to w ogóle bym tylko pracował i spał. I zwiedzał w weekendy, ale to szczegół. ;-)

Wczoraj był ostatni dzień Herve w MV (a raczej w Palo Alto gdzie mieszkają Mathieu z Laurent), więc postanowiliśmy to jakoś uczcić. Udaliśmy się do Cheesecake Factory - rodzaj amerykańskiej sieci restauracji, które specjalizują się w robieniu serników. Serniki nota bene wyglądają bardzo apetycznie. Zjedliśmy więc kolację, a ponieważ po kolacji mało kto miał już miejsce na cokolwiek innego, więc zamówiliśmy sobie na spółkę jeden kawałek sernika (z truskawkami, białą czekoladą i bitą śmietaną... mniam... :-D).
Wieczór dobrze rozpoczęty postanowiliśmy więc zgodnie z planem zakończyć na kręglach i tak uczyniliśmy. Udało mi się przegrać chyba wszystkie partie (niech się cieszą amatorzy... ;-)). O północy zostałem grzecznie odwieziony do domu (kręgielnia jest zamykana o tej porze) i tak zakończył się dzień (właściwie noc).

No i na koniec dobra rada dla wszystkich panów (przysłane by Maju :-P):


  • BE HANDSOME
  • BE ATTRACTIVE
  • DON'T BE UNATTRACTIVE




A na sam koniec miniaturki koszulek, które dostałem, po kliknięciu powinny się pokazać w pełnym rozmiarze:











2 miesiące

Ni mniej ni więcej. Małe podsumowanie: tym razem dużo mniej przejechane, bo chyba tylko koło 2000 mil. :) Za to na pewno dużo więcej przechodzone, w sumie wyszłoby tego jakieś może 30-40 mil... niby niedużo, ale męczy. Zwłaszcza jeśli rozłożymy to tylko na dwa weekendy. ;-)
Poza tym napisane dużo, dużo więcej linijek kodu, dużo odpowiedzialniejsze zadania w pracy. No i chyba lekka poprawa humoru w porównaniu z poprzednim miesiącem. Miejmy nadzieję, że będzie tylko lepiej.

Ale rzecz jasna znajomych i atmosfery brakuje...

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

9 kwi 2007

Łikend po amerykańsku (cz. 2)

Udało się wstać mniej więcej o godzinie 11... ;-) No i całe szczęście, bo check-out time był pół godziny później. Zebraliśmy się więc tak zwanym szybciorem i zmyliśmy się z hotelu. Niedaleko była kafejka, więc udaliśmy się na śniadanie. Zamówiłem sobie pyszne, wielkie ciacho waniliowo-rumowo-orzechowe (o ile dobrze pamiętam) z truskawkami. Mieliśmy więc namiastkę śniadania Wielkanocnego. Taką małą, ale jednak człowiek docenia, że w takim momencie nie siedzi zupełnie sam. :-)

Po śniadaniu nadeszła pora na udanie się na stadion, jako że mieliśmy oglądnąć mecz bejsbola. ;-) Jako, że doczepił się do nas niespodziewany Edwin (co nie znaczy, że niechciany, bardzo miły gościu z Kolumbii i nawet w Polsce był i mu się podobało :>), więc nie było na tyle miejsca w samochodzie. No ale pogoda była naprawdę bardzo ładna, więc stwierdziłem, że się przejdę. Na stadion to jakieś 30-40 minut na nogach z tego miejsca, w którym byliśmy, więc Mathieu stwierdził, że również skorzysta z aury. ;-)

No i co można powiedzieć o tej grze, a przynajmniej o oglądaniu, to że jest to nudne. I to naprawdę. Emocje zdarzają się raz na pół godziny, a i to nie zawsze. Skoro jednak jesteśmy już w Stanach, to grzechem byłoby nie oglądnąć przynajmniej jednego meczu. :-) Na stadionie spotkaliśmy się jeszcze z Khalidem. Wszyscy więc oglądnęliśmy sobie meczyk, do tego oczywiście trzeba było zakupić sobie tradycyjne na meczu hot-dogi. :) Generalnie było bardzo fajnie, do tego super słońce, więc jeszcze się można było przy okazji opalić.

