24 kwi 2007

Santa Monica, Laguna Beach

Rano pobudka i z Laurentem zebrałem się i pojechałem po Michała, znajomego który ma staż w Caltechu w Pasadenie. Zajęło to nam chwilkę, ale wszystko odbyło się w miarę sprawnie. Zgodnie z planem wyruszyliśmy więc do Malibu, gdzie znaleźliśmy sobie miejsce na śniadanie (dość płynny termin w tym kontekście ze względu na godzinę 11 ;>). Po posiłku zakupiliśmy jeszcze frisbee i pojechaliśmy w stronę Santa Monica, gdzie spotkaliśmy się z Peterem, znajomym Laurenta, w lokalnej siedzibie Firmy.
Poszliśmy więc na molo, które okazało się średnio ciekawe. Za to centrum Santa Monica wydaje się dość ciekawe. Niestety nie zatrzymaliśmy się dłużej ze względu na brak czasu. Z Santa Monica udaliśmy się na przejażdżkę Mulholland Drive aż do samego Hollywood wraz z jego słynnym znakiem. Trzeba przyznać, że LA jest ogromne, porobiliśmy trochę zdjęć i wysiedliśmy w Hollywood oglądnąć Kodak Theatre. Sam Hollywood jest trochę śmieszny i zdecydowanie bardziej żywy niż większość miast w Stanach. Bardzo dużo artystów ulicznych, mnóstwo turystów rzecz jasna i trochę wszystko sztuczne, ale chyba bardziej podoba mi się takie życie na ulicy niż jego brak. Poza tym, że LA mi się nie podoba. ;-)
Rozdzieliliśmy się więc i każdy trochę pobuszował w okolicach kina. Nasza mniejsza grupka (Peter, Mathieu, Laurent oraz mła) udaliśmy się zjeść naleśniki w małej obskurnej knajpce na którymś piętrze kina. ;-)

Z Hollywood pojechaliśmy oglądnąć Beverly Hills (ale to tak tylko przejazdem) oraz River Road. Czyli jak się dowiedziałem ulicę na której Julia Roberts robiła zakupy w "Pretty Woman". No cóż...

Po krótkiej debacie postanowiliśmy, że wszyscy łącznie z Peterem jedziemy do Laguna Beach, gdzie znajdziemy sobie motel oraz jakiś bar na noc (albo na odwrót, kto co lubi ;)). Tak więc udało się znaleźć dość sympatyczną restaurację, przed którą niestety musieliśmy czekać prawie godzinę, żeby się do niej dostać. Zjedliśmy więc kolację, w zamian za czekanie zostaliśmy przez managera knajpy nagrodzeni darmowym deserem, czyli ciastem czekoladowym z lodami. ;-P
No i tutaj wyszedł przy okazji pierwszy kwas, bo okazało się, że Peter nagle wymyślił, że musi wrócić tego samego dnia do Santa Monica... W rezultacie popsuło mi to trochę humor i stwierdziłem, że go odwiozę (żeby nie musieć się bawić w organizację szukania motelu i knajpy :-P). Skończyło się na tym, że wracając do Laguna Beach utknęliśmy w korku o godzinie 1:30 w nocy... No ale jakoś w końcu udało się dotrzeć i spokojnie pójść spać.




PS: Dostawa następnego posta opóźniona ze względu na dostawę piwa. ;-)

3 komentarze:

Jobove - Reus pisze...

We have visited his blog-web and find it interesting, congratulations

There visits ours, the irreverent and iconoclast of the world,
is in Catalunya - Spain

Http: // telamamaria.blogspot.com

Thank you very much for the visit

Maria-Keaton

Anonimowy pisze...

przypuszczam ze ta pani mowi tak biegle po polsku jak ja po katalonsku

VeD pisze...

po paru piwach mówię w każdym języku, jakkolwiek sądzę, że ta pani nie bardzo... ;)