Po meczu Khalid i Edwin udali się z powrotem do MV, a my wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy jeszcze chwilkę zobaczyć w SF coś, co nazywa się Painted Ladies. A co ciekawsze jest to 6 domów o specyficznym stylu. Z tego co pamiętam to powinny być gdzieś na zdjęciach. Przy okazji trochę popatrzyliśmy na latawce, które ludzie sobie puszczali i jakieś pół godziny później wyruszyliśmy do Berkeley. Tam spotkaliśmy się ze znajomymi Olivera - niejakim Benem z Niemiec, oraz jego dziewczyną z Kolumbii - Camillą. Wspólnie zawitaliśmy do baru o nazwie Jupiter, gdzie spędziliśmy wszyscy wieczór. Przy okazji poznaliśmy również dwie doktorantki z tamtejszego uniwersytetu. Wszyscy sobie pogadali, pośmialiśmy się trochę i udaliśmy się w drogę powrotną do MV.

Tak więc generalnie weekend udany, parę amerykańskich "activities" zaliczonych, poznani nowi ludzie, czyli w sumie chyba nie ma na co narzekać? :-)

Łikend po amerykańsku (cz. 1)

I to wyjątkowo. Udało się zaliczyć parę klasycznych amerykańskich rozrywek. No ale po kolei, bo inaczej się w tym wszystkim nie odnajdę. ;-)

Na początek zadzwonił do mnie w piątek wieczorem Mathieu z propozycją wyskoczenia na imprezę. Do Laurenta przyjechał znajomy z NY (niejaki Oliver), który z kolei ma znajomych na kampusie Stanford, więc mieliśmy nagraną imprezę. Kampus przyjemny, jakkolwiek do miasteczka AGH się rzecz jasna nie umywa. ;-) Do tego okazało się, że jest to impreza fizyków... No ale nie było na szczęście tak tragicznie jak to brzmi. :-)
Zostaliśmy poczęstowani lokalnie warzonym piwem, które o dziwo okazało się całkiem niezłe. Mówiąc lokalnie warzonym mam na myśli lokalnie w akademiku. :-) Jedną z ciekawszych części wieczoru był "beer-pong". Nie do końca rozumiem zasady tej gry, ale chyba oni też do końca nie wiedzieli jaki jest cel. Szczęśliwie udało mi się uniknąć udziału, ale i tak był problem ze wstawaniem następnego dnia. Zresztą problem ze wstawaniem mieli wszyscy, jako że impreza zakończyła się dla nas koło godziny 3 nad ranem. ;-) No i oczywiście zakończyła się w kuchni, jak to każda porządna impreza.

Następny dzień był naprawdę ciężki. W rezultacie Laurent (który chyba wstał pierwszy z towarzystwa) zadzwonił do mnie koło godziny 14, że może po mnie przyjechać. Plan na sobotę obejmował koncert The Killers. Tutaj małe wtrącenie: mój bilet znajdował się w rękach Edwina, którego w życiu nie widziałem na oczy. Udaliśmy się więc do Firmy, jako że na intranecie można znaleźć zdjęcia pracowników. Niestety Edwina tam nie było, ale na wszelki wypadek zostawiłem mu numer telefonu do mnie. Następnie pojechaliśmy po resztę towarzystwa i zarezerwowaliśmy sobie hotel w SF. Tutaj wyróżnił się Oliver, który prowadził negocjacje cenowe ("130 for the two rooms? Wait, I'll ask my associates and call you back" :-D). Udaliśmy się więc na miejsce, zrzuciliśmy rzeczy do pokoi i wyruszyliśmy w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Polecono nam bar z kebabami, który na szczęście okazał się całkiem sympatyczny i smaczny. W międzyczasie zadzwonił Edwin i umówiliśmy się przed samym koncertem w okolicy. Ponieważ było jeszcze trochę czasu, skoczyliśmy więc na szybko do baru. Czas zleciał szybko, udałem się z Laurent po Edwina, spotkaliśmy się w umówionym miejscu i poszliśmy na koncert. Przed wejściem czekała już na nas reszta towarzystwa. Na początek zagrały dwa zespoły supportowe. Nie spodobały mi się jakoś szczególnie, ale też nie były takie złe. ;-) No i w końcu pojawił się długo oczekiwany zespół. Pojawił się efektownie. W ogóle cała oprawa koncertu była przygotowana niesamowicie profesjonalnie. Wszystkie światła, efekty, aranżacje piosenek. Naprawdę bardzo spodobał mi się koncert, mimo że nie jestem żadnym specjalnym fanem Killersów. :-) Jedynym minusem jest, że zagrali trochę krótko, no ale nie można mieć wszystkiego. Na koniec udaliśmy się zakończyć miły wieczór w barze. Bar okazał się również całkiem miły. Tutaj spotkała mnie dość śmieszna sytuacja. W Stanach (a przynajmniej większości stanów) nie wolno palić w lokalach. Skutkiem czego zawsze na zewnątrz baru ustawia się kolejka - co również sprzyja integracji. W każdym razie śmiesznym akcentem było to, że akurat gdy stałem sobie przed lokalem, wszyscy którzy akurat przychodzili do tego baru brali mnie za "bramkarza" i pokazywali na wejściu swoje ID. :-)
W końcu o godzinie 2 zamknęli knajpę, więc poszliśmy spokojnie do hotelu spać.

No a już za chwilkę wrzucę zdjęcia i drugą część opisu, bo niedziela może nie tak bardzo, ale również obfitowała w różne wydarzenia. :-) Zdjęcia z samego koncertu dorzucę jutro, bo adres strony na której Herve ma swoje zdjęcia zostawiłem w pracy... Na razie tylko parę fotek, które zrobiłem w San Francisco. :/

STATUS UPDATE: Zdjęcia dorzucone, jakkolwiek nie jest to szczytowa technika i jakość, ale zawsze daje jakiś tam obraz koncertu. :)

6 kwi 2007

Kolejny piątek

I tak nastał kolejny piątek. Wczoraj już miałem coś napisać, ale w rezultacie łącze miało coś bardzo słabą jakość, więc się powstrzymałem. W sumie i dobrze, bo wczoraj mnie zbierało na jakieś wieczorne myślenie. ;-)

Tak więc wczorajszego dnia oglądnąłem sobie film "Shooter". Bardzo polecam. Naprawdę bardzo. Film jest pełen akcji, dużo humoru, nie ma żadnego chrzanienia o miłości. Jednym słowem - film idealny dla kobiet. ;-) Oprócz tego nadrobiłem też zaległości serialowe (prizonbrejkowo-lostowe). Nic ciekawego się nie dzieje, trochę kobiecej walki w błocie i tyle. No ale nie zdradzajmy szczegółów...

W pracy spokojnie, poza tym jakieś święta się zbliżają, a tutaj się tego zupełnie nie daje odczuć. No i najgorsze, ze nie mamy wolnego w poniedziałek. :-( Ale za to może jakoś szybciej weekend dzięki temu koncertowi minie. Do tego wybieramy się też na mecz, więc miejmy nadzieję, że się jakoś uda ten weekend. Czego i wam życzę. ;-)

4 kwi 2007

Codzienność

I tak powoli przyzwyczajam się do codzienności tutaj. Trochę to śmieszne, bo niedługo się wróci i trzeba będzie się przyzwyczaić z powrotem do codzienności w Krakowie... No ale nie ma co rozpaczać na zapas. Codzienne rytuały robią swoje, w końcu im bardziej się ma wypełniony czas, tym szybciej mija. :-)

Co by nie popaść w rutynę, dzisiaj dzień nie chronologicznie. Wieczorkiem sobie pobiegałem, na początek spokojnie, bo chyba niestety coś troszeczkę sobie popsułem kolano podczas ostatniej wycieczki w górki (a mówiła Mama: zakładaj ochraniacze jak kopiesz miejscowych ;-)). Tak więc lekkie 20 minut truchciku po ośrodku. Dość śmiesznie to wszystko wyglądało w pewnym momencie. Po NASA jeździ cyklicznie patrol, więc przez pewien czas śledzili mnie z pewnej odległości, zanim się zorientowali, że nie staram się właśnie uciec z telewizorem jakiegoś lokalnego wojskowego, ani nie jestem innym pakistańskim terrorystą.
Takie bieganie dobrze człowiekowi robi i na głowę, bo się człowiek skupia na tym, że właśnie umiera ze zmęczenia (mimo, że oczywiście jestem w świetnej kondycji i to nie o mnie mowa :-P), a i dużo milej jest później wypalić papierosa. ;-)
Co z kolei przypomniało mi o tym, że miałem rozmowę z managerem i okazało się, że jedna z osób z naszego pokoju jest uczulona na tytoń/nikotynę/palące osoby, skutkiem czego rozwiązaniem było albo przenieść mnie do innego pokoju albo jakieś inne rozwiązanie. Na uczulenie raczej żucie gumy po zapaleniu nie pomaga, a dobrze mi w moim pokoju, więc zobowiązałem się nie palić w pracy, zobaczymy co z tego wyjdzie. A może to i dobry krok w kierunku rzucenia palenia? (Kto to powiedział? :-P)

Oprócz tego dzisiaj właśnie na papierosie spotkałem ludzi z jakiegoś szkolenia - jeden z Meksyku, drugi z Holandii. Akurat usłyszałem jak rozmawiają o tym, jak tutaj wszystko jest dziwne. Dziwnym trafem też zwrócili uwagę na to, że w toalecie jest trzy kilo wody. ;-)

No i do tego na koniec trafiła mi się miła niespodzianka, bo przyszła mi kolejna część koszulek, które sobie zamówiłem. Narcyzm mi ostatnio nie doskwiera, więc zdjęć sobie samemu robić mi nie chce. Ale, ale... żeby gadania nie było, zrobiłem ładnie zdjęcia osobno i oto one. No i żeby nie było, że nie wspieram lokalnej patriotycznej działalności :-D







3 kwi 2007

Point Reyes National Seashore

Ze względów sobotnich wycieczka niedzielna troszeczkę się przesunęła, ale tylko nieznacznie, bo o pół godziny. Tak więc o 10:30 towarzystwo zameldowało się po mnie i pojechaliśmy zwiedzać okolice Point Reyes National Shore. Zaczęliśmy od zjedzenia porządnego śniadania u Joannie's. Ech... nie ma to jak porządny omlet z szynką, pomidorami, cebulką i innymi dodatkami (jak na przykład awokado :-D). Aż zgłodniałem... ;-)

Na początek udaliśmy się w okolice mostu Golden Gate, gdzie porobiliśmy trochę zdjęć. Później mała przerwa na wizytę w latarni strzegącej wejścia do zatoki. Tutaj ciekawym faktem jest, że na początku wzniesiono latarnię wyżej. Niestety okazało się, że przy takiej wysokości nie widać światła, ponieważ standardowa dla zatoki mgła zaczyna się właśnie wyżej. Skutkiem tego musieli przenieść latarnię niżej...



Trochę dalej króciutka przerwa na kawkę i przejąłem stery. ;-) Dojechaliśmy skutkiem tego do Point Reyes i dalej przez Inverness na plażę South Beach. Niestety droga na sam koniec cypla jest zamknięta i można się tam dostać tylko busem. Z braku czasu stwierdziliśmy, że wystarczy nam zobaczenie dwóch plaż (wspomnianej oraz Drakes Beach). Fale ogromniaste, trochę się pobawiliśmy, skutkiem czego miałem spodnie mokre prawie do pasa (czyli prawie całe :-P).





Po drodze na plażę udało nam się wypatrzyć czechosłowacką restaurację (to nie pomyłka, restauracja jest dalej czechosłowacka ;>). Wracając postanowiliśmy więc wstąpić. Uraczyliśmy się więc czeskim jedzeniem, czeskim piwem oraz Beherovką. :) Stąd już droga niedaleka i pojechaliśmy z powrotem. A właściwie aż do San Jose, gdzie w okolicach 21 lądował Laurent. Odebraliśmy go więc z lotniska, a skoro już spotkaliśmy się w tak zaszczytnym gronie, stwierdziliśmy, że uczciwy to krótkim wypadem. Odnaleźliśmy więc w MV jeden z Irish Pubów, gdzie zawitaliśmy. Jako, że były okolice 22 oraz niedziela, więc nie było za dużo klientów. Z kolei mała ilość klientów sprzyja poznawaniu tych nielicznych oraz obsługi. Tak więc mamy już zaznajomioną barmankę, a mnie dodatkowo udało się zaznajomić na papierosie z paroma innymi gośćmi. W ostateczności nie są tacy źli ci Hamerykanie. ;-) Tak więc imprezka się trochę rozkręciła, a weekend można zaliczyć do naprawdę udanych.

No i skutkiem udanej niedzieli poniedziałkowy dzień można było zaliczyć do naprawdę nieudanych... ;-)

1 kwi 2007

Grant Park

No to wrzucam zdjęcia, zapraszam do oglądania, u mnie czas spać... :-)

Grant County Park

No i dodaję zdjęcia z drugiego dnia, opis już niedługo:

Point Reyes National Seashore

W sobotę troszkę zamieszania, bo nie bardzo wiedziałem jak się maja plany weekendowe. Wstałem więc koło godziny 8, a koło godziny 9 zadzwonił Mathieu i obwieścił mi, że przyjadą po mnie niebawem. W ten sposób o godzinie 10 mniej więcej przyjechali, poznałem Herve. Nota bene bardzo sympatyczny człowiek i da się z nim o różnych rzeczach pogadać. Pojechaliśmy do MV na śniadanie oraz uzgodnić ostateczny szkic trasy na weekend. W rezultacie postanowiliśmy pojechać zwiedzić obserwatorium na szczycie góry Mount Hamilton. Na szczęście nie jest to daleko, więc nie przeszkadzała nam za bardzo trochę późna już pora.





Z MV udaliśmy się zaplanowaną trasą, ale nie posiadaliśmy zbyt dokładnej wiedzy na temat naszego miejsca przeznaczenia, w związku z czym udało nam się zaliczyć klasyczne zgubienie i trasa wyglądała w następujący sposób. ;-)





Po tych krótkich perypetiach udało nam się trafić na właściwą trasę i już spokojnie udaliśmy się do obserwatorium. Po drodze minęliśmy też parę ciekawych samochodów (jak na jednym ze zdjęć - Lotus). Na szczycie okazało się, że jednak jeśli chcemy sobie pochodzić po górach, to lepiej jest to zrobić w Parku Granta (Grant County Regional Park). Zjechaliśmy więc do doliny i udaliśmy się w trasę. Super pogoda, więc i przyjemnie się podróżowało, cały czas słońce, lekki wiatr, żeby nie było za gorąco. Idyllicznie wręcz, pomijając sprawę, że trzeba było iść pod górę. ;-) No ale na szczęście jest to tylko część Diablo Range, a nie Gór Skalistych, więc jakoś daliśmy radę. Dotarliśmy więc na szczyt (z paroma postojami) i postanowiliśmy sobie zrobić trochę dłuższą trasę. W rezultacie udało się nam trafić na stado krów puszczonych luzem. Po chwili wahania (w końcu ich było więcej) jakoś przeszliśmy. Tutaj prawdziwym bohaterem okazał się Mathieu, który przepędził krowy głośnymi okrzykami. Herve i ja mieliśmy trochę bardziej mieszane uczucia jeśli chodzi o stawianie czoła 20-30 krowom. No ale skończyło się na kupie śmiechu i poszliśmy dalej.

Większym problemem okazały się za to byki, które znajdowały się poniżej. Tutaj stwierdziliśmy, że jednak nie będziemy ryzykować i obeszliśmy je tchórzliwie łukiem.





Na koniec jeszcze trafiliśmy na pojedyncze dziki i wróciliśmy do samochodu. Jak się okazało w samą porę, bo na parkingu już czekała na nas pani Ranger (parkingi parkowe są zwykle zamykane o zachodzie słońca, żeby ludzie nie spali na dziko na takich parkingach). Porozmawialiśmy chwilę i udaliśmy się w podróż powrotną. Szczęśliwie jakoś dojechaliśmy, bo oczywiście zapomnieliśmy zatankować wcześniej.

Udaliśmy się do San Jose, Herve zaproponował jakąś meksykańską restaurację. Znaleźliśmy więc jakiś w miarę przytulny kąt i zamówiliśmy jedzenie. Ech... po takim męczącym dniu jedzenie naprawdę smakuje nieźle, a chyba do tego było nieźle przyrządzone. :-)

No a na sam koniec dnia stwierdziliśmy, że udamy się do MV na piwko, co też uczyniliśmy. Było miło i sympatycznie, Herve służył za szofera i mnie potem odwiózł do NASA. Umówiliśmy się na telefon znowu w okolicach 9 i poszedłem grzecznie lulu. No a przeżycia niedzielne już niedługo, tutaj czas najwyższy spać, bo później Felipe znowu będzie marudził, że mu świecę światło po nocy. ;-) Miłego dnia! :-)